Odkrywamy tajemnice, odkrywamy sens i znaczenia, odkrywamy samych siebie, odkrywamy świat na nowo, świat zaklęty między słowami...
niedziela, 11 grudnia 2011
Innego życia nie będzie - Maria Nurowska

Powieść ukaże się 18.01.2012, nakładem wydawnictwa WAB.

Stefan Gnadecki młodość ma już za sobą. Lata dojrzałości również, jest po prostu starym człowiekiem, który z trudem się porusza, żyje samotnie, a jego życie mija na rozpamiętywaniu przeszłości. A przeszłość ta zdeterminowana była przez jego karierę polityczną oraz liczne małżeństwa i miłości. Pewnego dnia otrzymuje pocztą przesyłkę z Ameryki. A w niej dzienniki, spisywane przez jego pierwszą żonę Wandę…

On był Wojewodą w Szczecinie, ona jego sekretarką. Bardzo szybko między nimi zaiskrzyło. I choć jego mama była zdecydowaną przeciwniczką ich związku, pobrali się, a z ich miłości poczętych zostało dwóch synów. Teściowa szczerze nienawidziła Wandy i osiągnęła cel -  rozłączyła młodych, co nie było znów takie trudne gdy syn chętnie wybrał drogę kariery politycznej. Rozstał się z Wandą, zabierając jej syna Michała, ona pozostała z drugim, narodzonym już po ich rozstaniu.

Powieść Marii Nurowskiej to rozrachunek Stefana z systemem, to rozrachunek Stefana z życiem i przeszłością. To smutna opowieść Wandy o miłości, która trwa całe życie, która mimo cierpienia, wykazuje zrozumienie i szacunek. Za sprawą dzienników Wandy poznajemy wzajemnie relacje małżonków, sytuację polityczną, uwarunkowania, problemy. Wspomnienia przeplatane są teraźniejszym życiem Stefana, jego uwagami dotyczącymi czytanych wspomnień, jak i rzeczywistości i przeszłości widzianej jego oczami.

Miłość i polityka. Co jest silniejsze?

Stefan jako część systemu całkowicie się mu podporządkowywał. Kariera to była piękna, błyskotliwa aczkolwiek krótka. Władza wymagała posłuszeństwa, całkowitego z nią utożsamiania, jednolitych poglądów, a na scenę szybko zaczęli wkraczać nowi. Stefan nie był w stanie dotrzymać kroku, dźwignąć ciężaru władzy, a ta władza odbierała takim jak on, to, co mieli najważniejsze: rodzinę, życie, duszę… System upadł a on wraz z nim. Zniknęły przywileje i zaszczyty,  kiedy to zrozumiał było już za późno, nie miał odwagi działać właściwie, a oczy się kiedyś otwierają i wtedy ta świadomość boli. Jedyne czego wtedy pragnął to wyrazić skruchę, dać wyraz swojemu żalowi, przeprosić za zło, które wyrządził. Gdy chciał się ukorzyć nikt go nie słuchał bo szybko wybaczono dawnym ubekom i pozostali bezkarni, nikt już nie szukał winnych. A w nim została ta przeszłość, trawiąc i niszcząc go od środka. Mimo, iż nikt go już nie kontroluje, nie sprawdza, nie wisi nad nim czujna ręka władzy, on wciąż nie potrafi oderwać się od przeszłości. Jedyne, czego pragnął to poddać się surowej ocenie, stanąć przed „sędzią” życiowym, który go uwolni od odpowiedzialności i cierpienia.

Stefan był słabym człowiekiem, czego sobie przez długi czas nie uświadamiał. Próbował stawać ramię w ramię z silniejszymi ale nie widział, że pozostaje daleko w tyle i w ostatecznym rozliczeniu zarówno w swoim gorzkim romansie z komunizmem jak i w życiu poniósł porażkę. Co mu pozostało na starość? Niezamknięte rozdziały z przeszłości, na zamknięcie których nigdy nie miał odwagi; śmieszność; wszechobecny lęk przed byciem zbędnym w nowej rzeczywistości, w końcu, a może przede wszystim walka o zachowanie człowieczeństwa.

A co pozostało Wandzie? Jej życie, po rozstaniu, nigdy nie było już szczęśliwe. Stefan zdominował je do ostatnich dni. Wyjechała z młodszym synem do USA, gdzie nie potrafiła się odnaleźć, gdzie walczyła z wyrzutami sumienia z powodu niemożności pokochania swojego syna tak do końca. Miłość do Stefana przesłoniła jej wszystko, nie pozwoliła oddać siebie, nie dała wolności. Wanda nigdy nie znalazła już siebie i swojego miejsca. Kto był w tym wszystkim bardziej nieszczęśliwy?

Kiedy do Polski przyjeżdża Stefan-syn ze zwłokami Wandy z celem pochowania jej w rodzinnym gronie Gnadeckich i spotyka się z bratem Michałem i ojcem, wiele się zmienia. Rzeczywistość widziana oczami „obcokrajowca” wydaje się być całkiem inna, spojrzenie na życie matki i żony tym bardziej. To spotkanie symboliczne i pozornie tylko chłodne a jednak przepełnione emocjami i uczuciami dojrzałych mężczyzn…

Bohaterowie Nurowskiej są wyraziści, pełni przeciwieństw ale dzięki temu prawdziwi. Język powieści jest prosty do bólu. Wanda w swojej zwyczajności, małomiasteczkowości i naiwności jest dość pretensjonalna, momentami drażni ale do czasu, gdy poznajemy jej życie w Ameryce i wnikamy głęboko w jej samotność i tęsknotę za jedyną utraconą miłością. Miłością, której ustrój, czasy, nieprzychylność ludzi nie pozwoliły kwitnąć i istnieć.  

Innego życia nie będzie i od każdego z nas zależy co z nim zrobimy, jakie decyzje będziemy podejmować i czym się kierować. Pozornie prosto ale z dużą dawką emocji ukrytych Maria Nurowska pokazuje nam nieszczęścia ludzi, tak sobie bliskich, a jednak tak dalekich i sobie obcych. Porusza i zastanawia. Kolejny raz!

Za egzemplarz próbny powieści dziękuję Pani Justynie z Wydawnictwa WAB


Innego życia nie będzie, s. 223, Wydawnictwo WAB, 2012

czwartek, 08 grudnia 2011
Zapach rozmarynu - Ewa Marcinkowska-Schmidt, Danuta Marcinkowska

Kontynuacja Lawendowego Pyłu mnie nie rozczarowała, wręcz przeciwnie chyba bardziej zachwyciła niż część pierwsza. Autorki po raz kolejny przemawiają w imieniu kobiet, portretując kilka ich pokoleń. To te z nich, które podczas II wojny światowej i po jej  zakończeniu pozostały na kresach, po przesunięciu granic starały się zachować polskość, stawić czoła nowym porządkom, nowej władzy, a zarazem życiu i srogiemu losowi. A ten ich nie oszczędzał.

Wydarzenia historyczne przeplatają się z życiem codziennym dwóch rodzin, w których to kobiety po raz kolejny obdarzone są siłą, uporem, kobiety ponownie dźwigają na swoich barkach ciężar utrzymania rodziny, dbania o dzieci.

Bohaterki tej powieści są jeszcze bardziej nieszczęśliwe niż w części poprzedniej. Żadna nie stworzyła udanego i szczęśliwego małżeństwa, żadna nie osiągnęła tego, o czym marzyła. Doświadczały śmierci mężów, śmierci dzieci, rozstań z bliskimi, którzy uciekali do nowej Polski. Musiały same brać odpowiedzialność za codzienne wybory i same poświęcać się w imię dobra dzieci. Zastanawiam się tylko czy taka naprawdę była rzeczywistość tamtych czasów? Skąd tyle smutku, tyle nieszczęśliwych życiorysów i to w obrębie jednej rodziny? Matki, córki, synowe…

Do tego przejmująca walka o zachowanie tożsamości w czasach stalinowskim represji, zsyłek i przesiedleń. Gdy ciągle zmiany władzy, języka urzędowego, nazw ulic sprawiają, że ludzie nie wiedzą w jakim kraju żyją, kim są. Nie rozumieją też konieczności tych wszystkich przemian, bo ta wielka historia jest jakby poza nimi choć silne poczucie patriotyzmu i odpowiedzialności za ukochaną ojczyznę istnieje zarówno w ich umysłach i sercach.

Niektóre, jak Anna, nie chcą opuszczać rodzinnych stron, innym – Anieli – się nie udaje, Halina długi czas się waha. Tęsknią za rodziną, która zamieszkała w nowej Polsce, widzą ten kraj jako raj, niespełnione marzenie. Czy rzeczywiście? Może jednak, jak mówi Grażyna, nie ważne jak nazywa się miejsce, w którym żyjemy, ważne czy umiemy je pokochać. Ważny jest też nasz dom, ten, który tworzymy wewnątrz siebie, w swoim sercu i swojej pamięci. To jest dom, do którego zawsze możemy wrócić.

Prostym i codziennym językiem Dorota Marcinkowska-Schmidt i Danuta Marcinkowska przedstawiają na tle powojennych zawirowań losy zwykłych ludzi. Nostalgicznie, z nutką zamyślenia i melancholii widzimy jak życie ludzi zmienia się w zależności od tego jak zmienia się świat. A ten wszak nie stoi w miejscu. Wraz z nadejściem nowych czasów, zmieniają się zwyczaje, tradycje, priorytety i nic już nigdy nie będzie takie samo. Nie wszyscy potrafią się z tym pogodzić, żyjąc wspomnieniami.

Losy naszych bohaterek, Anny, Jadwigi, Czesi czy Haliny doskonale ukazują nam znaczenie małych drobiazgów w codziennym życiu. Ukazują nam, że na losy człowieka wpływ może mieć każdy szczegół, każda najmniej błaha decyzja i trzeba się liczyć ze wszystkim.

Tocząc się w szybszym tempie niż część pierwsza Zapach rozmarynu wzrusza, porusza, opowiada wielopokoleniową historię uporu, walki o tożsamość, poświęcenia i siły więzów rodzinnych.


Zapach rozmarynu, s. 210, Wydawnictwo Klucze, 2010

środa, 07 grudnia 2011
Siedem szklanek - Magdalena Zych

Siedem szklanek to nie jest lektura dla każdego bo nie każdy mentalnie będzie w stanie przetrawić tę powieść. A zdecydowanie warto. Ja jestem pod wrażeniem. Bo ten doskonały debiut Pani Magdaleny Zych, idealnie wpisujący się w nurt literatury współczesnej, społecznej, i na koniec homoseksualnej bawi, zastanawia, oddziałuje na uczucia i mam nadzieję, uczy tolerancji i lojalności, przedstawia nam rzeczywistość ludzi zagubionych wśród stereotypów, wśród narzuconych ograniczeń. W zależności oczywiście od granicy smaku, tolerancji, upodobań, myślę jednak, że nie szokuje a niesie ze sobą wiedzę o ludziach, o pojęciu odmienności w społeczeństwie, o przełamywaniu tabu, o sposobie na poszukiwanie własnej tożsamości i prawdy o sobie.

Dwie przeciwności Emil i Kuba. Pierwszy ekscentryczny prowokator głośny artysta-malarz, oryginalny i do bólu obnoszący się ze swoją innością, choćby poprzez malowanie i ubieranie damskiej garderoby. Zawsze otaczający się świtą, imprezowicz i intelektualista, a tak naprawdę samotny i poszukujący bliskości. Homo czy biseksualista? Bardziej kobiecy czy jednak męski? Pragnący adoracji zarówno ze strony mężczyzn jak i kobiet bierze sobie za kolejny obiekt do zdobycia właśnie jego, Kubę. Ten zaś wycofany i może trochę bez wyrazu, student anglistyki, całkowicie oddaje siebie, jakim był do tej pory, przybiera nową postać, staje się przy Emilu kimś zupełnie innym. Początkowo zdystansowany odrzuca możliwość bycia gejem, nie dopuszczając do głosu tego, kim się staje. A staje się zależny od Emila, który nim całkowicie zawładnął. Jak mogą wyglądać relacje dwóch tak różnych osób?

Emil intryguje. To jakby dwie osoby w jednej, afiszuje się ze swoją innością jednak niechętnie odnosi się do parad równości i związanych z tym manifestów orientacji seksualnej. Jego styl bycia i styl ubierania wynika z jego charakteru i upodobań a nie chęci szokowania i siania zgorszenia. Taki właśnie pogląd próbuje przedstawić autorka. Chce obudzić w czytelniku tolerancję wobec homoseksualistów, wobec samego faktu ich współistnienia obok nas. Ale bez nacisku, bez zmuszania, po prostu pozostawiając ocenę czytelnikowi, pozwala mu obserwować, zastanawiać się, wnikać w atmosferę środowiska i przyjrzeć mu się z bliska.

Bohaterowie nie są jednoznaczni, sami szukają siebie, próbując odnaleźć się w swoich wyborach, trafnych lub mniej. Nie mogą być do końca sobą…

Magdalena Zych pokazuje nam jak oswoić odmienność, chce nauczyć nas, że ludzi nie ocenia się po wyglądzie, nie on jest najważniejszy. Inność nie jest zła, choć często w naszym społeczeństwie nie jest akceptowana, postrzegana jako dziwactwo, a w najgorszym wypadku jako dewiacja czy zboczenie. A tutaj się udowadnia, że jest inaczej.

Język i styl autorki przypadły mi do gustu. Ogromny plus za to, iż potrafiła idealnie dopasować styl wysławiania się do charakteru i orientacji bohatera. Błyskotliwy humor, język ostry, a zarazem pozwalający rozpływać się w powieści. Wplatanie w powieść cytatów i tekstów piosenek dodaje uroku i charakteru toczącym się wydarzeniom.

Zwraca uwagę częsta zmiana narratora w powieści, co może trochę mylić i wprowadzać chaos, ale nie przeszkadza. Ta powieść to zarazem wyzwanie i uczta intelektualna. Autorka zachwyca licznymi nawiązaniami do literatury, muzyki, kultury w różnych wymiarach. Podobało mi się, że większość wstawek w języku francuskim czy angielskim nie była tłumaczona, co tym bardziej podkreśla charakter i poziom tej powieści. Może niektórym przeszkadzać, ale wydaje mi się, że w połączeniu z tematyką składa się to w doskonałą całość, będącą naprawdę pozycją wymagającą pewnej wiedzy czy otwartości umysłu.

Mówić o tolerancji i zwalczaniu stereotypów jest łatwo ale dobrze, jeśli idą za tym argumenty, a takie w dobrze skrojonym kawałku prozy dostarcza nam autorka tej powieści.

Polecam!


Siedem szklanek, s. 264, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2011

poniedziałek, 05 grudnia 2011
W pogoni za świetlikami - Charles Martin

"Jeśli człowieczeństwo to coś, co się przekazuje, jeśli jest to ubranie szyte z czyjegoś i dopasowane do innej osoby, to nie przekazuje się go razem z tytułem i dziedzictwem. NA pewno nie. Ono nie pojawia się tam, w zetknięciu rąk i karku, i przepływa w dół kręgosłupa i do brzucha. To język, który nigdy nie został przetłumaczony, ale zrozumiały jest teraz i był zawsze przez każdego chłopca na świecie."

Trudno jest żyć w oderwaniu od przeszłości, trudno nie wiedzieć kim się jest, jakie jest nasze pochodzenie. Najtrudniej jednak chyba żyć bez rodziców, ze świadomością, że nas nie chcieli, porzucili i nasz los pozostaje im całkowicie obojętny. Życie takiego dziecka od początku naznaczone jest samotnością, smutkiem, rozpaczą. Musi żyć z rozdartym sercem, skrzywdzone i nieszczęśliwe. A przecież w życiu małego dziecka liczy się każdy gest, każde słowo, wszystko wokoło kształtuje jego charakter, buduje jego świat, w którym powinien czuć się potrzebny, kochany i bezpieczny.

Przejazd kolejowy, ciemna noc. Chwilę przed przejazdem długiego pociągu z samochodu zostaje wypchnięty chłopiec, upada do rowu. Samochód zaś wtacza się pod koła nadjeżdżającej maszyny. Na miejsce tragedii przybywają wszystkie służby, małego chłopca dostrzeżono dopiero po kilku godzinach. Jak się okazało sierota, niemowa, aczkolwiek nie pozbawiony kontaktu ze światem. Jego językiem jest ołówek, zeszyt zaś polem do dyskusji. Chłopiec z ogromnym talentem błyskawicznie potrafi przelać na papier swoje myśli i słowa. Nikt nic o nim nie wie. A dowiedzieć się ma czegoś redaktor lokalnej gazety Chase Walker. Obu łączy brak rodziny, tułanie się od domu do domu, od jednej rodziny zastępczej do drugiej. Sytuacja małego chłopca jeszcze silniej oddziałuje na psychikę dorosłego już, aczkolwiek nie pogodzonego z przeszłością Chase’a. Coraz bardziej pragnie dowiedzieć się też czegoś o sobie. Obaj trafili do domu wujka Liama McFarlanda, który zechciał dać im dom.

Nie chcę zdradzać zbyt wiele. Zagłębiać się w kolejne wątki, poznawać dokładnie charakter bohaterów Martina to prawdziwa przyjemność. Fabuła wciąga i intryguje. Znajdziemy tu tajemnice, powroty do przeszłości, rozliczanie z nią na wiele sposobów. Bo w tej powieści z przeszłością, najczęściej nieszczęśliwą i tragiczną, rozlicza się chyba każdy z bohaterów. Pokrzywdzeni przez los i innych ludzi, dźwigający olbrzymi bagaż doświadczeń, nie potrafiący pomóc sobie sami aczkolwiek na wszelkie sposoby próbujący uruchomić mechanizm obronny. Życie każdego z nich naznaczone zostało jakimś dramatem, każdemu przyszło zmierzyć się z bólem, cierpieniem. Ale każdy też dostaje szansę na coś nowego. Zraniona dusza boli ale można ją leczyć, można żyć dalej. Trzeba odpowiedzieć sobie na wiele pytań, trzeba odnaleźć swoje miejsce w rzeczywistości i od tego są bliscy nam ludzie. Bo u Martina to właśnie obecność bliskich pozwala każdemu z osobna zacząć życie jeszcze raz. Potrafią znaleźć spokój i ukojenie we wsparciu i obecności przyjaciół i rodziny. Właśnie! Rodzina, jak się okazuje, nie jest określana tylko przez więzy krwi ale przez więź serca.

To piękna powieść o miłości ("To ona nazywa nienazwane i daje głos niemym"), o poszukiwaniu własnej tożsamości, o prawdzie, która nie zawsze jest taka jak się wydaje i o tym, iż w serce najbardziej zapadają słowa wypowiedziane szeptem, a nie te wykrzyczane… Charles Martin w sposób opanowany potrafi oddać największe emocje, przeplatając przeszłość z teraźniejszością umożliwia czytelnikowi wniknąć głęboko w psychikę bohaterów, zrozumieć ich decyzje ale też odnieść się do bieżących wyborów.

O poszukiwaniu siebie, o rozstaniach i powrotach, o samotności ale i nadziei a przede wszystkim o roli ojca w życiu syna: "…wszyscy rodzimy się z pustką w sercu wielkości taty. Nasi ojcowie albo ją wypełniają, albo w miarę dorastania czujemy tę pustkę coraz bardziej i próbujemy ją czymś zaleczyć."


W pogoni za świetlikami / Chasing Fireflies, przeł. Julita Makowiecka, s. 396, Wydawnictwo WAM, 2011

Charles Martin na moim blogu:
http://miedzystronami.blox.pl/2010/11/Kiedy-placza-swierszcze-Charles-Martin.html

środa, 30 listopada 2011
Ta druga - Karolina Wilczyńska

Proszę, niech nie zniechęci Was okładka. Ckliwy romans, trójkąt miłosny, życie nieszczęśliwej kochanki lub zdradzanej żony – czyż nie z tym kojarzy nam się zarówno tytuł jak i okładka? A co za tym idzie mało ambitnie, banalnie i przyziemnie. A więc muszę stwierdzić, że nic bardziej mylnego. Okładka zupełnie nie oddaje tego, co w środku, a to z kolei jawi się dobrym kawałkiem literatury psychologicznej. Bo Karolina Wilczyńska subtelnie, a zarazem dobitnie ukazała problem mało nagłaśniany, na pewno rzadko będący przedmiotem literatury, a z którym na pewno wiele osób się spotyka po ślubie, a mianowicie trudne kontakty z teściową. Trudniej bywa w relacji synowa – teściowa i jak w każdych relacjach, choć tutaj chyba nawet częściej, każdy ma swoje racje, którymi się kieruje, łatwo o nieporozumienia, niedopowiedzenia.

Powieść jest jakby monologiem, a właściwie serią przemyśleń Leny, która jest doskonałym przykładem tego jak można samemu zatruć sobie życie i pozbawić się szansy na szczęście, spełnienie, spokojną rodzinną egzystencję.

Wychowywana przez babcię (mama zmarła po porodzie, taty nigdy nie znała) w szacunku dla pieniędzy, których nigdy za wiele nie miała, pragnąca bliskości i troski matki, wydaje się być najszczęśliwsza gdy poznaje wymarzonego mężczyznę Tomasza i wchodzi do jego bogatej rodziny. W jego matce chce odnaleźć tę, której nigdy nie miała, chce czuć się kochanym członkiem rodziny i tak też chce być traktowana. Czy tak jest naprawdę? Dlaczego więc wciąż czuje się gorsza, na drugim miejscu? Dlaczego musi zabiegać o uwagę córki i męża i czy rzeczywiście tak jest? Zapatrzona wciąż w teściową, która wydaje się rządzić, dominować i zabierać powoli wszystko, co ta posiada i kocha, tonie w nieprzerwanych analizach swoich zachowań i wypowiedzi, grzęźnie w ogromie wyimaginowanej złośliwości i agresji płynącej w jej kierunku od mamy męża. Zapętlając się w emocjach, myślach, błędnych interpretacjach pozwala sobie stracić z oczu to, co najważniejsze. Niechęć, odnajdywanie coraz to nowych przejawów wrogości przysłania jej całe życie stanowiąc nowy jego sens.

Na początku współczułam, ubolewałam nad losem pokrzywdzonej synowej, potem jednak widziałam już, że Lena sama się nakręca, tworzy błędne koło przypuszczeń, założeń i domysłów, a co za tym idzie negatywnie się nastawia. Na jej przykładzie widzimy do czego może doprowadzić błędne postrzeganie innego człowieka, nakręcanie samej siebie w oparciu o swoje wyolbrzymione przemyślenia.

Bardzo łatwo oceniać innych, nie próbując nawet ich zrozumieć. Bardzo łatwo tym samym stracić szansę na przyjaźń, na miłość bliskich i jednocześnie łatwo ranić. Postawa Leny niejednego skłoni do zastanowienia się czy rzeczywiście wszystko o wszyscy są przeciwko nam? Czy rzeczywiście to my jesteśmy w różnych sytuacjach stroną poszkodowaną? Może czasem szczera rozmowa, chęć zrozumienia i głębszego poznania potrzeb drugiej osoby może wszystko odmienić?

Wiele emocji niesie ze sobą ta powieść, wiele smutku i żalu, wiele cierpienia i tęsknoty za bliskością, czułością i troską innych. To historia samotności, niezrozumienia, ale jednocześnie historia niosąca nadzieję na nowe życie, budowanie nowej tożsamości w oparciu o wiarę w siebie i wsparcie rodziny.

Wzrusza i zastanawia, porusza i daje nadzieję na zmiany, na odkupienie win, na nowe życie. Pani Wilczyńska skonstruowała ciekawą fabułę, pisze bardzo prawdziwie i życiowo, z dużą lekkością, prostotą a zarazem wrażliwością.

Za egzemplarz powieści serdecznie dziękuję wydawnictwu Replika


Ta druga, s. 264, Wydawnictwo Replika, 2011

wtorek, 29 listopada 2011
Powrót Młodego Księcia - Alejandro Guillermo Roemmers

Któż nie pamięta słynnej małej książeczki autorstwa Antoine’a Saint-Exupéry’ego? Mały książę w sercach i umysłach wielu zajmuje ważne miejsce ze względu na to, co wniósł swoją skromnością, wrażliwością i co dzięki niemu zrozumieliśmy.

A co nam prezentuje A.G. Roemmers? Czerpanie z dorobku arcydzieł w dodatku przez autora zupełnie innego, kontynuowanie lub jak mówi okładka dopełnianie dzieła, uznanego za klasykę  – nie ukrywam nieufność walczyła we mnie z zaintrygowaniem. Jednak nie oceniam dzieła po tytule, okładce czy narzucającym się nawiązaniom do innych utworów – ciekawość wygrała.

Alexandro Guillermo Roemmers podróżuje przez Patagonię. Pewnego dnia jadąc autostradą zauważa na poboczu "skulony kształt", który okazał się być chłopcem. Zabierając go do samochodu nie spodziewa się, jak ciekawą podróż zarówno autem po autostradzie ale przede wszystkim metafizyczną zapewni mu ta dziwna postać. Młody Książę wyruszył na poszukiwane pilota, od którego otrzymał pudełko z barankiem. Chcąc go odnaleźć, usłyszeć zapewnienie o szczerości oraz przyjaźni opuszcza swoją różę, swoją małą planetę i po raz kolejny wyrusza na ziemię.

Lektura wiele czasu nie zajmie, znacznie mniej niż rozmyślanie nad prawdami i mądrościami zawartymi w tekście, wypływającymi z postaci samego Młodego księcia i jego postępowania. I o ile rad, uwag, sentencji, mądrości może się wydawać czytelnikowi zbyt dużo o tyle warto chociażby dowiedzieć się jak potoczyły się dalsze losy  tego uroczego chłopca. Młody Książę dorósł, to jest jednak ten sam mały chłopiec, który kiedyś trafił na ziemię, ten sam, który kochał swoją różę, dbał o swoją planetę, ten sam, który otrzymał w pudełeczku małego baranka. Wrażliwy, niewinny, bardzo sentymentalny, a także bezinteresowny i czuły. Zagubiony wśród ludzi, nie znający prawdy o świecie, wiecznie poszukujący… To chłopiec, który zadaje wiele pytań, pozornie prostych i zwyczajnych, dotyczących najzwyklejszych spraw, na które jednak często dorosłemu trudno odpowiedzieć. Ale dzięki temu sam dorosły uświadamia sobie pewne prawdy, dociera do niego sens pojęć takich jak życie, szczęście, miłość. Dyskusja filozoficzna, jaką prowadzi ten niedoświadczony chłopiec z mężczyzną, który już wiele ma za sobą i dźwiga bogaty bagaż doświadczeń, sprawia, że trzydniowa podróż, jaką odbywają jawi się dla tego pierwszego podróżą w głąb siebie.

Dla czytelnika jest zaś to okazja do spojrzenia z innej perspektywy na siebie, na swoje życie, ludzi nas otaczających. Jest to okazja do chwili refleksji nad tym jacy jesteśmy, jak postrzegamy świat i jakie emocje kłębią się w nas. Czy potrafimy być szczęśliwi? Czy nie zatracamy swoich ideałów i marzeń, ulegając łatwej drodze, sile materializmu czy wygodzie? Czy zachowaliśmy w sobie dziecięcą niewinność czy trud życia do końca zmienił nas w poważnych, aż do przesady? W końcu, czy potrafimy żyć pełnią życia, mierzyć się z problemami, uczyć się na błędach, przyjmować zmiany z otwartymi rękoma i sercem, skupić się na teraźniejszości i tym, co mamy, czy umiemy przebaczać sobie, pochylić się nad słabszym i w końcu czy potrafimy kochać – bo to jest właśnie najlepsza droga do prawdziwego szczęścia.

W każdym człowieku możemy odnaleźć kogoś bliskiego, każdy też może nas czegoś nauczyć i coś wnieść w nasze życie. Dlatego też nie oceniajmy po pozorach, nie mierzmy swoją miarą, zatrzymajmy się czasem i zastanówmy nad sobą i życiem. Może pomoże w tym świadomość tego, iż Młody Książę żyje tu, między nami…

"Po prostu dać nura w rzeczywistość i pozwolić sobie płynąć z prądem. Skupić się na życiu, odczuwaniu i cieszeniu się każdą chwilą, a nie ulegać męczącej obsesji ostatecznego celu podróży. W końcu celem egzystencji jest samo istnienie, odczuwanie. Kiedy człowiek natyka się na przeszkody, ma okazję stać się czymś nowym, nową formą, która umocni tylko jego istotę i pozwoli mu płynąć dalej, podobnie jak rzeka płynie wciąż do przodu, choć zmienia się jej łożysko. Najważniejsze to być całkowicie i prawdziwie żywym, z otwartymi zmysłami, z całą naszą zdolnością do kochania, do bycia, do cieszenia się, do tworzenia, tu i teraz, a nie dać się uwięzić w przeszłości albo przyszłości."

Oczywiście to już nie jest Mały Książę, to nie jest Saint-Exupéry ale warto spróbować spojrzeć na tę powieść w oderwaniu od klasyki. Naprawdę warto!

Za egzemplarz powieści serdecznie dziękuję Pani Aleksandrze z wydawnictwa WAB


Powrót Młodego Księcia / The Return Of The Youun Prince, przeł. Agnieszka Walulik, Wydawnictwo WAB, 2011

poniedziałek, 28 listopada 2011
Ocalony - Włodzimierz Zaczek

Czy w życiu wszystko zależy tylko od nas? Czy może jesteśmy zależni od zrządzeń losu, lub innych ludzi? A może ufając swojemu Aniołowi Stróżowi możemy być spokojni o swój los i bez lęku iść naprzód? Odpowiada nam na te pytania bohater powieści Włodzimierza Zaczka Ocalony. Nie znamy jego imienia, poznajemy zaś historię jego długiego życia. Zechciał on opowiedzieć ją pisarzowi – Wojtkowi. Poprosił o opublikowanie swojej biografii ale dopiero po jego śmierci. Każdego dnia Wojciech przybywa do położonego na odludziu domku, gdzie staruszek mieszka ze swoją wnuczką Hanią. Przy kieliszeczku koniaku czy kawie Wojciech wsłuchuje się w pozornie zwyczajną historię, jakich wiele.

Od wczesnego dzieciństwa, kiedy to bohater wraz z rodziną został wywieziony do obozu, przez osierocenie, ucieczkę, udział w wojnie, demobilizację, pierwsze próby odnalezienia się w nowej powojennej rzeczywistości, miłość, fortunę towarzyszymy bohaterowi w chwilach radości i smutku, śledzimy jego sukcesy i porażki, widzimy jak uczy się samotności i szczęścia, gdy już je spotyka. Wychowany w duchu miłości i szacunku do bliźniego, doświadczając w swoim życiu wiele okrucieństwa, zła, nigdy nie nienawidził, nie potępiał, nie czuł złości, nie mścił się. Może też za sprawą tajemniczej osoby, towarzyszącej mu w różnych ciężkich chwilach jego życia. Jej istnienie to coś, co nie pozwala myśleć o losach staruszka jak o zwyczajnych i powtarzalnych. Czyta się je dobrze, choć, rzeczywiście, nie raz już słyszałam i czytałam podobne historie. Nie powalają ale myślę, że ważne są wnioski jakie z nich możemy wysnuć oraz wartości, jakie przekazują.

Przede wszystkim uczą nas, co jest w życiu najważniejsze, jak wielką siłę ma pieniądz i nie jest to wcale siła budująca, a wręcz przeciwnie. Pieniądz potrafi zburzyć spokój w rodzinie, zniszczyć miłość czy przyjaźń. Czasem znacznie łatwiej żyć bez nich, dzięki czemu można również uniknąć wiele problemów. Wiele pozytywnych wartości płynie z powieści Ocalony. Najważniejsza to ta o sile więzi rodzinnych, o miłości, o poświęceniu dla bliskich.

Styl Zaczka jest dość prosty, zwyczajny, nie pozbawiony humoru choć mocno okrojonego i zdystansowanego. Historia jest pełna dramatycznych wydarzeń, nad którymi jednak bohater nie rozpacza, nie emocjonuje się, nie przesadza. Pierwsze niezwykłe wydarzenia, mające miejsce w życiu bohatera zadziwiają, zastanawiają, intrygują jednak wszystkie kolejne już wywołują zdumienie, niedowierzanie i pozbawiają tekst realizmu i autentyzmu zmieniając go w baśń, w przypowieść, sama nie wiem.

Czytelnik nagle zostaje osaczony przez cuda, świadczące o wielkiej roli Anioła Stróża czy Boga w naszym życiu. Na tyle silnie i mocno autor akcentuje znaczenie wiary w Boga, że wywołuje wręcz skutek odwrotny. Owszem cuda się zdarzają ale nie w takiej ilości w życiu jednej osoby. Ich przesadzona ilość wcale nie sprawiła, że uwierzyłam mocniej. Cuda te można by tłumaczyć pokorą bohatera, spokojnym przyjmowaniem tego, co przynosi los. Może właśnie wtedy mamy szansę na taką „bożą opiekę”? Kto wie? Nie zmienia to jednak faktu, że naszą powieść czyni to mniej prawdopodobną. Na szczęście na ziemię sprowadza czytelnika znowu zakończenie, za co należy się ogromny plus Zaczkowi. Widzimy, jakie potrafi być życie, jak nieprzewidywalne, zaskakujące, pełne zbiegów okoliczności. Jak w jednej chwili może się zmienić i jak wiele czynników składa się na szczęście, na sukces.

Specyficzna lektura, może zbyt mocno przekonująca czytelnika do wiary ale jednak nakazująca zastanowić się nad życiem, jego sensem i tym, co je kształtuje.


Ocalony, s. 214, Wydawnictwo Bernardinum, 2011

piątek, 25 listopada 2011
Gdański depozyt - Piotr Schmandt

Zdjęcie w sepii sugeruje klimat lat dawnych i słusznie. Bo oto przenosimy się do Wolnego miasta Gdańska, ostatnie chwile przed wybuchem II wojny światowej.

Czas płynie dość zwyczajnie choć czuć już w powietrzu narastające poczucie zagrożenia związane z nadciągającymi działaniami wojennymi.

Dziać się zaczyna od momentu gdy dyrektor Komisariatu Rządu Rzeczypospolitej otrzymuje tajemniczą propozycję udziału w akcji przejęcia „gdańskiego depozytu”. Ten, należący do Eufrozyny Ostrogskiej, jawi się jako wielki skarb, jednak miejsce jego przechowywania pozostaje przez długi czas nieznane, chętnych do podziału nie brakuje, a cała sprawa musi pozostać w głębokiej tajemnicy. Choć ta, jak często bywa, jest dość wątpliwa. Poza Dyrektorem, referentem i majorem jak również ich informatorem Georgiem Rookiem, w  całą sprawę okazuje się być zaangażowanych znacznie więcej osób, mało przyjemnych i miłych, wszak konkurują ze sobą o wielki skarb. Strona niemiecka i polska do końca spierają się o przynależność depozytu do danego kraju, w końcu jego historia i rodowód wcale nie są tak jednoznaczne. Niebezpieczne wydarzenia, misternie uknuta intryga i zagadka pochłaniają coraz więcej czasu i starań wszystkich zainteresowanych. Nie ma lekko, sprawa wymaga sprytu, przebiegłości, dyskrecji i szybkości. Liczy się czas, trzeba wszak nie tylko odnaleźć depozyt, zagłębić się w jego historię ale i znaleźć jego właściciela, co nie będzie proste.

Z każdym bohaterem wiąże się jakaś historia, opowieść, a wszystkich łączy magiczna więź miłośników bogactwa i zysku. Pan Schmandt w sposób znakomity powiązał ze sobą wszystkie wątki tej historii. Potrafi wprowadzić czytelnika w błąd, nakazuje mu niezwykłe skupienie i uwagę. Zgrabnie i umiejętnie przechodzi od jednego bohatera do drugiego, łącząc ich niewidzialną nicią, która ukaże się dopiero na sam koniec, kiedy to wszystko się wyjaśni. Mimo dużej ilości bohaterów, każdy jest inny, wyrazisty, szczególny. Każdemu poświęca autor czas, kreśli te postacie z dokładnością i wyczuciem. Są śmieszni, poważni, mają swoje słabości i popełniają błędy. Sprawa depozytu na jakiś czas dominuje w ich życiu, choć nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę.

Nagłe zwroty akcji, niespodziewane rozwiązania, liczne zagadki i niedopowiedzenia, a co za tym idzie nieporozumienia, wydarzenia zupełnie nie do przewidzenia sprawiają, iż Gdański depozyt jest doskonałym kryminałem ale z odpowiednim podłożem historycznym, niebanalnymi bohaterami.

Cała fabuła ukazana jest na znakomitym tle obyczajowym, bo nie można odmówić autorowi autentyzmu, realizmu i dobrego ujęcia realiów, w jakich przyszło naszym bohaterom żyć, a które nie okazują się być łatwymi czy bezpiecznymi. Ciekawie ujęty podział Niemcy – Polacy i wszystkie związane z tym niuanse w rozwarstwieniu społeczeństwa.

Nie da się ukryć, Schmandt dopracował każdy, najmniejszy nawet szczegół. Drobiazgowość, rzetelność opisu, fantazja i precyzja w jednym sprawiają, że powieść tę czyta się bardzo przyjemnie.

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Oficynka.


Gdański depozyt, s. 310, Wydawnictwo Oficynka, 2011

niedziela, 20 listopada 2011
Na Syberię - Per Petterson

 

Po przeczytaniu drugiej powieści Pera Pettersona mogę powiedzieć, że nie jest to literatura łatwa ani lekka. Nie jest wesoła, wręcz przeciwnie, przygnębia i smuci. Mam wrażenie, że Petterson rozciąga nad swoimi bohaterami jakieś fatum, stawia ich w obliczu trudnych sytuacji, wikła w trudne relacje rodzinne i nie daje wielu szans osiągnięcia szczęścia czy spokoju wewnętrznego. Tak jak i w przypadku Kradnąc konie pomysł na fabułę dobry, duży potencjał, czy wykorzystany?

Nie nazwę głównej bohaterki bo nie ma ona imienia. Poznajemy jej historię widzianą oczami sześćdziesięcioletniej już kobiety. Opowiada czytelnikowi o swoim życiu od najmłodszych lat, o życiu w którym najważniejszym i najbliższym człowiekiem, a także głównym punktem zaczepienia był brat Jesper. Wychowują się w domu, gdzie nie okazuje się uczuć, matka dawno zapomniała o czułości wobec córki, ojciec – chłodny i surowy; jednym słowem dom, który można było nazwać domem tylko poprzez istnienie rodzeństwa.

Zarówno bohaterka jak i jej brat mieli swoje marzenia, chcieli opuścić Danię i jechać tam, gdzie widzieli dla siebie świetlną przyszłość, gdzie wierzyli, że czuć będą się dobrze, a życie będzie łatwiejsze. On zakochany w Maroku, ona wciąż tęskniąca za ogromem przestrzeni i ciepłem kojarzącym się z drewnianymi domami mroźnej Syberii. O ile jemu udaje się zrealizować marzenia, jej pozostają tylko w sferze planów i wyobraźni, dlaczego? Według mnie nie miała wystarczającej siły i uporu ale oprócz tego plany pokrzyżowała wojna. Czy jednak uznać ją za wytłumaczenie skoro można było walczyć o marzenia?

W wyniku wybuchu II wojny światowej bohaterce przychodzi się rozstać z Jesperem. Ten, czynnie udzielający się w licznych działaniach antyniemieckich, w rezultacie musi uciekać. Ona zaś nie dociera do wymarzonej krainy, a tylko do niedalekiej Norwegii. Tam, w samotności, stawia czoła nowej codzienności, wypełnionej jedynie pustką i tęsknotą za bratem. Jej wspomnienia często są bardzo chaotyczne, czas po wojnie przeplata się z okresem młodzieńczym. Choć wspomnień dziecięcych zdecydowanie najwięcej jest na początku książki. Są dość szczegółowe, opisujące relacje z rodzicami, dziadkami, szkolnych rówieśników, atmosferę i charakter miasteczka i społeczności, w której żyli. To, co łączy wspomnienia młodsze i te starsze to smutek, wypływający z każdego zdania, to jakieś poczucie rozczarowania, utraty, poczucie niespełnienia. To te emocje, które kobieta przeżywszy już 6 dziesięcioleci znać może doskonale. Kobieta, której życie zakończyło się, zanim tak naprawdę się zaczęło.

Mam mieszane uczucia. Bohaterka mnie nie do końca przekonała do siebie. Nie mogłam zrozumieć jej postępowania, jej marazmu. Rozumiem zamysł autora aczkolwiek coś nie tak... Wydaje mi się, że nie do końca wiedziała, już w okresie powojennym, czego chce. Opowieść o tych dniach była jakby rozmyta, a samo opisywane życie bez wyrazu, bez celu i sensu. Tak się chyba właśnie czuła…

Pomimo smutku, cieszę się z tego kolejnego spotkania z literaturą skandynawską. Podobało mi się ujęcie perspektywy z kobiecego punktu widzenia oraz studium charakteru bohaterki.

Per Petterson mnie zastanawia i intryguje. 

*Przyznam, że okładka powieści nie zapowiada tego, co w środku.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Pani Violetcie z Wydawnictwa W.A.B.


Na Syberię / Til Sibir, przeł. Iwona Zimnicka, s. 272, Wydawnictwo W.A.B. 2011

Per Petterson na moim blogu:

http://miedzystronami.blox.pl/2010/10/Kradnac-konie-Per-Patterson.html

czwartek, 17 listopada 2011
Siostrzyca - John Harding

Siostrzyca zaskakuje. Na początek swoim tytułem, zaraz potem językiem, ciekawą fabułą i niebanalną postacią głównej bohaterki, a potem zakończeniem. 

Anglia, 1891 r, stary dwór położony gdzieś pośród lasów, pól, w odosobnieniu, tajemniczy i zapomniany. Zamieszkują go Florence i Giles, rodzeństwo, nad którymi pieczę sprawuje gospodyni domu Pani Grouse oraz pomagająca jej służba. Rodzice dzieci nie żyją, a te są dla siebie rodzeństwem przyrodnim. Ich przeszłość owiana jest tajemnicą, jest tylko wuj, który nie wykazuje zainteresowania pociechami, mieszka w innym mieście i nie uczestniczy w życiu dworu Blithe. Ma tylko jeden najważniejszy warunek, bezwzględny zakaz edukowania Florence, wszak edukacja nie jest dla dziewczynek.

Beztroskie życie dzieci upływa na zabawie do momentu obowiązkowego wyjazdu Gilesa do szkoły. W obliczu samotności Florence znajduje sobie zajęcie. Kiedy odkrywa ogromną bibliotekę z tysiącami woluminów na półkach, sama podpatrując, podpytując uczy się czytać, by wkrótce w zaciszu biblioteki spędzać długie godziny nad książkami lub też po kryjomu wynosić je do swojego pokoju. To jakby pierwsza część powieści. Druga skupia się wokół guwernantki, zatrudnionej w Blithe House po tym jak Giles, ze względu na swoją zbyt wrażliwą naturę i usposobienie, zostaje odesłany ze szkoły do domu. Nauczycielka jest przeznaczona tylko dla niego, zaś Florence skupia się w dużej mierze na obserwowaniu jej, podejrzewając o niecne zamiary. Utwierdzają ją w tym przekonaniu kolejne dziwne wydarzenia, których jest świadkiem…

Fabuła – genialna. Nie ma czasu się zatrzymać, pędzimy z trudem próbując nadążyć za niezwykle pomysłową Florence. Jej wyobraźnia dyktuje takie działania, że czytelnik może tylko śledzić opowieść z otwartymi ustami, nie mogąc nadziwić się ile pomysłów i jakich może rodzić się w głowie 12 – letniej dziewczynki. Można podejrzewać Flo o wymyślanie, o jakieś problemy umysłowe, ale zarazem nie da się nie być przekonanym o całkowitej logiczności i właściwości jej poczynań. Co jest prawdą a co fantazją, co istnieje tylko w wyobraźni żyjącej literaturą małej dziewczynki? Tym ciekawszą postacią jest ta mała dziewczynka. Niejednoznaczna, niebanalna, zagadkowa i fascynująca. Z jednej strony gotowa oddać wszystko w imię miłości do swojego brata, gotowa walczyć, by stanąć w obronie bliskich ale z drugiej, bezwzględna, surowa i okrutna dla tych, którzy zechcą ją skrzywdzić.

Jej opowieść wywołuje lekki niepokój, poprzez delikatnie budowane napięcie, potęgowane za sprawą wszechobecnych przeklętych luster, mroczności i tajemniczości dworu, skrzypiących schodów, długich i ciemnych korytarzy…

Pierwszoosobowa narracja sprawia, że lektura jest niezwykle dynamiczna, żywa. O jej oryginalności stanowi jednak, przede wszystkim, język. Florence bowiem posiada bowiem swój własny, którym raczy czytelnika, jednocześnie unikając go w dialogach z bliskimi. I tak na przykład dźwięk dochodzący zza okna to zzaoknowy dźwięk, kiedy dostarczono jej niewygody to ją uniewygodniono, chodzenie po schodach to schodkowanie, a po korytarzu korytarzowanie. Początkowo dziwi, utrudnia czytanie, by zaraz potem nawet rozczulać, stać się całkowicie zrozumiałym i niedostrzegalnym pośród zwyczajnych słów, a zarazem oddającym doskonale klimat i charakter opowiadanej historii.

Jak się zakończy historia podejrzliwej, błyskotliwej i inteligentnej Florence, czy uda jej się wygrać walkę o brata i czy jej wyobraźnia rzeczywiście może jest zbyt wybujała i do czego ją doprowadzi? Trzeba się przekonać, tym bardziej że zakończenie powieści, nie dość, że pędzące w zatrważającym tempie to jeszcze jest nie do przewidzenia, ciekawe, stawiające więcej pytań niż dające odpowiedzi. Nagle to, co układało się w całość, znajdowało wyjaśnienie okazuje się być zupełnie innym. A Florence, trudno powiedzieć czy okazuje się być niewinną dziewczynką, intrygantką, czy odkrywcą wielkiej i przerażającej tajemnicy?

Za egzemplarz powieści serdecznie dziękuję Wydawnictwu Mała Kurka


Siostrzyca / Florence and Giles, przeł. Karolina Zaremba, s. 288, Wydawnictwo Mała Kurka, 2011

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36
Teraz czytam
A zaraz potem KONKURS ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~~~~~~~~~~~~~~~~ ~ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Spis moli
~~~~~~~~~~~~~~~~~