Odkrywamy tajemnice, odkrywamy sens i znaczenia, odkrywamy samych siebie, odkrywamy świat na nowo, świat zaklęty między słowami...
wtorek, 15 listopada 2011
Żydówka Noemi - Jerzy Stegner

Ciekawe… Jak teraz zastanawiam się nad swoją wiedzą dotyczącą Holokaustu, pogromu Żydów w gettcie, to widzę właśnie tylko to, śmierć, nędzę, cierpienie, martyrologię, heroizm, złych Niemców, dobrych pokrzywdzonych Żydów. Czyż nie tak budowana była nasza świadomość dotycząca II wojny światowej? Moja i na pewno wielu innych czytelników. Opierając się na Marku Edelmanie, Nałkowskiej, Borowskim, Krall, nasze pojęcie jest dość ograniczone. I nie to, żebym była zdziwiona tym, co odkrywa przed nami autor ale po prostu otworzyły mi się oczy. Jerzy Stegner przedstawia nam rzeczywistość inną, od tej znanej, czarno-białej. Prezentuje prawdziwe oblicze warszawskiego getta, a właściwie powinnam powiedzieć oblicza, bo jest ich wiele.

To oczywiste getto, pełne nędzy, ubóstwa, walki o każdy kawałek chleba, getto zarazy, robactwa, wszechobecnej śmierci, żebraków i zbiórek ludności na Umschlagplatz, by zaraz potem wywieść ich do obozu w Treblince i unicestwić w komorach gazowych. Ale jest też getto szmuglerów i handlarzy w którym to łączą się ze sobą Polacy, Niemcy, Żydzi a ich wspólny celem jest biznes, handel, przemyt, pieniądze. Mamy też getto bogaczy, którzy zaraz w sąsiedztwie umierających z głodu ludzi, jedzą najwykwintniejsze potrawy, ubierają się strojnie i nie chcą widzieć, co się dzieje pod ich oknami. Oraz getto lokali, prostytucji, wykupywania się od śmierci. W każdym z nich obok siebie żyją dobrzy i źli, ofiary i kaci.

Każdy radzi sobie jak może, kombinuje, bez wyrzutów sumienia, bo przeżyć jakoś trzeba, a cóż jeśli przy tym śmierć poniosą inni, takie czasy, nie liczy się sposób, jeśli skuteczny, każdy jest dobry. Stegner nie ocenia i nie daje żadnych przesłanek, by klasyfikować w jakikolwiek sposób bohaterów. Nie ma podziału na dobrych i złych, bohaterowie są niejednoznaczni, świadomie lub też zupełnie przez przypadek. Sytuacja, w jakiej się znajdują nie pozwala pozostać obojętnym, nakazuje się opowiedzieć, wybrać, iść w którymś kierunku, złym lub nie. Ci, którzy nie wybiorą, będą postawieni przed faktem dokonanym, wybrano za nich, okoliczności, ludzie, świat – tym ciężej więc będzie im stawić czoła sytuacji.

Zaczęłam od opisu rzeczywistości, dla której tłem właściwie jest tylko fabuła, dość ciekawie skonstruowana choć nie porażająca. Pewnej zimowej nocy 1942 na strychu swojego mieszkania młody chłopak Leszek spotyka żydowską dziewczynę, Noemi. Pokrótce opowiada mu swoją historię, by następnego dnia zniknąć, z chęcią powrotu za mury, do rodziny. Co ciekawe, jest to powieść jakby bez tytułowej bohaterki. Jej „fizyczny” udział w powieści nie jest wielki, a jednak zasługuje na miano tytułowej. Leszek wiedziony tęsknotą, miłością, zauroczeniem, rozpoczyna poszukiwania dziewczyny. Nie będą łatwe, wymagać będą poświęceń, narażenia na niebezpieczeństwo, przekraczania granic getta. Bohater z młodego, niewinnego będzie musiał zmienić się w dojrzałego, po tym jak stanie w obliczu okrucieństwa, jak dostrzeże, że świat nie jest czarno-biały i nie tylko Niemcy są w tej wojnie katem, a nie każdy Żyd ofiarą. Społeczno-obyczajowe tło dla powieści kryminalnej, której akcja dzieje się w takich czasach i okolicznościach – to coś nowego.

Powieść zrobiła na mnie wrażenie przede wszystkim dzięki odsłonięciu zasłony z ukrytym za nią światem. Światem zła i okrucieństwa, cwaniactwa, przebiegłości, pieniądza i nielegalnego handlu, czyli tak naprawdę światem, jaki znamy z codzienności, może tylko w innym wymiarze. W kontekście takiej prawdy, nie dziwi więc niechęć do wydania tej powieści przez władze komunistyczne w latach 80-tych Wszak jej niepoprawność polityczna, jej odbieganie od ustalonych i utwierdzonych stereotypów martyrologii są jasnym i logicznym wyjaśnieniem.

Warto spojrzeć z innej strony, by mieć pełny obraz wojny.


Żydówka Noemi, s. 368, Gdański Kantor Wydawniczy, 2010

piątek, 11 listopada 2011
Marzycielka z Ostendy - Eric-Emmanuel Schmitt

To nie pierwsze moje spotkanie z Panem Schmittem ale pierwsze jeśli chodzi o opowiadania. A te chwyciły mnie za serce. Dlaczego? Przede wszystkim, już po kilku stronach czułam, że skierowane są do mnie. Niezwykle bliskie sercu, takie zwyczajne, a jednak ujmujące, wzruszające i wzniosłe.

Nie sposób opowiadać o czym traktują te historie, nie zdradzając zbyt wiele szczegółów. Pięć opowiadań, różni bohaterowie, doświadczeni przez los. Zupełnie niepowiązane ze sobą historie, jednak połączone poprzez miłość, śmierć, marzenia, wspomnienia, lęki.  Opowiadania te wypełniają liczne prawdy uniwersalne, które, jakby się zastanowić, są oczywiste ale ujęte w taki sposób, że wydają się być czymś niezwykłym, wydaje się czytelnikowi, że właśnie odkrywa je po raz pierwszy.

Najwięcej prawi Schmitt o miłości. Mogłoby się wydawać, że to już było, ale jednak miłość w tych opowieściach mimo wszystko porusza jako siła zdolna połączyć wszystkich, miłość potrafiąca przetrwać lata w oczekiwaniu na spełnienie, miłość nie pozwalająca zapomnieć, miłość zwyczajna, a zarazem romantyczna i wzniosła, miłość przekonująca do tego, iż piękno tkwi w sercu i duszy człowieka, nie w jego wyglądzie, w końcu miłość, w obliczu której okazuje się, że człowiek nie zna siebie samego.

Autor ukazuje nam potęgę wyobraźni, udowadnia do czego mogą doprowadzić złudzenia, jak wiele krzywdy można wyrządzić sobie poprzez uleganie sugestii, ukazuje wyższość realności nad fikcją. Pięknie mówi o tym, że warto kochać i jak pięknie i dobrze jest być kochanym, a wspomnienia pozostają w nas na zawsze, nawet jeśli pozbędziemy się rzeczywistych dowodów na wydarzenia z przeszłości. Na samym końcu zaś przekonuje, iż umieramy dopiero wtedy gdy spełnimy się, gdy nasze życie się wypełni i jesteśmy gotowi by odejść.

Myślę, że o siła tych opowiadań tkwi w ich prostocie. Prostota ta zachwyca od pierwszych stron, w połączeniu z subtelnością języka tworzy piękną, poruszającą całość.

Trudno mi powiedzieć, które opowiadanie najbardziej mnie poruszyło, każde wydawało mi się lepsze, pełniejsze, wnoszące coś ważnego. Kobieta z bukietem – ostatnie w kolejności -to opowiadanie doskonałe puentujące cały zbiór ale wszystkie niosą ze sobą przesłanie, bardzo jasne i nie trzeba się go doszukiwać. Po prostu trzeba samemu się o nim przekonać.

Dodatkowy plus za uwagę poświęconą literaturze. (opowiadania Marzycielka z Ostendy, Kiepskie lektury).

"Wymarzona kobieta to nie ta, o której marzy ona sama, ale ta, którą widzi mężczyzna."

"Z wielkiej miłości nie da się wyleczyć. [...] Ponieważ jeśli wyleczy się pan, to znaczy, że nie było to warte zachodu."


Marzycielka z Ostendy / La reveuse d’Ostende, przeł. Anna Lisowska, s. 320, Wydawnictwo  Znak, 2009

wtorek, 08 listopada 2011
Sztuka wskrzeszania - Hernán Rivera Letelier

Przenieśmy się na chwilę w lata 40-te XX wieku na chilijską pustynię i do małych chilijskich miasteczek, gdzie ludzie w euforii i prawie ekstazie oczekują na odwiedziny proroka, następcy Chrystusa, a naczelna wioskowa prostytutka okazuje się głęboko wierzącą chrześcijanką, codziennie modlącą się do figury Matki Boskiej Szkaplerznej, stojącej u wezgłowia jej łoża rozpusty. Brzmi absurdalnie i surrealistycznie? Bo takie właśnie jest, taka jest powieść chilijskiego pisarza Hernána Rivery Leteliera. Pełna ekspresji, ironii i groteski, satyra ośmieszająca fałszywych proroków.   

Domingo Zárate Vega vel Chrystus z Elqui jest wędrownym prorokiem, przepowiadającym rychły koniec świata. To jakby parodia wieszcza, błaznujący profeta, którego życie trochę przypomina żywot świętego, który tak naprawdę nim nie jest. Bo obserwując życie Chrystusa z Elqui ostatnią myślą, jaka przyszła mi do głowy była ta o jego świętości. Ubrany, owszem w zgrzebny habit, w sandałach z opon, nieuczesany ale za to pełen chuci przemierza małe wioski i miasteczka, głosząc nauki Pana oraz swoje prawdy i przekonując wiernych do wątpliwych metod ziołolecznictwa czy udzielając przedziwnych porad życiowych, mających ułatwić codzienny byt. Witany zarówno z entuzjazmem - przez wiwatujący i oczekujący go tłum, popadający czasem i w histerię, jak również z rezerwą i wrogością przez niewierzących czy też zwyczajnych realistów.

W gruncie rzeczy to taki pozytywny, nikomu nie szkodzący boży pomazaniec, szaleniec. Z jednej strony śmieszny, momentami rozczulający, ale również żałosny i żenujący. W tym jednak cały jego urok. Kontrowersyjny, zwariowany i barwny ma za zadanie wyśmiać fałszywą pobożność, przesadne przywiązanie do biblijnych nauk, zdewociałych posłańców bożych, którzy przekonani o swojej misji bożego posłannictwa dorabiają dodatkowo ideologię, mającą na celu zakpienie z ludzi ślepo wierzących, uznających religię chrześcijańską za jedyne i niepodważalne źródło wiedzy oraz wyznacznik dobrego życia.

Odnoszę wrażenie, że autor nie boi się świętości, nie tyle nie szanuje żadnej, bo tego nie wiem, ale nie unika mocnych słów, nie boi się przekraczać granic i norm moralnych. Skonstruował rzeszę ciekawych, wyrazistych bohaterów, spośród których każdy specyficzny i odmienny a wszyscy wzbudzają sympatię czytelnika. Oprócz tego, doskonale przedstawiona rzeczywistość lat 40-ych XX wieku, życie w małych chilijskich miasteczkach, w których życie poza pracą w kopalni saletry ogranicza się albo do modlitwy albo do stosunków płciowych.

Bo o tym wszak tu wiele się mówi. Przecież mamy Magalenę Mercado, pobożną dziwkę, świętą nierządnicę, codziennie modlącą się do swojej figurki Matki Boskiej Szkaplerznej, ale również w jej obecności obsługującą kolejnych klientów. To właśnie do niej zmierza główny bohater chcąc z niej uczynić swoją uczennicę i kochankę.

Wszystkie zabawne wydarzenia, jakie mają miejsce w Syfie ( potoczna nazwa Providencii) oscylują wokół rzekomych cudów Domingo, jego kazań oraz batalii o Magalenę, jedynego źródło prawdziwej uciechy w mieście. Z dystansem do opisywanej rzeczywistości, wyjątkowo kwiecistym językiem, potrafiącym zachwycić samym choćby barwnym i obrazowym opisem zwyczajów łóżkowych prostytutki Hernán Rivera Letelier łączy magię z realizmem, zaskakuje i serwuje nam dawkę naprawdę egzotycznej i wesołej przygody.


Sztuka wskrzeszania / El arte de la resurrección, przeł. Barbara Jaroszuk, s. 248, Wydawnictwo Muza, 2011

niedziela, 06 listopada 2011
Wyniki konkursu!!!

Witam wszystkich niecierpliwie oczekujących na wyniki konkursu. Serdecznie dziękuję za udział, cieszę się, że konkurs zyskał swoich zwolenników. 

Nie przedłużając już przejdę do ogłoszenia wyników.

Lista uczestników ( w kolejności zgłaszania):

Przygotowanie do losowania:

A szczęście komuś dziś przyniesie mój synek. I choć trochę to trwało bo wszystkie karteczki trzeba obejrzeć... 

Zwycięzca może być tylko jeden, a dzisiaj jest to:

Gratuluję zwycięzcy i proszę o kontakt na maila. Wierzę, że lektura przyniesie wiele satysfakcji. 

A na następny konkurs zapraszam w okolicach Świąt Bożego Narodzenia.

Pozdrawiam

sobota, 05 listopada 2011
Światła września - Carlos Ruiz Zafon

Powieścią Światła września zakończyłam swoją przygodę z trylogią Carlosa Ruiza Zafona.

Po raz kolejny w jego świecie czułam się doskonale, dałam się pochłonąć magii, pozwoliłam sobie na powrót do lat młodzieńczych.

Akcja rozgrywa się w na Wybrzeżach Normandii w 1936 r. Simone Sauvelle wraz z dziećmi: Irène i Dorianem, po śmierci męża, zatopieni w długach, nie mogąc wyjść z problemów,  przeprowadzają się do ekscentrycznego wynalazcy i twórcy zabawek – Lazarusa, gdzie w jego posiadłości Cravenmoore, Simone ma rozpocząć pracę ochmistrzyni. Wymarzone miejsce, dobrze płatna praca, czego chcieć więcej. Nie przeszkadzać powinny nawet liczne mechaniczne zabawki, dzieła właściciela stanowiące o dość nietypowym i mrocznym klimacie rezydencji. Jednak kiedy zaczynają się w posiadłości dziać dziwne rzeczy i dochodzi do niewyjaśnionego morderstwa, kończy się sielankowe życie, a dom okazuje się siedzibą mrocznych sił, uśpionych demonów z przeszłości, błąkających się po ciemnych pomieszczeniach cieni. Nowym lokatorom grozi niebezpieczeństwo, muszą walczyć sami nie wiedząc z kim i dlaczego.

Bajkowy świat, pełen ożywających maszyn, pełzających po ścianach cieni, atmosfera grozy, stopniowane napięcie, które zaciska się wokół nas, by potem wybuchnąć i przerazić. Kto właśnie tego oczekiwał, na pewno się nie zawiedzie.

Spośród wszystkich części trylogii to jednak tę ustawiłabym na pozycji trzeciej. Ale nie dlatego, że czegoś jej brakowało, bo fascynowała, intrygowała, wciągała … ale już nie tak jak pierwsze dwie. Za dużo wychwyciłam tu powiązań, podobieństw, ma się wrażenie, że to już było, O ile w poprzednich częściach wątki zaskakiwały, nie dało się przewidzieć biegu wydarzeń, tutaj, nie trzeba być wielce domyślnym by jednak dopasować do siebie puzzle układanki.

Schemat powieści również jakby już znany: dość długie wprowadzenie, spokój i sielanka, które powoli się zmieniają w lęk, gdy zaczynają dziać się dziwne rzeczy, by na koniec przemienić się w znane już czytelnikowi napięcie, błyskawicznie zmieniające się obrazy, wartką akcję, pełną niebezpieczeństw i walki z mrocznymi mocami. I choć te podobieństwa mogą nużyć to jednak w sferze języka i stylu, obserwuję już większą dojrzałość autora. W końcu była to trzecia powieść w jego dorobku, pióro mogło nabrać lekkości i swobody.

Ta część uznałabym za najbardziej młodzieżową, ale przecież każdemu dorosłemu potrzeba od czasu do czasu znaleźć się znowu w świcie bajek, pobudzić drzemiącą wyobraźnię, zapomnieć się na chwile w świecie zabawek i magii.

Jak w każdej z części i tutaj mamy uniwersalne przesłanie. Świat nigdy nie jest takim, jaki nam się wydaje i nawet to, na co patrzymy nigdy nie jest takim w rzeczywistości.

"Nie we wszystko, co widzisz, powinieneś wierzyć. Obraz rzeczywistości, jaki podsuwają nam nasze oczy, jest tylko iluzją, efektem optycznym."

Polecam! Choć nr 1 Trylogii pozostaje dla mnie Pałac Północy.


Światła września / Las Lucas de septiembre, przeł. Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodán Casas, s. 256, Wydawnictwo Muza, 2011

Pozostałe części na moim blogu:

http://miedzystronami.blox.pl/2010/12/Ksiaze-mgly-Carlos-Ruiz-Zafon.html

http://miedzystronami.blox.pl/2011/05/Carlos-Ruiz-Zafon-Palac-Polnocy.html

czwartek, 03 listopada 2011
Listy do Boga - Patrick Doughtie i John Perry

Małe dzieci cechuje ta charakterystyczna rozbrajająca szczerość, beztroska, naiwność w sposobie myślenia i postrzegania świata. W swoich małych główkach potrafią stworzyć wiele teorii dotyczących tego, co ich spotyka każdego dnia. Jak więc tłumaczą sobie i dają radę z chorobą, jeśli ta ich dotknie? Jak wtedy reagują?

Tyler Doherty ma siedem lat, uwielbia grać w piłkę i spotykać się ze swoją przyjaciółką Sam. Ma dorastającego brata buntownika, kochającą mamę, która na wszelkie sposoby próbuje wiązać koniec z końcem po tym jak 4 lata wcześniej straciła męża.

Tyler taty nie pamięta, zna go z filmów, zdjęć i opowieści, nie zna poważnych problemów.  A mimo wszystko potrafi zmierzyć się z tym, co go spotyka.  Po kilku miesiącach nieustającego bólu głowy, wymiotach i błędnych diagnozach wykryto w jego mózgu złośliwy guz. Rozpoczyna się walka o życie chłopca. Ale nie mamy tu długich opisów leczenia, cierpienia małego pacjenta. Sens zamyka się w reakcji chłopca i jego rodziny, w ich wierze i stosunku do Boga, wobec którego należy zawsze pozostać pokornym, cierpliwym, nigdy nie poddawać w wątpliwość jego decyzji i nie kwestionować wyborów, jakie podejmuje w naszym imieniu.

Sposobem Tylera na chorobę są listy, jakie pisze do Boga i wrzuca do zwyczajnej skrzynki na listy.  Dziękuje w nich za to, co go spotkało, za kochającą rodzinę i przyjaciół ale i prosi. Jednak prosi tylko o uśmiech, wsparcie, ulgę dla swoich bliskich, myśli o wszystkich, tylko najmniej o sobie.  Dzięki tej swoistej rozmowie w Bogiem potrafi pogodzić  się z nadchodzącą śmiercią, oswoić  z nią, przygotować na nią zarówno siebie jak i swoich najbliższych, choć paradoksalnie  o śmierci mówi się tu bardzo niewiele.

Pozytywne nastawienie, uśmiech, promieniujące na wszystkich wokoło dobro – to cały Tyler. Potrafił swoją radością i optymizmem skruszyć wiele serc. I stać się inspiracją dla wielu swoich rówieśników ale również dorosłych, nawet tych, którzy już się poddali, nie oczekując już od życia niczego.  Jego wiara, czyste i otwarte serce zdołały zmienić życie wielu ludzi.

Listy do Boga to lekcja modlitwy, lekcja wiary.  Podziwiam ludzi głęboko wierzących, oddających swe życie w ręce Boga i bez względu na to, czy spotyka ich dobro czy zło, nie przestających wierzyć . Tak jak rodzina Dohertych. Wciąż z tą miłością, z pokorą i opuszczoną głową zaś bez złości przyjmowali to, co przynosił los. Wszak jeśli przyjmujemy dobro to dlaczego nie mielibyśmy przyjmować zła? I choć sama się z tym do końca nie zgadzam, a może powinnam powiedzieć, iż nie mogę się pogodzić to chylę czoła przed tymi, którzy w obliczu choroby bliskich wciąż zawierzają swój los i życie Bogu.

Powieść cechuje niezwykła prostota języka i stylu, co w połączeniu z poważnym tematem wiary, nieuleczalnej choroby, śmierci i bólu porusza do głębi.

Jakie przesłanie płynie z tej powieści? Przede wszystkim, by doceniać to, co mamy, by zwolnić na chwilę, zatrzymać się nad radosnym wydarzeniem, rozkoszować chwilą. Nie zapominajmy też o nadziei, która potrafi nadać życiu sens. Wzruszająca i pełna ciepła powieść dla każdego!

"Drogi Boże,

myślę, że się udało. Powiedziałeś mi, żebym się nie bał i się nie bałem, bo byłeś ze mną przez cały czas. Chcę tylko, żeby wszyscy wierzyli. Wiem, że naprawdę istniejesz.

                                                                                                                                          Twój Tyler"


Listy do Boga / Letters to God, przeł. Paweł Kopycki, s.297, Polskie Wydawnictwo Encyklopedyczne, 2011   

wtorek, 01 listopada 2011
Rozkaz - Leena Lander

Powiało chłodem z mroźnej Finlandii. Chłód to jednak nie tyle przejawiający się w fabule, bo tutaj wręcz odczuwałam nadmiar emocji a chłód stylu i języka.

Ten dramat psychologiczny podejmuje temat wojny domowej w Finlandii w 1918r. , kiedy to Biała Gwardia, złożona w dużej mierze z żołnierzy, staje naprzeciw proletariatu i zwykłych ludzi, tworzących Czerwoną Gwardię. Nie ma to swojego odzwierciedlenia w opisie działań wojennych, gdyż jak zawsze, podczas wojny największe szkody ponoszą zwyczajni ludzie. To właśnie w umysłach, sercach i losach bohaterów możemy dostrzec zło, okrucieństwo, które wyzwala w nich nieprzewidziane emocje, nakazuje takie a nie inne postępowanie, rozkazuje stanąć twarzą w twarz z własnymi słabościami bądź też okazać swoją siłę.

Jegier Aaro Harjula, więźniarka Miina Malin i sędzia Emil Hallenberg, to bohaterowie, którzy prowadzą grę, choć jedni zdają sobie z tego sprawę, inni zaś nie. Harjula ma za zadanie odprowadzić przed sąd polowy więźniarkę, której nie chciał rozstrzelać. Hallenberg, jest sędzią, przed oblicze którego oboje trafiają po ośmiu dniach. Łódź, którą płynęli zatonęła, a im przyszło spędzić ten czas razem na wyspie. Czy coś się tam wydarzyło? Jegier po odprowadzeniu więźniarki niewiele mówi a i ona milczy uparcie, odmawiając odpowiedzi na wszelkie pytania. Co się między nimi wydarzyło? Kim są? Komu prezentują swoją prawdziwą twarz i czy tak naprawdę potrafią wobec samych siebie być szczerzy? W tej sytuacji w głowie sędziego powstają przeróżne scenariusze, a dojście prawdy odnośnie wydarzeń na wyspie staje się jego obsesją. Relacje między tymi bohaterami robią wrażenie, z jednej strony klarowne z drugiej zaś pełne tajemniczości i niejednoznaczne. Widać na pewno opór stawiany w kontaktach, upór w dochodzeniu prawdy, obciążenie przeszłością, bezpośrednio wpływające na teraźniejszość, wolę walki w imię swoich przekonań i wierzeń. Nic nie jest powiedziane wprost, dużo tu milczenia ale tego znaczącego i bardzo wymownego.

Dramat Leeny Lander to dramat nie tylko wydarzeń wojennych, traumatycznych przeżyć ale głównie dramat osobowości, tożsamości bohaterów. To dzieje się w ich głowach i sercach, gdy spod masek wyłaniają się prawdziwe oblicza, a czytelnik tak naprawdę nie wie kiedy każdy z nich jest autentyczny, kiedy chowa się za zasłoną: niewinności, naiwności, podstępu, nienawiści, gniewu czy miłości. Trzeba domyślać się prawdziwego sensu wydarzeń, przedrzeć się przez ścianę niedopowiedzeń i aluzji, uważnie zastanowić się nad tym, co czytamy. Autorka przekonywująco prezentuje portrety psychologiczne ludzi, którzy w obliczu wojny i śmierci muszą podejmować właściwe decyzje i w swojej moralności wybierać to, co lepsze. Poddawani licznym próbom muszą potwierdzić lub zaprzeczyć swojemu człowieczeństwu.

Bardzo skąpo raczy nas autorka opisami, za to jest dość dużo dialogów, które wiele wnoszą, są niezwykle znaczące i rozstrzygające. Doskonale oddają toczące się w sercach i umysłach bohaterów spory, przepływające myśli. To one wraz z umiejętnie budowanym napięciem, atmosferą grozy i kipiącymi emocjami świadczą o sile tej powieści. Powieść ta, z jednej strony surowa, trudna, ascetyczna, chłodna, jednak przyciąga, od początku narzuca pewne skojarzenia i rozwiązania, przepełniona jest emocjami. Ważny jest element nieprzewidywalności i zaskoczenia.


Rozkaz / Käsky, przeł. Bożena Kojro, s. 312, Wydawnictwo Kojro, 2006

Leena Lander na moim blogu:

http://miedzystronami.blox.pl/2010/09/Niech-rozpeta-sie-burza-Lander-Leena.html

niedziela, 30 października 2011
Opowieść ojca. Przez mongolskie stepy w poszukiwaniu cudu - Rupert Isaacson

Co jest w stanie zrobić kochający rodzic dla swojego dziecka? Wszystko. Byle tylko mu pomóc, byle było zdrowe i szczęśliwe.

Rupert Isaacson jest podróżnikiem i autorem przewodników. Jest mężem Kristin, którą poznał podczas jednej ze swojej podróży, a oboje są rodzicami Rowana. Chłopiec kończy trzy lata, powinien cieszyć się dzieciństwem, bawić z rówieśnikami… a jednak nie. Życie tej rodziny zmienia się diametralnie gdy u Rowana zdiagnozowano autyzm. Od tego momentu wszystko dyktowane jest dobrem syna. Autystyczny chłopiec wraz z wiekiem nie staje się samodzielny, nie można pozostawić go bez kontroli, pomocy i opieki. Ataki złości i furii, niemożność usiedzenia dłużej w jednym miejscu, niechęć wobec obcych i jakichkolwiek kontaktów z dziećmi, nieumiejętność samodzielnego załatwiania potrzeb fizjologicznych, niemożność nawiązania dialogu, często najzwyklejszego porozumienia – z tym na co dzień borykają się Rupert i Kristin. Żadna ze znanych terapii, w przypadku ich synka, nie skutkuje. Przełom następuje podczas spotkania Rowana z Szamanami. Chłopiec nawiązuje kontakt, jego objawy na kilka dni ustępują. Do tego wielki wpływ na poprawę stanu chłopca mają zwierzęta, przede wszystkim konie. Dlatego też wbrew sprzeciwom sceptycznej Kristin Rupert postanawia zabrać synka do Mongolii - krainy szamanów, koni, nietkniętej przyrody i całkowitego oderwania od cywilizacji. Czy to może się udać? Rozpoczynają podróż, trudną i momentami niebezpieczną, podróż w poszukiwaniu cudu. Celem jest zdrowie syna, a kiedy wyprawie przyświeca taki cel, warto poświęcić wszystko.

Ta przepiękna powieść opowiada o sile miłości, o woli walki, o przyjaźni. O rodzicielstwie i tych niesamowitych uczuciach, które mieści serce tych, którzy posiadają dzieci. O ich poświęceniu i cierpieniu, w którym jednoczą się z chorym dzieckiem. O wielkiej sile i odwadze, które w obliczu choroby po prostu się pojawiają znikąd i mają ogromny zasięg.

Opowieść ojca ukazuje również więź, jaką człowiek może nawiązać ze zwierzętami. Podkreśla i potwierdza niezwykłość zwierząt, ich rolę w przyrodzie, w świecie. Nigdy nie przestaną mnie zadziwiać i wzruszać…

Powieść jest napisana prostym językiem, bo Rupert nie jest pisarzem ale dzięki swojej prostocie w opisywaniu codziennych zmagań o zdrowie wyobcowanego i zamkniętego w sobie chłopca nabiera jeszcze większej autentyczności, wzrusza jeszcze bardziej. Nie da się opisać, jak wiele emocji wywołują opisywane tu wydarzenia. Niezłomne i uparte dążenie rodziców do osiągnięcia celu; krok za krokiem, krok w przód, dwa w tył, z wątpliwościami, lękiem i obawami ale jednak wciąż do przodu, nie poddając się, z wiarą, miłością i otwartym sercem. Nie wolni od błędów rodzicielskich, a jednak zdeterminowani - ich postawa jest naprawdę godna podziwu. Do tego z humorem i dystansem do siebie i swoich błędów Isaacson daje świadectwo wielkiej miłości i przedstawia piękny obraz nieskażonej przyrody. Mongolia, tajga zachwycają swą surowością, niedostępnością, niezależnością i tym, że wciąż nie ulegają cywilizacji.

Opowieść ojca to opowieść snuta przez samo życie: to prawdziwe, brutalne, nie oszczędzające i nie litujące się ale jednak gotowe zawsze zaoferować szczęście i radość w zamian za wysiłek i trud. W poszukiwaniu cudu… zawsze poświęcić ile się da. Piękna przygoda, piękne wrażenie duchowe, kulturowe, emocjonalne.

"Wszystko, czego nie można wytłumaczyć, odrzucamy jako herezję, choć nasze życie tak bardzo zależne jest od rzeczy, których nie możemy wyjaśnić racjonalnie ani naukowo. NA przykład miłość. Każdy jej doświadcza, każdy jej pożąda, każdy potrzebuje jej do istnienia, każdy wie, że ona istnieje, ale nikt nie potrafi jej wyjaśnić, sprowadzić do prostej fizyki czy chemii."

 


Opowieść ojca. Przez mongolskie stepy w poszukiwaniu cudu / A Horse boy. A Father’s Miraculous Journey to Heal His Son, przeł. Joanna Bogunia i Dawid Juraszek, s. 384, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2010

 

sobota, 29 października 2011
KONKURS

Postanowiłam urządzić mały konkurs z okazji 150 wpisu w tym roku :) Nagrodę zaś proponuję iście na czasie, a mianowicie Cmentarz w Pradze. Najnowsza powieść Umberto Eco odwołuje się do najlepszych wzorców XIX wiecznej powieści przygodowej. Poza tym, kto czytał Imię róży wie o czym mowa.



Zachęcam gorąco do udziału. Zasady są proste, należy:

  1. Zamieścić komentarz pod postem wraz z adresem bloga. Osoby nie posiadające bloga proszę o podpisanie się i zamieszczenie adresu e-mail.
  2. Podlinkować konkurs na swoim blogu. ( Link do tego postu znajdziecie na samym dole posta, pod tagami).

 

Konkurs trwa do 6 listopada do godz. 20. Zwycięzcę ogłoszę zaraz potem.

Zapraszam! :)



czwartek, 27 października 2011
Przestępstwo - Ferdinand von Schirach

Jedenaście opowiadań autorstwa Ferdynanda von Schiracha to tylko pozornie kryminalne opowieści, które tak naprawdę traktują o człowieku i jego kondycji w świecie. Autor, z wykształcenia prawnik-adwokat, przedstawia pracę właśnie adwokata, który musi dotrzeć do prawdy. A sprawy, jakie są mu powierzane, często wymagają niezwykłej wnikliwości, przebiegłości ale też wrażliwości.  W swoim dociekaniu prawdy nie kieruje się domysłami i zaufaniem a tylko koniecznością odnalezienia obciążającego dowodu i motywu zbrodni i choćby nie wiem ile lat doświadczenia miał za sobą, wciąż człowiek może go zaskakiwać.

Bohaterowie są zróżnicowani, barwni, reprezentują różne grupy społeczne i profesje bo przestępcą, jak się okazuje, może stać się każdy. Są wśród nich prostytutki, dilerzy, przedstawiciele szlacheckiego rodu. Ich zachowania często znajdujemy na granicy szaleństwa, możemy ich nie rozumieć ale jednak skłaniają czytelnika do głębszego zastanowienia, do refleksji…  Kogo tu mamy? Młodocianych cwanych złodziejaszków; młodą wiolonczelistkę; nastoletniego schizofrenika; podstarzałego lekarza, milczącego i biernie przyjmującego ciosy mężczyznę, pracownika muzeum, wreszcie mężczyznę, który nie ma nawet sił na ucieczkę po napadzie na bank.

Tego świata nie da się jednoznacznie ocenić. Nie można też sklasyfikować i uznać jednoznacznie winnymi bohaterów. Ich zachowania nie są dyktowane tylko wyrachowaniem, żądzą krwi czy zemstą ale bardzo często uczuciami, prawdziwymi emocjami. I kiedy sytuacja staje się dramatyczna to właśnie uczucia, takie jak miłość, rozpacz, zazdrość popychają bohaterów do czynów złych.

Von Schirach konstruuje nieprzewidywalne okoliczności, nawarstwia następstwa zdarzeń, buduje otoczkę, z której trudno jest się wyrwać, która osacza bohatera, a ten będąc tylko człowiekiem ulega, dopuszcza się zbrodni. Ważne jest też, co doprowadziło do takich a nie innych decyzji, co skłoniło człowieka do wybrania ostateczności?

Wina często nie jest jednoznaczna. Istnieje potrzeba zgłębienia okoliczności, warunków, stanu psychicznego przestępcy i należy odpowiedzieć sobie na ważne pytanie: jaki jest sens winy i kary? Czy równają się sobie winy podyktowane wyrachowaniem, przypadkiem, miłością czy wyższym dobrem?

Wydaje się, że prawo, pojęcie winy i kary to sprawy jasne, nie podlegające wątpliwościom, osądom, rozważaniom ale czy rzeczywiście? Czy przestępstwo zawsze jest czynem złym, godnym potępienia, czy w niektórych sytuacjach można je usprawiedliwiać i okazywać zrozumienie i współczucie przestępcy? Osąd pozostaje w naszych rękach, bo narrator nie wysnuwa wniosków, nie krytykuje, pozostaje bezstronny, pozwala nam skomentować, to czego byliśmy świadkami.

Każde opowiadania jest inne, każde może zaskoczyć, gdyż nie jest od razu jasne, jaki był motyw zbrodni. Językiem dość suchym, zwięzłym, konkretnie i bez ozdób narrator daje nam wgląd w swój tok myślenia, w analizę śledztwa ale również ludzkiej psychiki. Autor udowodnił zarówno swój kunszt jako prawnika, jak i znawcę ludzkiej natury.


Przestępstwo / Verbrechen, przeł. Jakub Ekier,  s. 216, Wydawnictwo W.A.B. 2011

Teraz czytam
A zaraz potem KONKURS ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~~~~~~~~~~~~~~~~ ~ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Spis moli
~~~~~~~~~~~~~~~~~