Odkrywamy tajemnice, odkrywamy sens i znaczenia, odkrywamy samych siebie, odkrywamy świat na nowo, świat zaklęty między słowami...
poniedziałek, 20 lutego 2012
Dziewczyna, która pływała z delfinami - Sabina Berman

Zarówno tytuł jak i okładka tej powieści nie mają nic wspólnego z jej zawartością. Tym bardziej nie wolno się sugerować opisem porównującym tę pozycję do Forresta Gumpa.

Dziewczyna, która pływała z delfinami jest powieścią bardzo nietypową zarówno jeśli chodzi o tematykę jak i ze względu na bohaterkę-narratorkę, którą jest dziewczynka autystyczna.

O autyzmie większość z nas wie niewiele. Na pewno tyle, że osoba autystyczna żyje w swoim własnym świecie, zamyka się na to, co na zewnątrz, ma problemy z przystosowaniem się do życia.

Kiedy małą Karen odnajduje jej ciotka Isabelle, dziewczynka nie ma imienia, nie mówi i jest dzika i niedostępna. Ciotka przybywa do Mazatlan, gdyż odziedziczyła przetwórnię tuńczyka Pociecha. Postanawia wprowadzić Karen do świata „normalnych” ludzi, ucywilizować, co jednak nie będzie proste, bo rozpocząć trzeba od podstaw czyli nauki mówienia. Osoba autystyczna różni się od innych, którzy to często okazują jej wrogość, niechęć, wyśmiewają, piętnują. Jej nieumiejętność zrozumienia praw rządzących światem: np. na uniwersytecie, w przetwórni etc, jej brak wyobraźni, postrzeganie świata na zasadzie czerni i bieli, traktowanie wszystkiego dosłownie sprawiają, że z trudem odnajduje się wśród społeczeństwa. Jednak jej zabawna głupota (choć może lepiej nazwać to prostotą myślenia i wyrażania emocji) idzie w parze z niezwykła inteligencją, zdolnością koncentracji, a jej pomysły, których nie byli w stanie zrozumieć wykładowcy uniwersyteccy doskonale znajdują zastosowanie przy hodowli i przetwórni tuńczyków, gdzie to ciotka Isabelle pozwala jej się wykazać.

Wszystko to możemy obserwować i śledzić właśnie z perspektywy Karen. Dzięki temu zabiegowi autorka pozwoliła nam rozumieć mechanizmy rządzące światem dziecka autystycznego, pozwoliła nam za sprawą prostego języka i pierwszoosobowej narracji wniknąć w życie tej niezwykłej dziewczynki potrafiącej niejednego zaskoczyć innowacyjnością swoich pomysłów, która często tkwiła w ich prostocie.

Jej inność jest widoczna ale w sposób subtelny i delikatny bo właśnie tym sposobem autorka chciała nam przekazać prawdę o rzeczach, o których w życiu codziennym zapominamy. Dziewczynka, która jest chora na chorobę, która powinna ją od świata izolować i odgradzać a co za tym idzie smucić, jest pełna energii, entuzjazmu i potrafi to wykorzystać w szczytnym celu jakim jest ratowanie przetwórni i zwierząt.

Niejeden człowiek mógłby brać przykład z Karen. Nie bała się swojej inności a wręcz uczyniła  niej atut, dzięki czemu nie bała się niczego, potrafiła dzielnie i uparcie dążyć do celu, idąc na przekór utartym schematom. Przebyła długą i żmudną drogę, z licznymi przeszkodami, jednak zawsze za sprawą swojego nietypowego sposobu myślenia potrafiła wybrnąć z opresji, podjąć odpowiednią decyzję. Myślę, że pokazała nam jak można postępować i myśleć nie opierając się na żadnych wzorcach, modelach, przykładach

Za sprawą tej niewielkiej objętościowo powieści debiutująca Sabina Berman zmieni coś w świadomości każdego czytelnika. Ta powieść ma w sobie coś z psychologicznej, coś z filozoficznej, a na pewno jest innowacyjna i nowa. Pozwala się zastanowić nad „innością”, której cząstkę nosi w sobie każdy z nas, a która ma w sobie wiele zalet.

Trochę może chaotyczna, niemało jest w niej niedokończonych myśli i wątków, co mnie trochę mnie męczyło ale w ogólnym rozrachunku nie gra to takiej dużej roli.


Dziewczyna, która pływała z delfinami / La mujer que bucéo dentro del corazón del mundo, przeł. Małgorzata Moś, s. 232, Wydawnictwo Znak, 2011  

czwartek, 16 lutego 2012
Umarli nie tańczą - Charles Martin

Jak to potrafi ten Charles Martin, że mówiąc o wszystkim, tylko nie o głównym temacie czy poruszanym problemie, uparcie wokół niego krąży, sygnalizuje i podkreśla silnie jego obecność. Potrafi w proste słowa ubrać poważne treści i pod przykryciem zwyczajności przemycić ważne przesłania.

Tym razem stawia swojego bohatera Dylana przed wyzwaniem: jak radzić sobie z życiem i rzeczywistością w obliczu możliwej straty ukochanej osoby? Skąd wtedy czerpać siły, jak odnaleźć tę niezbędną równowagę potrzebną do harmonijnego współgrania z otoczeniem i samym sobą?

Dylan i Maggie oczekują przyjścia na świat pierwszego dziecka, synka. To, co miało przynieść szczęście i spełnienie staje się dramatem i walką o życie. Synek rodzi się martwy, zaś Maggie zapada w śpiączkę a lekarze nie pozostawiają złudzeń: nie wybudzi się

Co pozostaje Dylanowi? Kłóci się w nim nadzieja ze zwątpieniem, agresja i bunt z bezsilnością i bezradnością. Jak ma odnaleźć siebie w tym świecie, kiedy nic nie można zrobić, kiedy los decyduje za nas, nie pozostawiając nam nawet odrobiny inicjatywy?

Choć wielokrotnie odczuwa bolesną i przygniatającą samotność, Dylan musi normalnie funkcjonować. Jego farma nie daje plonów wystarczających na utrzymanie, konieczne jest więc znalezienie innego sposobu zarabiania. Za sprawą swojego przyjaciela Amosa Dylan wraca do nauczania. Doktor Dylan Styles podejmuje pracę w college’u i wcale nie trafia na łatwą młodzież. Jego praca na tej uczelni swoim charakterem przypominała mi zmagania się Michelle Pfeiffer w filmie Młodzi gniewni. I była równie trudna, pełna przeszkód, które pokonać musieli zarówno uczniowie jak i ich nauczyciel.

Martin, jak to zwykle w swojej prozie, stawia pytania. Tutaj jedno chyba z najczęściej zadawanych, a dotyczących Boga: Czy Bóg istnieje? Jeśli tak to gdzie jest gdy spotyka nas coś złego? Dlaczego nie podejmuje z nami dialogu, nie słucha, pozwala na zło, na cierpienie? Doskonały monolog Dylana, gdy w krytycznej sytuacji wykrzyczał Bogu co myśli, co czuje zrobił na mnie ogromne wrażenie. Poruszył strunę, zmusił do refleksji, tym bardziej, że ja zadaję sobie podobne pytania.

Bardzo ciekawie zbudował autor swojego bohatera, prezentując jego słabości i mocne strony, jego walkę wewnętrzną, jaką musiał stoczyć, by znaleźć odpowiedzi na pytania o sens cierpienia, o sens doświadczania nas przez Boga. Może trochę zbyt wiele dobroci i empatii wlał w serca bohaterów. Wszyscy się kochają, wszystkich kocha Bóg, Alleluja jakby zaśpiewano w kościele gdzieś właśnie w Południowej Karolinie. Ale nawet to nie umniejsza znaczenia i wydźwięku tej powieści.

Charles Martin próbuje pokazać nam, co jest w życiu ważne, a co można przesunąć na dalszy plan. Chce przekazać czytelnikowi również optymistyczną myśl, że bez względu na to, co nas w życiu spotyka skaleczenia się zasklepiają i kiedyś zdrowiejemy… czy tak jest naprawdę a jeśli tak to ile czasu na to potrzeba, pozostawiam każdemu do rozważenia.


Umarli nie tańczą / The Dead Don’t Dance, przeł. Jacek Bielas, Wydawnictwo Wam, 2009

Charles Martin na moim blogu: 

http://miedzystronami.blox.pl/2011/12/W-pogoni-za-swietlikami-Charles-Martin.html

http://miedzystronami.blox.pl/2010/11/Kiedy-placza-swierszcze-Charles-Martin.html

wtorek, 14 lutego 2012
Drzwi do piekła - Maria Nurowska

Drzwi do piekła to mocna, odważna, erotyczna, brutalna, oparta na długich obserwacjach proza. To również, co charakterystyczne dla Marii Nurowskiej, genialne studium psychologiczne kobiety. To powieść przeciwieństw i kontrastów. Wciąga od pierwszej strony. Tak mogę w skrócie oddać swoje wrażenia dotyczące ostatniej powieści słynnej pisarki.

Zakład Karny dla kobiet w Kowańcu: to właśnie tutaj rozpoczyna się i toczy akcja powieści, której główną bohaterką jest Daria Tarnowska. I choć postaci ciekawych, znaczących i niebanalnych jest tu wiele to jednak wszystko toczy się wokół Darii. Intelektualistka, pisarka, człowiek literatury trafia do więzienia za morderstwo męża Edwarda.

Przenikając razem z Darią w głąb więziennego świata zagłębiamy się również w psychikę bohaterki, poznajemy jej historię i charakter. Dzięki nim powoli zaczynamy choć trochę rozumieć, początkową niezrozumiałą, zupełnie pozbawioną sensu i powodu zbrodnię. Wychowana bez rodziców, a tylko przez babcię, mieszkająca w domu popa (pochodziła z Białorusi, wyznania prawosławnego) nigdy nie miała odpowiedniego męskiego wzorca i nie potrafi do końca odnaleźć się w związku z mężczyzną. A jednak wychodzi za mąż za człowieka starszego od siebie, doświadczonego, będącego dla niej autorytetem; wydawca, redaktor wprowadził ją w świat kultury i literatury, silnie wspierał w początkowym okresie jej twórczość i ją samą. Wkrótce Daria inicjuje grę: literacką, erotyczną i perwersyjną, w którą wiele lat gra z Edwardem. Ich związek zaczyna się sypać, miłość zmienia się w nienawiść, zdrady na które pozwalała Daria, wymykają się spod kontroli a ona sama nagle znalazła się na marginesie ich związku, bez możliwości decydowania i wyboru. Zapomniała o tym, co najważniejsze, ustaliła sobie niewłaściwą hierarchię.

Szare życie więźniarki również nie było łatwe. Nieśmiała i wrażliwa intelektualistka była z góry skazana na przegraną. Więzienie to piekło, drzwi do niego są otwarte. Jak zawsze w takich miejscach jest z góry ustalona hierarchia i ten kto się jej nie podporządkuje nie przetrwa. Więźniarkami okazały się kobiety tak różne, że niemożliwym wydawało się, by funkcjonowały obok siebie. A jednak. Nieustanne walki charakterów, relacje oparte na seksie, chaos, walka o prywatność, walka o siebie samą to widzimy w Kowańcu każdego dnia.

I pośród tego wszystkiego Daria, której jednak udało się stworzyć wokół siebie przestrzeń ochronną, utrzymać pozostałe kobiety na dystans, oswajać we własnym tempie rzeczywistość, obserwować. Daria zyskuje szacunek i zaufanie współwięźniarek, dla których staje się swoistym "konfesjonałem", sumieniem więzienia, kimś, komu skazane, chcąc pogodzić się ze swoim losem i lękami, mogą opowiedzieć swoją historię. Tym samym bohaterka Nurowskiej przechodzi swoiste katharsis, pomagając innym, zmieniając inne kobiety, pomaga sobie, uczy się siebie w nowej odsłonie. Nie udałoby się jej to, gdyby nie opiekunka-wychowawca Iza, która okazuje Darii dużo zrozumienia, ciepła i sympatii. Autorka wyraźnie udowadnia nam, że więzienie to też miejsce do życia i paradoksalnie miejsce, gdzie można odnaleźć siebie, nadzieję.

Choć dominują w tej powieści kobiety (kobieca dusza z jej tajemnicami i zagadkami) to jednak zwróciłam uwagę na sylwetkę Edwarda. Niejednoznaczny, zaślepiony żądzą kariery, chcący przypodobać się panującej władzy, żądny uznana i poklasku od początku stanowił zbyt silne przeciwieństwo Darii, co tym bardziej podkreśla wyrazistość i realizm postaci i wydarzeń.

Obie linie narracyjne: więzienne życie i przeszłość Darii przeplatają się ze sobą. Brak jest akapitów, co utrudniało mi odbiór. Czasem naprawdę trudno było się zorientować, że kolejny fragment odnosi się do innych wydarzeń, do tej drugiej narracji z przeszłości. 

Mimo tego powieść nie pozwala się oderwać, intryguje oryginalnością opisywanego miejsca i wydarzeń, prostotą języka, ciekawymi bohaterami, autentycznością.

To bardzo prawdziwa, po brzegi wypełniona emocjami  powieść o życiu, które bez względu na miejsce może stać się piekłem; o przemianie, o wybaczaniu samemu sobie, o kolejnych szansach. To doskonała powieść o rzeczywistości więziennej, w której, w zależności od tego, jaką maskę założysz, możesz być kimś innym niż w rzeczywistości.


Drzwi do piekła, s. 270, Wydawnictwo Znak, 201

piątek, 10 lutego 2012
Kalinka - Andrzej Lipiński

Tę książkę, będącą zapisem dramatycznej walki z chorobą dziecka, każdy czytelnik odbierze inaczej, zinterpretuje w inny sposób. Bo tego typu wspomnień cierpiącego ojca nie da się oceniać, a nasz odbiór zależy w tym wypadku w dużej mierze od momentu życia, w jakim po nią sięgnęliśmy oraz od tego, co nas w życiu spotkało, czym nas los doświadczył.

Dla mnie jest to pozycja ważna ze względu na poruszaną problematykę, min. walki z chorobą, walki z góry skazanej na przegraną, pogodzenia się z losem, przygotowania na odejście kogoś, kogo się kocha i jednocześnie ślepej wiary w cud i odmiennego pojmowania śmierci.

Los chciał, że mała Kalinka, ukochana córeczka Andrzeja i Barki urodziła się z uszkodzonym genem, co wywołało u niej rdzeniowy zanik mięśni. Los rzucił wyzwanie, spośród 1 na 50 dzieci wylosował właśnie Kalinkę. Od pierwszych dni jej życia rodzice muszą podjąć walkę o nią i o każdy ich wspólny dzień,. Lekarze nie pozostawili złudzeń dając dziewczynce maxymalnie 6 lat życia. I oto rodzice, tak pragnący dziecka stają w obliczu nieuchronnej jego śmierci, pewnej, nieodwołalnej, a tylko odsuniętej w czasie. Bez względu na diagnozę i wyrok, mimo iż pogodzeni z losem i śmiercią, nie rezygnują, podejmują wyzwanie. Rozpoczynają trwająca ponad sześć lat walkę o każdy dzień małej Kalinki, o jej spokojny oddech.

Stopniowo oswajają nową rzeczywistość, tworzą nowy świat intensywnej terapii we własnym domu, samochodzie i właściwie wszędzie, gdzie się pojawią. Starają się na wszystkie sposoby poprawić komfort życia małej. Uczą się obsługi urządzeń, szybkiego działania w chwilach kryzysu, uczą się wspinaczki: tej fizycznej po schodach z wózkiem ale przede wszystkim wspinaczki metaforycznej… w życiu. Ich codzienność to z góry ustalony tryb zajęć skoncentrowany wokół dbania o zdrowie i komfort córki.

Każdy dzień to dla nich huśtawka nastrojów od nadziei i euforii, że coś się udało, że uratowało się małej życie, że lepiej oddycha po zniechęcenie i bezradność, w obliczu niemocy i niemożności uratowania własnej córki  Podziwiam ich za ten zapał i chęć działania, nieustanne poszukiwania ratunku wszędzie, byle by tylko działać i mieć poczucie celowości.

Trzeba wykazać się dużą odwagą, by podzielić się ze światem swoim cierpieniem i bólem. Trzeba mieć siłę i wytrwałość, konieczne do przechodzenia przez całą traumę dwukrotnie, wszak pisanie i wspominanie tego również boli. Może dla Pana Lipińskiego była to forma terapii, mająca przywrócić normalność? Autor bardzo obrazowo i dobitnie pokazuje nam jak różne pojęcie normalności istnieje w świadomości ludzi zdrowych i tych, którzy zmagają się z chorobą bliskich. Normalność to pojęcie wyjątkowo elastyczne i czasem sami możemy ją kreować.

Wiele tu miłości, miłości czystej, niewinnej, nieskalanej miłości do dziecka. Wiele piękna, nadziei, wiary, szczerości i prawdy ale i bólu.

Zycie pokazało mi jak błahe potrafią być problemy, które zaprzątają nam głowę na co dzień, pokazało jak niewiele w życiu zależy od nas, dlatego gdy naprawdę mamy możliwość decydować i zmieniać swoje życie to należy z tej szansy korzystać. To samo o życiu wie Andrzej Lipiński wraz z żoną, przeszli przez to, co najtrudniejsze. Człowiek, który nie doświadczył tego, nie wie co to znaczy.  Może jednak wyciągnąć bardzo ważną dla siebie naukę, by walczyć do ostatniego oddechu, ostatniego spojrzenia, by się nie poddawać do samego końca.

Lipiński zadaje wiele pytań, min tych najtrudniejszych o sens cierpienia w kontekście braku winy. Jakie są odpowiedzi? Zapraszam do lektury.


Kalinka, s. 235, Wydawnictwo Dobra Literatura, 2011



środa, 08 lutego 2012
W odbiciu - Jakub Małecki

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy: niezwykła plastyczność i żywość opisów, już od pierwszych stron, ciągnąca za sobą czytelnika, hipnotyzująca. Zaraz potem wielopłaszczyznowość tej powieści, połączenie realizmu z fantastyką, snu z jawą, prawdy z jej odbiciem. A na sam koniec wydźwięk i przesłanie: potwierdzenie braku równowagi i jednoznaczności w otaczającym nas świecie i rzeczywistości oraz pytanie o życie i jego sens.

W swojej powieści Małecki odwołuje się do różnych wzorców literackich. Bystrość i spostrzegawczość w odniesieniu do rzeczywistości, w której żyjemy sprawia, że powieść może być nazwana powieścią obyczajową. Balansowanie na granicy jawy i snu, mieszanie ich utrzymuje powieść w konwencji onirycznej. Elementy fantastyczne, elementy horroru, groteska – naprawdę jest tego wiele.

Mamy też wielu bohaterów i zarazem narratorów, dzięki czemu z różnych perspektyw poznajemy bieg wydarzeń. Wszystkie jednak łączą się ze sobą, drogi bohaterów się splatają, to, co ich spotyka jest zależne od siebie, jedno jest następstwem drugiego.

A wszystko zaczyna się od tajemniczego morderstwa w kamienicy na ul. Długosza gdzie uduszony zostaje starszy Pan. Karol Bryl, aktualnie bezrobotny, mąż Natalii, pasjonat „zwiedzania” bunkrów i jazdy na motorze przypadkiem dowiaduje się od kolegi Waldka o niewyjaśnionej zbrodni dokonanej na starszym Panu. Ciekawość nie pozwala Karolowi zapomnieć o dziwnym mieszkaniu, w którym podobno nie było ani łazienki ani kuchni. Karol odwiedza mieszkanie, w którym rzeczywiście jedynym sprzętem jest pianino. Od tego momentu zaczynają dziać się dziwne rzeczy, nieszczęścia dotykają jego samego i jego bliskich. Bohatera nawiedzają niewyjaśnione sny, zło wylewa się z każdego zakamarka, ludzie się zmieniają. Również w otaczającej rzeczywistości zwiększa się liczba wypadków, morderstw, pobić, gwałtów… czy to wszystko może mieć związek z mieszkaniem na Długosza? Co jest prawdą, a co tylko wytworem wyobraźni? Karolowi wyraźnie zaciera się granica między prawdą a urojeniami, jednak usilnie próbuje ratować swoje porwane życie jak i odnaleźć powiązania między tym, czego staje się świadkiem.

Oprócz Karola jest Waldek, Wafel, Pani Genowefa cierpiąca na guza mózgu i alkoholik Pielgrzym, którego nawiedzają halucynacje. Życie każdej z tych osób ulegnie zmianie. Łączy ich nie tylko mieszkanie na Długosza ale również fakt, iż w pewnym momencie muszą zdecydować, jaką decyzje podjąć, jaką drogą pójść. Tylko czy na pewno każda historia ma wiele odbić? Czy być może ustalony z góry jest jeden scenariusz i każda historia ma jedno odbicie? W odbiciu nie wszystko jest takie samo. Inaczej wyglądamy w oczach innych, inaczej w swoich własnych gdy patrzymy na coś, co zrobiliśmy i na siebie po fakcie lub z perspektywy czasu.

W niektórych momentach czułam się trochę jak u Bułhakowa: poprzez sposób zmiennej narracji, połączenie różnych wątków, elementy groteskowe, niedopowiedzenia. W innych, bohater walczący z niezrozumiałym światem, prostota i chłód w opisie najdziwniejszych snów i wydarzeń sprawiały, że miałam poczucie odrealnienia żywo zaczerpnięte z Kafki.

Dziwna aczkolwiek wciągająca i fascynująca proza. Polecam!


W odbiciu, s. 300, Wydawnictwo Powergraph 2011

niedziela, 05 lutego 2012
Paweł Pollak - Gdzie mól i rdza

Wracam do twórczości Pawła Pollaka - tym razem w moje ręce trafiła wyczekana kolejna powieść autora. Wyczekana, gdyż naprawdę po ostatniej, a właściwie po wszystkich, czułam niedosyt i z niecierpliwością śledziłam zapowiedzi wydawnicze.

Tym razem przenosimy się do Wrocławia, gdzie komisarz Marek Przygodny musi rozwikłać zagadkę tajemniczego morderstwa. Otóż w bardzo niespotykany i spektakularny sposób ginie Mateusz Majewski, samotny staruszek, stroniący od ludzi, żyjący pośród czterech ścian swojego domu. Odnaleziony denat jest oskalpowany, a w ciele jego tkwi strzała. Ta zbrodnia, przypominająca obrządek i kulturę Indian, staje się początkiem szeregu równie nietypowych morderstw, których ofiarami są starsi panowie. Nie tylko wiek ich łączy ale również osoba Piotra Ratajczyka, pielęgniarza, który opiekował się każdym z nich. Ten jednak posiada na czas zbrodni niepodważalne alibi. Czy jest tym, za kogo się podaje? Jak należy interpretować narzucające się skojarzenia religijne? Który trop okaże się właściwym, a który wyprowadzi komisarza Przygodnego i jego aspiranta Gajdę na manowce?

W błędzie jest ten kto uważa, iż powieść kryminalna to tylko intryga, napięcie i śledztwo. Paweł Pollak prezentuje nam kolejne elementy, tworzące razem z wyżej wymienionymi idealną całość. Do zawiłej i niezwykle ciekawej intrygi, fachowego, pełnego szczegółów, niejasności i zagadek śledztwa dokłada trafne spostrzeżenia na temat rzeczywistości i realiów życia w Polsce. Kolejne tropy i poszlaki często dość humorystycznie łączy ze specyfiką i stylem pracy policjantów (o której większość osób wiedzę czerpie z seriali kryminalnych, a które, jak udowadnia autor, niewiele mają wspólnego z rzeczywistością) oraz z życiem prywatnym komisarza.

Właśnie! Komisarz i inni bohaterowie. Nie są tylko uczestnikami śledztwa, to ludzie z krwi i kości, posiadający własne życie, problemy i rozterki, co wraz z rzetelnością prowadzonego dochodzenia stanowi o autentyczności powieści. Miałam wrażenie, że problemy małżeńskie Przygodnego naturalnie wpisywały się w przebieg śledztwa, nieodłącznie szły w parze: im więcej zagadek i tropów, tym więcej przemyśleń komisarza natury prywatnej.

Nie mogę nie wspomnieć o koniecznym elemencie powieści kryminalnej. Napięcie. Tutaj rozkłada się inaczej niż zazwyczaj w kryminałach. (To chyba kolejna cecha charakterystyczna twórczości pana Pollaka, za co myślę należy mu się uznanie.) Napięcie budowane stopniowo i powoli, nie kumuluje się, nie przytłacza choć wciąż utrzymuje odpowiedni poziom emocji, a jednocześnie pozwala dostrzec inne elementy powieści, daje możliwość spojrzeć szerzej, w kontekście kulturowym i społecznym na opisywane wydarzenia.  

Język prosty, inteligentny dowcip, cięty język (chociażby patologa Małeckiego) cynizm, zauważony przeze mnie już wcześniej w twórczości tego autora, tylko dodają smaku tej powieści.

Tytuł wpisuje się w symbolikę, kontekst i specyfikę opisywanych wydarzeń i bohaterów. Myślę, że trafne dobranie tytułu do tekstu również zasługuje na uwagę i uznanie, a panu Pollakowi po raz kolejny się to udało. 

Żadnych wątpliwości: polecam i czekam na kolejne części przygód komisarza Przygodnego, aspiranta Gajdy i mało błyskotliwych posterunkowych Wójcika i Wojtkiewicza.

Za egzemplarz powieści dziękuję Panu Pawłowi Pollakowi i Wydawnictwu Oficynka

"Jak cię boli brzuch czy głowa , to sobie ulżysz, skulisz się albo rozmasujesz skronie, ale kiedy rozrywa ci serce , ból możesz zagłuszyć tylko innym bólem…"

"Są w życiu człowieka zdarzenia, po których nic już nie jest tak jak wcześniej. Od których Czas liczy się na nowo."


Gdzie mól i rdza, s. 384, Wydawnictwo Oficynka, 2012

Są w życiu człowieka zdarzenia...

"Są w życiu człowieka zdarzenia, po których nic już nie jest tak jak wcześniej. Od których Czas liczy się na nowo."

Stąd moja nieobecność na blogu i brak recenzji. A książki, które zawsze wydawały się doskonałym lekarstwem na wszystko, odskocznią i odpoczynkiem, tym razem nie pomagały...

Ale chyba wracam powoli.

A cytat pochodzi z powieści Gdzie mól i rdza Pawła Pollaka, która właśnie w moich rękach. Lada moment recenzja.

wtorek, 10 stycznia 2012
Język sekretów - Dianne Dixon

Problem oderwania od przeszłości i poszukiwania własnej tożsamości jest dość popularny obecnie w literaturze. Porusza go także Dianie Dixon w swojej debiutanckiej powieści Język sekretów.

Justin Fisher prowadzi dość spokojne życie u boku żony Amy i synka Zacka. Jednak męczą go luki w pamięci dotyczące jego przeszłości i rodziny. Nie pamięta większości faktów, nie wie też dlaczego jego kontakt z bliskimi został zerwany.
Kiedy przeprowadza się do Kalifornii, przeszłość wraca jak bumerang i oto Justin musi zmierzyć się z tym, czego od dawna unikał. Postanawia odwiedzić swój rodzinny dom, który okazuje się należeć już do kogoś innego. Odnaleziona siostra go nie poznaje, a na cmentarzu obok grobu rodziców odnajduje swój własny, a data śmierci wskazuje iż miał zaledwie cztery lata. Justin musi stanąć twarzą w twarz ze swoją przeszłością i bolesnymi wspomnieniami, które w tej sytuacji fragmentami wracają do jego świadomości, nie pozwalając się uwolnić i żyć nowym, dorosłym życiem.

Co kryje przeszłość Justina? Jak wyglądało jego życie i kim naprawdę jest? Bezradność i wrażliwość małego chłopca walczą w nim z odwagą i konsekwencją.  Podjęta psychoterapia pozwoli mu stopniowo odkrywać prawdę i docierać do najdalszych zakamarków pamięci i umysłu aż w końcu dotrze do prawdy wydarzeń sprzed 30 lat.

Powieść rozpoczyna się zwyczajnie, jak wiele powieści obyczajowych i przyznam, że Justin i jego  odkrycie na cmentarzu nie szokowały mnie tak bardzo. Zainteresowałam się bardziej kiedy rozpoczęła się linia narracyjna Caroline – matki Justina ( narracja z perspektywy kilku bohaterów). Wracamy do lat 70-tych, poznajemy życie Caroline i Roberta, jej lęki, obawy, problemy. To jej życie, jej błędy, jej pobudki i jej postać bardziej do mnie przemówiły.
Uwikłana w życie, namiętności i niespełnione marzenia była po prostu ciekawsza. Justin nie podobał mi się i nie trafiał do mnie ze swoimi decyzjami i przemyśleniami.

Wszyscy członkowie rodziny, uwikłani w tę trudną przeszłość są ukazani niezwykle szczegółowo, autorka precyzyjnie zgłębia zakamarki ich psychiki, prezentując pobudki jakimi się kierowali, myśli i emocje, jakie nimi targały. 
Jedni ukrywają coś świadomie, inni wyparli to ze swojej pamięci. Jednak język sekretów koduje wszelkie zło, błędne decyzje, nierozwiązane sprawy i zadawnione spory i problemy. Tajemnice, sekrety z przeszłości wciąż męczą, wciąż palą i potwierdzają fakt, iż nie zawsze można całkowicie uwolnić się od przeszłości, a jedna prawda jest osłonięta wieloma innymi.

Historia zdrady i nienawiści, historia tajemnicy rodzinnej, która musi wyjść na jaw, historia błędnie ulokowanych uczuć, historia zbyt szybko przemijającej młodości, historia nieszczęśliwego rozczarowanego chłopca, porzuconego, oddawanego z rąk do rąk, którego marzenia nie spełniły się, a życie okazało się zbyt okrutne, by nadzieja mogła przetrwać.

Akcja toczy się szybko, napięcie budowane stopniowo, potem przyspiesza, nakręcając zainteresowanie czytelnika. To jest plus. Jak również nieoczekiwane zakończenie.
Mimo tego, nie powiem, że ta lektura mnie porwała. Poruszyła ważne tematy i to w sposób błyskotliwy i ciekawy, ale to jednak nie wszystko. Dość przewidywalna, schematyczna staje się rozrywką. Tylko rozrywką.


Język sekretów / The Language of Secrets, przeł. Jacek Illg, s. 304, Wydawnictwo Videograf, 2011

sobota, 07 stycznia 2012
Kołysanka dla wisielca - Hubert Klimko - Dobrzaniecki

Hubert Klimko-Dobrzaniecki potrafi w charakterystyczny sposób przenieść czytelnika do odrealnionej rzeczywistości, wciągnąć go w bieg wydarzeń oraz zadziwić bohaterami, tak szczerymi i oryginalnymi, że nie da się ich nie lubić. Styl pisarski tego autora mnie zachwyca. Prostota w połączeniu z melodyjnością i pięknem słowa porusza. O zwykłych wydarzeniach mówi oryginalnie i pięknie, o tych zaś ważniejszych bez napuszenia, bez zbędnego patosu a zarazem oddając doskonale istotę.

Tym razem wraz z autorem przenosimy się do różnorodnej, kolorowej ale zarazem przygnębiającej Islandii, gdzie bohaterowie jako emocjonalni rozbitkowie, poszukujący swego miejsca i sensu egzystencji próbują ułożyć sobie życie. Wyspa jawi się jako szansa na ucieczkę, z której to skorzystało wielu obcokrajowców. I tak bohaterowie, tak różni od siebie, a zarazem posiadający wiele cech wspólnych, fascynowali mnie od samego początku. Każdy z nich to indywidualność, którą jednak nie łatwo zrozumieć. Zamknięci w świecie swoich problemów, depresji, lęków i dziwactw zaskakują coraz to nowymi pomysłami, poglądami, decyzjami.

Pochodzący z Chorwacji Boro (Boriwoj Kapor) to stały pacjent szpitala psychiatrycznego. Szalony, wesoły, nie potrafiący odnaleźć siebie malarz, który pogrywa na organkach, posiada własną orkę. Tajemniczy Szymon Kuran – podobnie jak narrator pochodzi z Polski i jest skrzypkiem. Posiada niesamowitą wrażliwość, zarówno na muzykę jak i przyrodę. Niestety, cierpi na depresję i również nie rzadko przebywa w szpitalu. Narrator zaś, dopełnia pozostałą dwójkę swoim niezdecydowaniem, poszukiwaniem właściwej drogi, nieprzewidywalnymi pomysłami

To trzy bratnie dusze, które połączyła dość specyficzna przyjaźń. Łączy ich też swoista umiejętność patrzenia poza to, co widoczne gołym okiem, odnajdywanie w rzeczywistości tego, co nie jest oczywiste i proste. Stworzyli ekscentryczny, ale własny świat, w którym współistnieli tworząc naprawdę zgrane trio. Ich przyjaźń wymyka się normom i zdrowemu rozsądkowi, tym bardziej jednak jest szczególna.

Autor powoli, niespiesznie opowiada nam historię bohaterów. Nie napędza akcji, nie przyspiesza, nie wzbogaca jej sensacją. Tu o wartości tej mikropowieści stanowią ludzie, styl, liryczność i poetyckość. Jest wiele emocji. Bo zarówno humor pozwala się śmiać, cieszyć ale smutek, żal, nostalgia i melancholia jednak dominują.

Klimko-Dobrzaniecki zawarł w tej powieści wiele elementów własnego życia, pewnie też dlatego nie chciał zdradzać wszystkiego – takie odniosłam wrażenie- choć na pewno mógłby przedłużyć opowieść na wiele stron…

Polecam! Warto poznać męski punkt widzenia na przyjaźń, miłość, samotność, chorobę, czy sztukę


Kołysanka dla wisielca, s. 96, Wydawnictwo Czarne, 2007

Hubert Klimko-Dobrzaniecki na moim blogu:

http://miedzystronami.blox.pl/2011/05/Bornholm-Bornholm-Hubert-Klimko-Dobrzaniecki.html

piątek, 06 stycznia 2012
Smakowanie raju - Icek Erlichson

Temat GUŁAG-ów – sowieckich systemów obozów pracy przymusowej zajmuje mnie od dawna. Szeroko opisywany przez Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Aleksandra Sołżenicyna, Warłama Szałamowa, współcześnie Annę Applebaum, był też przedmiotem mojej pracy magisterskiej. Tym chętniej sięgnęłam po Smakowanie raju. Widzimy tutaj, iż system nastawiony na zniszczenie jednostki ludzkiej, upadlający, upokarzający, zmuszający do nieludzkiej pracy, niestety, działał doskonale, choć pełen był absurdów, nieścisłości i zaprzeczeń. Zwraca na nie uwagę Icek Erlichson, którego historia, choć zupełnie odmienna, ukazująca inne ważne elementy systemu, dobrze wpisuje się w nurt zapoczątkowany przez poprzedników.

Icek pochodził z Wierzbnika, (aktualnie będącego przemysłową częścią Starachowic) a w momencie wybuchu wojny miał 17 lat. Marzył o normalnym życiu, bez upokorzeń związanych z żydowskim pochodzeniem, o wykształceniu, błyskotliwej karierze i dobrobycie, a które to zdawał się oferować Związek Radziecki. Wszyscy upatrywali w nim raj, więc i Icek uległ jego urokowi, popełniając największy swój błąd. Po przekroczeniu granicy sowieckiej wstąpił na przeklętą ziemię, dobrowolnie stał się częścią okrutnej niszczycielskiej machiny. Bardzo szybko trafił w ręce NKWD, jako Żyd nie miał możliwości uniknięcia kary. Kary, ktoś zapyta "kary za co"? Tu przecież nie jest potrzebna wina. Icek rozpoczyna swoją tułaczkę przez więzienia we Lwowie, Smoleńsku, Chersoniu i łagry: Starobielsk, Kołyma, Katyń, Magadan. Jako więzień, jeniec wojenny, człowiek skazany na pracę przymusową, wolny osiedleniec reprezentuje różne grupy obywateli.  Z Katynia udało mu się uciec i stał się mimowolnym świadkiem nieznanej dotąd zbrodni w lasach katyńskich. Jej opis nie jest obszerny ale dla takich wydarzeń nie potrzeba wielu słów… ogrom okrucieństwa oraz emocji naocznego świadka wystarczą…

Ta książka różni się od wnikliwej relacji Sołżenicyna, czy rzetelnych opisów faktów Applebaum. Icek, owszem, opowiada o okrucieństwie, terrorze, przemocy, zbrodniach, nieludzkich warunkach więzień i obozów ale przede wszystkim skupia się na ukazaniu ogromu i ilości jednostek systemowych w Sowieckiej Rosji oraz o rządzącej nimi absurdalnej rzeczywistości. Począwszy od bezpodstawnego aresztowania, wymyślenia najdziwniejszego zarzutu, przez wszechobecne łapówkarstwo, znajomości, obłęd zaprzeczających sobie przedstawicieli NKWD.

Muszę tu przytoczyć pewien cytatu, który, choć opisuje życie bohatera poza obozem, to jednak doskonale oddaje istotę:

"Oto wysyła się troje ludzi z 54 beczkami wódki na ogromną odległość. Taszczy się ten ładunek przez góry i niziny, wodą i lądem, pociągami, statkiem, samochodami. Przez cały czas z kadzi tych ubywa alkoholu, a przybywa wody. Ciągną z nich nieuczciwy konwojent, naczelnicy stacji, oficerowie Armii Czerwonej i NKWD, milicja kolejowa, dyrektorzy fabryk, urzędnicy państwowi, robotnicy i chłopi, na koniec zaś odbierający ładunek magazynier. Jedni te alkohol kupują, inni wymuszają wódczany haracz.

Ta podróż z wódką była w gruncie rzeczy wyprawą przez sowiecką rzeczywistość. Gdyby ktoś chciał o tej wyprawie zrobić film, powstałby najwierniejszy i najprawdziwszy obraz Związku Sowieckiego. Nie byłoby w nim okropności łagrów, więzień terroru, Ale znalazłby się cały obłęd systemu sowieckiego. Bo Związek Sowiecki to państwo nie tylko okrutne, ale i śmieszne. Aż do obłędu."

Icek był kolejnym, zadającym pytanie o sens i istotę kary, jaką ponosiły miliony ludzi w więzieniach i obozach Związku Radzieckiego. Nie ma tu odpowiedzi bo ten system nie potrzebuje argumentów, procesów, dowodów.  Potrzeba jest odpowiednia ilość aresztowanych, ludzi, pracujących w obozach. Trzeba przelewać krew i na niej oraz na ludzkich kościach wznosić kolejne miasta, budować linie kolejowe i miasta.

Nie mogę się wyzbyć uczucia pewnej "inności" tego dzieła. Nie ulega wątpliwości, że choć już nie skupia się na szczegółach, detalach życia w łagrach, to porusza, wzburza, burzy spokój i nie unika ukazywania przeżyć i przemyśleń bohatera – narratora.

Symboliczny i ironiczny tytuł od samego początku uderza. Icek nie posmakował raju czy to brnąc przez śniegi Syberii, przekraczając bramy kolejnych więzień, czy obozów i nawet końcu spacerując po samej Moskwie. Poznał za to smak prawdziwego piekła.


Smakowanie raju / Maine fir jorn in Sowietn Forband, przeł. Adam Rok, s. 240, Wydawnictwo Rebis, 2010

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36
Teraz czytam
A zaraz potem KONKURS ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~~~~~~~~~~~~~~~~ ~ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Spis moli
~~~~~~~~~~~~~~~~~