Odkrywamy tajemnice, odkrywamy sens i znaczenia, odkrywamy samych siebie, odkrywamy świat na nowo, świat zaklęty między słowami...
piątek, 13 kwietnia 2012
Biała jak mleko, czerwona jak krew - Alessandro D

"Miłość nie istnieje po to, by dać nam szczęście, ale po to, byśmy mogli sprawdzić, jak silna jest nasza odporność na ból."

Patrząc na okładkę i czytając opis wydawało mi się, że akcja powieści będzie rozgrywać się w XIX wieku, na przykład na jakimś dworze. Ależ wielkie było moje zdziwienie gdy weszłam w świat Leo, głównego bohatera, gdzie królują ipody, skutery, jednym słowem współczesność.

Książka od pierwszych stron mnie zauroczyła, nie mogłam się oderwać. Prostota, a zarazem dojrzałość bijąca ze świata młodych ludzi, bohaterów powieści mnie zaintrygowała i oczarowała.

Leo to niezwykle ciekawy i nietuzinkowy szesnastolatek. Powieść ta jest jego pamiętnikiem, w którym opowiada nam o swoim życiu, swojej miłości i emocjach.

To pozornie zwyczajny nastolatek, słucha muzyki, gra w piłkę, bojkotuje naukę, buntuje się przeciw nauczycielom, jeśli ma na to ochotę. Ale jest jeszcze coś. Leo swój świat podzielił i postrzega go poprzez barwy: czerwień i biel. Wszystko:  wydarzenia, miejsca, zapachy zdominowane jest właśnie przez te dwa kolory, przy czym czerwień oznacza to, co dobre, miłość, radość, szczęście i marzenia zaś biel to zło, cierpienie, cisza. Te kolory są obecne w każdej myśli bohatera, towarzyszą czytelnikowi od pierwszej do ostatniej strony, do tego stopnia, że sami zaczynamy postrzegać rzeczywistość w tych barwach. Kolory te również ludzie. Ognistoruda Beatrice to czerwień. To właśnie ją pokochał Leo i ją próbuje zdobyć.

Są też inne ważne osoby w życiu Leo. To jego przyjaciółka Silvia – błękit – zawsze obecna, zawsze pomocna, prawdziwy przyjaciel. Jest i nauczyciel okrzyknięty Naiwniakiem za sprawą teorii o życiu, jakie wygłasza wprowadza Leo w świat marzeń. Bo właśnie do spełnienia marzeń dąży  bohater, a jego marzeniem jest miłość.

"Prawdziwe marzenia buduje się na trudnościach i przeszkodach. W przeciwnym razie trudno je zmienić w realne projekty; na zawsze pozostaną marzeniami (…) Marzenia nie czekają na nas gotowe, trzeba je dopiero skonstruować, przy czym na koniec może się okazać, że są całkiem inne, niż sobie to wyobrażaliśmy."

"Nie wyrzekaj się swoich marzeń! Nawet wtedy, gdy inni śmieją się z ciebie za plecami. Wyrzekłbyś się samego siebie."

Leo uczy się jak postrzegać świat, uczy się go każdego dnia za sprawą przeszkód, jakie przed nim się pojawiają, za sprawą drogocennych wskazówek udzielanych świadomie lub nie przez bliskich i Przyjaciół. Bohaterowie są dojrzali ponad swój wiek, na pewno też dlatego, że to, co ich w życiu spotyka wymaga większej odpowiedzialności, dorosłego postrzegania świata.

"Dojrzałość nie wyraża się gotowością na śmierć za słuszną sprawę, ale pokornym życiem dla niej"

I tak żyje Leo. Stawia czoła przeciwnościom losu, buntuje się, szuka drogi, szuka nadziei, szuka sposobu na zrealizowanie marzenia, a nie jest to łatwe. Jego marzenie czyli miłość zdaje się nierealnym gdy u Beatrice wykryto białaczkę – i znowu biel uosabiająca zło.

Podobno obwołano tę powieść współczesnym Love Story. Może trochę… ale mi bardziej nasuwały się skojarzenia z książką Oskar i Pani Róża.

Przepiękna metaforyka, morze emocji, takich ciepłych, prawdziwych. Bo ta książka jest prawdziwa, gdyż traktuje o tym, co każdemu z nas się przytrafia lub przytrafić się może. Lekkim, prostym i odpowiednim dla stylu szesnastolatka językem, traktuje się o sprawach najważniejszych, o życiu i śmierci o nadziei i marzeniach, o które zawsze warto walczyć. Wnikając w duszę Leo poznajemy zwyczajnego chłopca ale o niespotykanej wrażliwości. Chłopca, który potrafi się zbuntować bo nie rozumie świata ale jednak stara się marzyć, szukać sensu życia, stara się zrozumieć czym jest miłość, przyjaźń, oddanie.

Walczy o to, co w życiu ważne, stara się zrozumieć, co tak naprawdę się liczy.

"Życie idzie zawsze do przodu, czy tego chcesz, czy nie, muzyka gra, a ty możesz najwyżej przyciszyć ją lub pogłośnić. I musisz do niej tańczyć najlepiej, jak potrafisz."

Aleksandro D’Avenia porusza, skłania do refleksji. Idealnie się wpisał w mój nastrój, ale to nie tylko to. Ta magiczna i życiowa powieść może poruszyć każdego bez względu na wiek, nie tylko młodzież. Pewne emocje i uczucia się nie zmieniają.

Do tego uświadamiamy sobie po raz kolejny, iż nigdy nie wiadomo co nas spotka, nigdy nie wiemy gdzie i kiedy znajdzie nas szczęście, a to co jest najważniejsze, jest zawsze blisko, choć możemy tego nie dostrzegać. Widzimy jak ważne jest, by umieć przyjąć i dać miłość i nie wycofywać się gdy pojawią się trudności. I co jeszcze przypomina nam autor: by kochać ale nie za cenę własnej tożsamości oraz że w przyjaźni i miłości ważne jest by iść obok, by być silnymi nie każde swoją siłą ale sił, jaką jedno daje drugiemu. Czasem mamy naprawdę znacznie więcej niż nam się wydaje. Stawia wiele pytań i daje nadzieję.

Wiele pięknych słów, nie mogę nie mogę nie przytoczyć:

"Tylko wtedy, gdy człowiek wierzy w coś, co zdaje się go przerastać – czyli marzy – ludzkość czyni postępy, które pomagają jej nie tracić wiary w siebie."

"Zauważcie, że kiedy wydaje nam się, że nie myślimy o niczym, w rzeczywistości najczęściej myślimy o tym, co jest bliskie naszemu sercu. Miłość jest jak siła grawitacji, niewidzialna i wszechobecna, ta, którą znamy z fizyki. Nasze serce i oczy, nasze słowa, wszystko nieuchronnie koncentruje się na jednym punkcie, na tym, co kochamy."

"Miłość nie daje spokoju. Miłość jest bezsenna. Miłość obdarza siłą. Miłość jest szynka. Miłość jest jutrem. Miłość to tsunami. Miłość jest czerwona jak krew."

"Tylko temu, kto pyta o szczegóły, można uwierzyć, że rzeczywiście chce zrozumieć drugiego człowieka. Ciekawość szczegółów to sposób na okazanie miłości."

"Życie to przesłuchanie urządzone tak, by wyciągnąć od ciebie prawdę, której nie znasz; udajesz, że jest inaczej, i zeznajesz cokolwiek, żeby przestali cię męczyć, aż w końcu zaczynasz wierzyć w swoje kłamstwa, zapominając, że sam je wymyśliłeś."

"Miłość ma to do siebie, że potrafi znaleźć miejsce dla dwojga nawet tam, gdzie tego miejsca ledwo starcza dla jednego."

 


Biała jak mleko czerwona jak krew / Bianca come il latte, rossa come il sangue, przeł. Alina Pawłowska, s. 310, Wydawnictwo Znak, 2011

wtorek, 10 kwietnia 2012
Uciec przed cieniem - Ewa Kopsik

Niejeden z nas ma w swoim życiu coś, o czym chciałby zapomnieć, od czego chciałby uciec. Czasem jakieś wydarzenie z przeszłości kładzie się cieniem na naszym bieżącym życiu, nie daje spokoju, nie pozwala odetchnąć i żyć teraźniejszością. Demony ścigają ale czy da się uciec przed cieniem? Próbuje nam odpowiedzieć na to pytanie Ewa Kopsik w swojej debiutanckiej powieści. Wprowadza nas również w realia życia w PRL-u jak i życia na emigracji, mającej tak pięknie kontrastować z ubogą i nijaką Polską.

Bohaterką jest młoda kobieta, której imienia nie znamy. To ona prowadzi narrację, nikt nigdy nie zwracał się do niej. Wychowana w Jagniątkowie, w okolicach Jeleniej Góry dzieciństwo spędziła w towarzystwie dziadków i pięknych roślin w ich ogrodzie. Pozbawiona kontaktów z rówieśnikami zachłysnęła się tymiż w bardziej dorosłym życiu, na studiach. Skończyła polonistykę, poznała śpiewaka operowego Tadeusza i z nim związała swoje życie. Po wkroczeniu w życie rodziny męża nie potrafi się odnaleźć pośród dziwnych relacji, gdzie głową i wszelkim decydentem jawi się wujaszek, ważna persona w PRL-owskiej rzeczywistości, podejrzanymi sposobami wywindowana na szczyt. Od początku nie potrafi podporządkować się ani jemu ani regułom jakie dyktuje nowa rodzina. Kiedy Tadeusz otrzymuje kontrakt we Wiedniu niechętnie musi mu ulec i wyjechać z nim. Tu nie potrafi odnaleźć się w środowisku artystów, pośród których nie potrafi się zachować, właściwie odezwać, prowadzić dialogu czy nawet odpowiedzieć kulturalnie. Nie mogłam wyjść ze zdziwienia jak bardzo oderwana była, jak inna, jak zamknięta w sobie, jak bardzo na „nie” już z założenia.

Jest w niej brak zgody na życie, jakie prowadzi ale nic nie może zmienić, nie chce, nie potrafi, woli pozostać bierna. Pozwalała, by wszyscy wokoło mówili jej jaka jest beznadziejna, nijaka i że nic sobą nie reprezentuje. W ciszy i bezwolnie znosiła zdrady Tadeusza, dopuszczała liczne kłótnie, spory, komentarze innych, bo przecież w ten sposób łatwiej żyć, byle by tylko mąż "był" a ona miała utrzymanie. Świadoma braku miłość w tym związku jak i kolejnym brnęła w to dalej, narzucając się, tylko po to, by ktoś był przy niej, by nie musiała o wszystko dbać sama.

Sposób myślenia bohaterki sprawiał, że wielokrotnie chciałam rzucić w nią czymś, potrząsnąć, krzyknąć, przemówić do rozsądku. Jestem daleka od zachowań, jakie prezentuje i dlatego tak mnie szokowała jej bezwolność, uniżanie się, wmawianie sobie kolejnych kompleksów, jej ucieczka przed samą sobą, jej brak chęci do tego, by stanąć z rzeczywistością twarzą w twarz. Jej nieprzystosowanie do życia w społeczeństwie mogę jeszcze jako tako złożyć na karb dzieciństwa pozbawionego przyjaciół, na traumatyczne wydarzenia z przeszłości, kiedy to jako trzylatka była świadkiem wypadku – jej tata potrącił na drodze dziewczynkę i nie udzielił jej pomocy. To naznaczyło ją na wszystkie lata jej dorosłej egzystencji. Bierność jej ojca przełożyła się na jej bierność w życiu. Ale nawet to nie było w stanie usprawiedliwić jej marazmu, jej  apatii, jej tendencji do tłumaczenia się pozycją ofiary, jej niechęci do życia, do uczestniczenia w życiu społeczeństwa, do obcowania z ludźmi, do zwyczajnych ludzkich odruchów.

Nie da się ukryć: genialny portret psychologiczny kobiety po przejściach, kobiety szukającej swojego miejsca, kobiety walczącej z przeszłością, która ją prześladuje na każdym kroku. Portret bardzo autentyczny, a do tego oddany językiem literackim, pięknym. Bohaterka zaskakiwała mnie nie raz swoją gonitwą myśli, aluzjami, nawiązaniami kulturowymi, umiejętnością zmiany tematów i zgrabnego ich łączenia.

Doskonały obraz życia na emigracji. Pewne rzeczy nigdy się nie zmienią, a nasi rodacy będą postrzegani wciąż tak samo jeszcze i za kilka lat.

W tej powieści autorka nie uczy nas jak uciec przed cieniem, jak zwalczyć demony przeszłości. Bardziej pokazuje jak z nimi walczyć, jak stawiać czoła zmianom; wnikając głęboko w dusze bohaterki, prezentując jej lęki, obawy, pozwala czytelnikowi spojrzeć z dystansem na siebie, swoją przeszłość, swoje zachowanie.


Uciec przed cieniem, s. 342, Wydawnictwo Novaeres, 2010



środa, 04 kwietnia 2012
Opowieść wdowy - Joyce Carol Oates

"Bo kiedy żył, to nawet gdy go przy mnie nie było, nigdy nie byłam sama; teraz, kiedy Go zabrakło, to nawet wtedy, kiedy jestem z innymi ludźmi, w tłumie innych ludzi, nigdy nie jestem nie-sama."

Rozpoczęłam lekturę Opowieści wdowy i utknęłam. Nie dlatego, że mi się nie podobała, nie mogłam czy nie chciałam, wręcz przeciwnie. Ale dlatego, że musiałam analizować, wracać do poszczególnych fragmentów, rozmyślać nad sensem i znaczeniem słów oraz tego, jaki przekaz ze sobą niosą.

Opowieść wdowy jest od niedawna również moją opowieścią, stąd moje dość szczególne podejście do tej pozycji. I stąd zapewne ta recenzja (do zamieszczenia której długo się przekonywałam) może być dość intymna. Bo intymną jest powieść Joyce Carol Oates. Jakże może być inaczej gdy ktoś w tak emocjonalny, do bólu prawdziwy i odarty z upiększeń sposób przedstawia nam kawałek siebie, opisując ogrom swojej tragedii, jakiej doświadcza poprzez śmierć męża, człowieka, z którym spędziła 47 lat. Zresztą ilość lat nie ma znaczenia, uczucie, przywiązanie i oddanie pozostaje tym samym.

Myślę, że mogę powiedzieć, że ktoś, kto nie przeżył, nie do końca zrozumie, a na pewno inaczej będzie interpretował to, czym dzieli się z nami pisarka. Stąd też Opowieść wdowy często jest polecana jako forma terapii, jako sposób na złagodzenie bólu i cierpienia kobietom w podobnej sytuacji. Jednak na pewno każdy czytelnik wyniesie z tej lektury coś ważnego. To swoista lekcja życia, lekcja w tytule której można wpisać: Jak cieszyć się życiem, jak doceniać to, co mamy a jednocześnie pamiętać o tym, co nieuniknione.

Nie jest to poradnik z prostymi radami jak radzić sobie po śmierci męża, wszak nie ma gotowych rozwiązań, bo takich nikt nigdzie nie znajdzie. Z żałobą każdy musi poradzić sobie sam i każdy robi to na swój sposób, mniej lub bardziej świadomie. Albo tego nie robi… Ale fakt, iż Oates oprócz tego, iż oddaje swój ból, żal i smutek, prowadzi również czytelnika krok po kroku przez formalności, pogrzeb, biurokrację, stanowi niejakie wsparcie.

Porusza od samego początku to, iż mamy przed sobą nie Joyce Carol Oates pisarkę ale kobietę, której w jednej chwili runął cały świat. Wszystko, co stanowiło o sensie jej życia przestało istnieć, niespodziewanie. Ray umiera w szpitalu w wyniku powikłań towarzyszących zapaleniu płuc. Już dochodził do siebie, już miał wychodzić ze szpitala gdy w nocy zadzwonił telefon… I ta świadomość, że nie zdążyła do szpitala, że dotarła na miejsce kilka minut po tym, jak Ray odszedł…

"Problemem jest jak. Nie należy pytać po co." Jak w jednej chwili zrozumieć, pojąć, zaakceptować odejście najbliższego człowieka? Jak zmierzyć się ze świadomością, że już NIGDY! Jak wracać do pustego domu? Jak odnaleźć się w miejscach, które były wspólne, jak cieszyć się rzeczami i wydarzeniami, które miały znaczenie i sens tylko dlatego, że przeżywało się je we dwoje? Jak żyć nie mogąc się podzielić tym, co się w naszym życiu dzieje z ukochaną osobą? Jak radzić sobie z depresją, nie popadając w uzależnienie od tabletek? Na te pytania nie znajdziemy tu odpowiedzi i ja ich nie znalazłam i wcale nie szukałam. Ale obserwujemy jak odpowiedzi na nie szukała Oates. Jak starała się przetrwać każdy kolejny dzień, kolejną noc, jak oswajała się z myślą o byciu wdową, co oznacza to w praktyce i co oznacza to dla niej, w jej sercu, w jej myślach i duszy.

Z każdego rozdziału, z każdego nawet akapitu wydziera ogromny smutek, ogromny ból, którego nic nie jest w stanie zagłuszyć. Nic nie jest w stanie go zmniejszyć, a tylko potęgują go wspomnienia, rzeczy, znaczenia nadane wspólnie poszczególnym przedmiotom. Data śmierci męża wyznacza początek całkiem nowego życia. Wdowa stoi przed tysiącami wyzwań, każde wydaje się nie do pokonania i po zmierzeniu się z każdym naprawdę można sobie pogratulować. Powrót do pustego domu, który już tak naprawdę już nim nie jest, segregowanie rzeczy po mężu ("…jako wdowa zostanę zredukowana do świata rzeczy"), samotny posiłek przy stole, skasowanie nagrania na automatycznej sekretarce ( Joyce długo nie mogła się na to zdobyć), walka z chęcią zadzwonienia do ukochanego, walka z poczuciem winy, ze Jego już nie ma a ja wciąż żyję, walka z bezsilnością i bezsensem kiedy na wszystko jedyną odpowiedzią staje się "I co z tego, On tego nie widzi."

A do tego "kałuże pamięci" czyli miejsca, które żyją dłużej od nas, a nieodłącznie kojarzą się z NIM, z NAMI razem. Do tego wielka ilość pułapek „lejów” w jakie w każdej chwili można wpaść. To spotkania z ludźmi, którym trzeba powiedzieć o śmierci męża, to przypadkowe wspomnienia, które dopadają nas na przykład w sklepie, na ulicy, podczas słuchania muzyki czy po prostu w momencie patrzenia na coś, co należało do ukochanego. To lęk przed publicznym „rozklejeniem się”. Tego wszystkiego nie da się tego uniknąć. Nie da się z tym żyć, a jednak trzeba.

Samotność - z tym pojęciem trzeba się oswoić. Oraz z myślą, że mimo iż On odszedł i nas  zostawił, nie jest łatwo zostawić Jego. Łzy stają się najlepszym przyjacielem, który nas nie opuszcza.  I ta świadomość, że nie ma innego wyboru, że odwrotu nie ma. Choć z jednej strony ta nadzieja, że może jednak to nieprawda, a za chwilę realistyczne przekonanie, że rzeczywiście nic już nie mogę pojmować w kategorii "My" bo już jest tylko "Ja". Choć wciąż postrzega się świat w kategoriach: mąż by to chciał, to by mu się spodobało a to nie. Z tego by się ucieszył a na to tak zareagował.

Zmierzyć się ze świadomością, że jest się wdową nie jest łatwo, nie wiem czy się da, jeśli tak to kiedy…

Joyce Carol Oates oprócz morza emocji i przeżyć prezentuje doskonały warsztat. Potrafi operować słowem, za co należy się jej ogromny szacunek, bo nie jest łatwo oddać ogrom tragedii w taki sposób, by nie było to banalne czy proste. Przede wszystkim jednak szacunek dla Pani Oates za odwagę, bo na pewno spisując te wspomnienia, musiała przez to wszystko przechodzić po raz kolejny a nie minęło znowu tak wiele czasu, bo teraz, w lutym minęły 4 lata od śmierci Raya.

Wspomnienia ze wspólnego życia łączy autorka z korespondencją z Przyjaciółmi, prowadzoną po śmierci Raya. To właśnie ci bliscy byli często jej ratunkiem, ramieniem, wsparciem. Przepięknie i umiejętnie w swoje przeżycia, wspomnienia i pamięć o mężu wplata dużą ilość nawiązań literackich, filozoficznych, kulturowych.  

Utraciwszy całe dotychczasowe swoje życie Oates, prowadzi nas przez ciemną  i długą dolinę, przez krainę bólu, żalu i cierpienia. Szłam wraz z nią, doskonale odnajdując siebie w tym, co pisze, a jednocześnie odczuwając leciutką, minimalną ulgę, czego nie potrafię wyjaśnić.


Opowieść wdowy / A widow’s story. A Memoir, przeł. Katarzyna Karłowska, s. 423, Wydawnictwo Rebis, 2011

wtorek, 20 marca 2012
Spadkobiercy - Kaui Hart Hemmings

Najbardziej obyczajowa powieść, jaką miałam okazję trzymać w ręku. Co nie znaczy, że zwyczajna i banalna, o nie. Ale tak do bólu prawdziwa i realistyczna, a do tego poruszająca w całej swojej prawdzie o otaczającym nas świecie. To moje pierwsze skojarzenie z powieścią Spadkobiercy.

Rodzina Matta Kinga od pokoleń jest w posiadaniu większości wysp Hawajskich. To bogacze, którzy stają przed koniecznością podjęcia decyzji o sprzedaży swych włości lub też ich zachowaniu wraz z długami i problemami.

Jak wiadomo, pieniądze szczęścia nie dają więc i tym razem nie chronią rodziny Matta przed tragedią. Jego żona Joanie ulega wypadkowi podczas wyścigów łodzią motorową. Sztucznie podtrzymywana przy życiu leży w szpitalu, gdzie odwiedzają ją mąż i córki. Właśnie, dwie dorastające dziewczyny. Siedemnastolatka Alex, buntowniczka, która ma za sobą doświadczenia narkotykowe oraz dziesięcioletnia Scottie, zapatrzona w siostrę i swoje koleżanki, próbuje dorównać im w niegrzecznym zachowaniu, wulgarnym języku i szaleństwie. Jak okiełznać takie dwie nastolatki, jak znaleźć równowagę między pracą a życiem prywatnym? Wszak do tej pory życiem Matta była praca; spełniony zawodowo, lubiący swoją codzienność, która niewiele miała wspólnego z prawdziwym życiem. I nagle to życie fikcją się kończy, a bohater musi zdać egzamin na dorosłego, na ojca. Musi zmierzyć się z problemami, o których do tej pory nie miał pojęcia, musi wniknąć w świat dwóch zbuntowanych dziewcząt, zrozumieć ich język i potrzeby, otoczyć troską i miłością, jakiej potrzebują.  

Matt jest przykładem człowieka, który potrafi kochać prawdziwą miłością i choćby jego postępowanie w świetle tajemnicy, która ujrzy światło dzienne, wydawało się dziwne i niezrozumiałe, ja uważam, że jest dowodem jego oddania, siły wybaczania i potęgi miłości. Jak na osobę postawioną w tak trudnej sytuacji, w obliczu utraty żony, Matt radzi sobie naprawdę dobrze. Może zbyt wiele się dzieje, zbyt wiele odpowiedzialności na niego spada, by mógł się załamać i poddać. I nawet te chwile zwątpienia, które go dopadają, chwile złości na Joanie nie są w stanie wytrącić go z równowagi.

Autorka może nie stworzyła fantastycznych portretów psychologicznych bohaterów ale doskonale ukazała ich reakcje i działania w sytuacji, gdy oczekują tak naprawdę na śmierć najbliższej im osoby. To czekanie każdy z nich wypełnia czym innym, innymi emocjami, innymi przemyśleniami, a jednak to wydarzenie ich jednoczy, pomimo odmienności charakterów i faktu, iż nie znają się prawie wcale.

Hawajska codzienność pod palmami, z drinkiem w ręku lub na desce surfingowej  – to dla turystów ale mieszkający tam mają swoje życie i problemy. Ta sielanka idealnie kontrastuje z rozgrywającym się w rodzinie Kingów dramatem. Ból i cierpienie bohaterów są tym bardziej widoczne im mocniej świeci słońce i im dłużej leżą na rajskiej plaży. Autorka porusza problemy życiowe i skłania do refleksji nad tym, jak dobrze znamy swoich bliskich, czy można wybaczyć błędy i odmienić swoje życie.

Narracja pierwszoosobowa, poprowadzona z męskiej perspektywy nie jest pozbawiona typowo żeńskich reakcji i obserwacji, może za sprawą konieczności wcielenia się Matta, po trosze, w rolę mamy. Prostym językiem aczkolwiek dobitnym, nawet z elementami humoru opowiada Kaui Hart Hemmings o gorzkim i trudnym życiu w raju. Gorzkim a jednak z przebłyskiem nadziei i wiarą w lepsze jutro.

Fakt historia to przewidywalna ale nie efekt zaskoczenia stanowić może o jej wartości, a aspekt obyczajowości i realizmu.  

Bohaterowie powieści są spadkobiercami ale takimi, jak my wszyscy bo nie tylko o fortunie tu mowa. Dostajemy w spadku doświadczenia i przeszłość naszych przodków, konsekwencje ich i naszych poczynań, nad czym warto się zastanowić.

"Myślę, że w ten sposób przekonujemy się, że kogoś kochamy: gdy nie wyobrażamy sobie, że możemy coś przeżyć bez tej drugiej osoby."

*Jak ja nie lubię filmowych okładek. Czy mają przyciągnąć uwagę większej ilości czytelników?


Spadkobiercy / The Descendants, przeł. Hanna de Broekere, s. 352, Wydawnictwo Znak, 2012



piątek, 16 marca 2012
Kobieta w lustrze - Eric Emmanuel Schmitt

Z ogromnym entuzjazmem sięgnęłam po Kobietę w lustrze. Twórczość Pana Schmitta darzę sympatią, a samego autora szacunkiem i podziwem. Czytając nie mogłam się jednak zdecydować czy powieść mi się podoba czy nie, co trwało aż do końca, kiedy to wybrałam.

Trzy kobiety, trzy odmienne charaktery, trzy całkowicie różne życiorysy, trzy inne epoki. Co więc łączy bohaterki? To, że zdecydowanie różnią się od utartych i przyjętych  danej epoce norm i wzorców kobiet, są „inne” poprzez swoje pragnienie zmian, niechęć do udawania kogoś kim nie są i wtłaczania swego życia w sztywne ramy. Rozpaczliwie i uparcie poszukują swojej drogi, własnej tożsamości i miejsca w świecie, w którym, dla takich jak one, wyłamujących się, nie podążających drogą konwenansów i przyjętych obyczajów, nie ma miejsca, zaś jest wiele nienawiści. Niezrozumiane i odtrącane, na oślep, bez drogowskazów idą naprzód, korzystając z przypadków, szczęśliwych trafów, życzliwości losu i niektórych ludzi, spotykanych po drodze. A to wszystko w imię bycia sobą.

Anne ucieka sprzed ołtarza, czując potrzebę obcowania z przyrodą, zwierzętami, światem mistycznym i metafizycznym. Ta XVI – wieczna mistyczka nie chce podążać w kierunku wyznaczonym przez rodzinę, tzn. małżeństwo, chce się spełnić, wstępuje więc do beginażu i poświęca życie Bogu. Kocha wszystko i wszystkich, z dziecięcą naiwnością i ignorancją oraz doświadczeniem i mądrością weterana idzie przez życie.

Hanne – nieszczęśliwa żona, wciąż pod presją posiadania potomstwa.  Nie mogąc i nie chcąc sprostać oczekiwaniom otoczenia oddaje się swojej pasji kolekcjonowania szklanych kul millefiori, stopniowo angażując się w nową metodę badawczą: psychoanalizę.  

Anny to współczesna gwiazda filmowa, która nie podołała presji otoczenia, wpadła w nałogi a sensem jej życia stał się seks z przypadkowymi partnerami, ryzyko i zaspokajanie różnych fantazji. Światem ,w którym ona żyje rządzi pieniądz i sława, ale tylko ta zbudowana na skandalach i ciekawych wydarzeniach a nie ta, stawiająca człowieka wysoko za to, kim jest i co sobą reprezentuje. Tam prawda nikogo nie interesuje, liczy się pieniądz, o czym skutecznie przypomina wciąż agentka Anny Johanna.

Od każdej z tych kobiet czegoś się wymaga, zarówno czasy jak i ludzie mają wobec bohaterek swoje plany i wymagania. A Schmitt udowadnia, że w każdym czasie, w każdej rzeczywistości, w każdym świecie można złamać reguły, można wydostać się z ram konwenansów i sztywności, można zawalczyć o swoje marzenia, pasje i szczęście. Wiele można, a nawet trzeba, poświęcić dla bycia sobą.

Każda z bohaterek jest bardzo wyrazista. Schmitt również przedstawia nam historię każdej z nich w zupełnie odmienny sposób posługując się innym językiem, stylem, kładąc nacisk na przeróżne elementy. I tak czytając o każdej z nich czujemy charakter danej epoki, widzimy, co liczyło się w społeczeństwie w wieku XVI, co w XX w a co współcześnie. wnikamy w dusze kobiety, czując to, co ona, widząc jej oczami, dostrzegając to, co dla niej najważniejsze. Odsłaniając psychikę każdej autor pozwolił nam dostrzec 3 różne światy, ogromny plus za to. Pamiętajmy również, że to wciąż mężczyzna tak pięknie pisze o kobiecej psychice i wnętrzu.

Czy autor pozwolił bohaterkom osiągnąć to, co zamierzały? Jak Schmitt połączył losy tych kobiet? Nie chcę zdradzać ale zrobił to bardzo umiejętnie, zgrabnie, naturalnie i bez nacisku i sztuczności.

Ale wracając do tego, co mogło mi się nie podobać podczas czytania. Historia Anne mnie lekko drażniła. Ta młoda mistyczka wydawała mi się przeraźliwie mdła, a niektóre jej przemyślenia, wizje, wierzenia i fantazje tak wymyślone, że aż infantylne. Dlatego podobało mi się jak doskonale kontrastowała z jej historią historia gwiazdy filmowej Choć ta ostatnia opowieść najbardziej mi przypadła do gustu to jednak jako bohaterkę najbardziej cenię Hanne.

 Powieść zastanawia, uczy, jest w pewnym sensie wskazówką a już na pewno potwierdza kunszt Pana Schmitta i po raz kolejny ukazuje piękną duszę pisarza. Ważne jest również, że kobiety Schmitta mogą być wzorem. Pokazują wielki upór w poszukiwaniu samych siebie i własnego szczęścia i pomagają odpowiedzieć na pytanie kim jesteśmy, jaką drogę powinniśmy obrać.


Kobieta w lustrze / La femme au miroir, przeł. Łukasz Müller, s. 457, Wydawnictwo Znak, 2012

niedziela, 11 marca 2012
Wrześniowe dziewczynki - Maureen Lee

Jeśli ktoś z Was, Drodzy czytelnicy, jest wielbicielem literatury skoncentrowanej na ukazywaniu zawiłości ludzkiego losu to zdecydowanie powinien sięgnąć po Wrześniowe dziewczynki. Jeśli do tego fascynują Was losy człowieka na tle wojennej zawieruchy to już bez wątpienia dobrze trafiliście.

Rok 1920, wrześniowy deszczowy dzień. Do Liverpoolu przybywa Colm i Brena Caffrey wraz z dwoma synami. Paddy – brat Colma, który miał zorganizować swoim bliskim dom i pracę nie pojawia się w umówionym miejscu, a ciężarna Brenna z mężem muszą radzić sobie sami. Kiedy nadchodzi czas porodu, przypadkiem trafiają do domu Nancy – gospodyni w domu Państwa Allardyce. Pani domu – Eleanor rodzi dokładnie w tym samym momencie. I tak na świat przychodzą dwie wrześniowe dziewczynki, a losy tych jakże różnych rodzin na zawsze się ze sobą splatają.

Eleanor i Brenna reprezentują zupełnie odmienne światy. Pracująca od dziecka uboga Irlandka, potrafiąca cieszyć się z drobiazgów, mądra życiowo i praktyczna Brenna nie zna ani trochę życia jakie prowadziła Eleanor. Ta Angielka miała bogactwa, dom, pieniądze, zaś nie znała pojęcia zaradności życiowej i szczęścia. Czy dane im będzie znaleźć nić porozumienia?

Połączyła je ta noc i dwie dziewczynki Od tego momentu te rodziny będą podążać jedną drogą aczkolwiek z wieloma wybojami i ścieżkami. Każdej z nich nie obcy będzie smak szczęścia ale i smak goryczy, każda przeżyje niejedną tragedię i pozna czym jest żal, rozpacz, smutek, zdrada. Gdy rozpocznie się II wojna światowa życie Caffrey’ów i Allardyce’ów będzie jak ta trzcina na wietrze, przechylać się w różne strony. Każda z matek będzie musiała pozwolić swoim dzieciom żyć na własną rękę i brać odpowiedzialność za ich decyzje. Każda będzie musiała mierzyć się z wyjątkowo okrutną i trudną rzeczywistością, ucząc się żyć w lęku, bólu i bez fałszywej dumy i próżności.

Maureen Lee doskonale oddaje codzienność podczas wojny, zmaganie się z okrutnym losem i jego wyrokami. Bardzo wiarygodnie zestawia ze sobą dwie rodziny, ukazując jednakże jak bardzo ludzie się potrafią zmienić, jak bardzo los może człowieka doświadczyć i wyznaczyć inne priorytety.

Dawno nie spotkałam się z tam przekonującą metaforą zmienności ludzkiego losu, jego nieuchronnością i nieprzewidywalnością. Widzimy tutaj jak w jednej chwili wszystko się może w życiu odmienić i to, czego nie spodziewalibyśmy się jednego dnia, następnego jest już wielce wiarygodne.

Czas płynie. O tym nie daje autorka zapomnieć swoim bohaterom. Uczy ich życia, uczy pokory i spokoju jednocześnie nie zabierając im radości życia i optymizmu. Bohaterowie są naprawdę ciekawi, a nie jest ich mało wszak mijają lata i wrześniowe dziewczynki też zakładają rodziny, mają przyjaciół… Każdy członek rodziny jest wyrazisty, a jego decyzje i działania są odpowiednio umotywowane. Każdy jest inny, reprezentuje jakąś inną cechę charakteru, wnosi coś, czego nie da się zastąpić.

Tylko jedna Nancy, osoba zespalająca obie familie, posiada wszystkie te najlepsze cechy. Jest dobrym duchem, pomocą, nadzieją, wsparciem i azylem zarówno dla matek, jak i dzieci, wnucząt. Przeżywszy kilka pokoleń obu rodzin wciąż z takim samym zapałem podchodzi do życia, do wychowania dzieci, do świata.

Lee potrafi zainteresować, zahipnotyzować tak, że czytelnika rozsadza ciekawość co dalej? Jak potoczą się losy poszczególnych postaci? Gdzie rzuci ich wojna, kogo spotkają na swojej drodze, jak będą się odnajdywać w nowej rzeczywistości, u boku bliskich, którzy nie są już tacy, jak kiedyś.

Akcja nie pędzi, często jednemu etapowi w życiu bohaterów autorka poświęca dużo czasu, wnikając w szczegóły, a innym razem skraca opisywany okres czasu. Niektóre wydarzenia łatwo przewidzieć i są może mało wiarygodne ale to nie ujmuje powieści zbyt wiele. Zwrócić uwagę bym chciała na mocno zarysowany element obyczajowości. Laureen Lee daje czytelnikowi doskonały wgląd w życie obywateli angielskich, nie ukrywając niczego począwszy od pracy przez życie kulturalne, politykę, trudy wojny. Powieść ta niesie w sobie wiele prawdy o życiu, często tej smutnej choć prawdziwej, ale i wiele optymizmu, nadziei i wiary. Uczy radości z rzeczy najmniejszych. Wciąga i fascynuje.


Wrześniowe dziewczynki / The September Girls, przeł. Ewa Morycińska – Dzius, s. 472, Wydawnictwo Świat Książki, 2011



poniedziałek, 05 marca 2012
Nim zapadnie noc - Michael Cunningham

Nie czytałam słynnych Godzin Michaela Cunninghama i nie wiem czy po nie sięgnę, gdyż Nim zapadnie noc mnie nie przekonała, nie wciągnęła, nie miała "tego czegoś".

Pierwsze co mi się narzuca to określenie twórczości tego autora jako trudnej, ze względu na tematykę ale głównie manierę, sposób prowadzenia narracji. Cunningham po prostu mnie zmęczył swoim do bólu amerykańskim stylem. Być może dlatego, że tak bardzo nawiązuje i jest podobny w sposobie pisania do Virginii Woolf, którą charakteryzowało opisywanie rzeczywistości poprzez mała fragmenty, zlepki drobiazgów, odłamków, przeżyć, odczuć. 

Pretensjonalnie, minimalistycznie, strasznie poważnie autor opowiada nam historię Petera, właściciela galerii sztuki i jego żony Rebeki – redaktorki czasopisma poświęconego sztuce. Tak, bo właśnie głównie w kręgu sztuki będziemy się tu obracać.  Wystawy, spotkania z artystami, snobistyczne przyjęcia, znowu artyści i ich najnowsze dzieła, nudne domowe życie upływające w rytmie rzadkiego seksu i coniedzielnych telefonów do mieszkającej w Bostonie córki – tak wygląda życie bohaterów. Do tego jak większość mężczyzn po 40-ce Peter przeżywa kryzys wieku średniego. Wciąż wraca myślami do zmarłego przed ponad dwudziestu laty brata homoseksualisty, a jego życie zmienia się jeszcze bardziej gdy w domu zjawia się brat Rebeki "Myłek" (od słowa pomyłka) tzn. Ethan. Młodzieniec to szczególny, z bogatą przeszłością, uzależnieniem od narkotyków, człowiek na etapie przemian i poszukiwania tożsamości i własnego miejsca w świecie.

I co się dzieje? Myłek fascynuje Petera, wzbudza w nim zupełnie niespodziewane i nieznane uczucia. Życie bohatera się zmienia. Peter poszukuje stabilizacji emocjonalnej, którą wciąż zaprzepaszcza powrót do przeszłości. Peter w swoim świeci z górnej półki często odwołuje się do Manna i pozuje na wielkiego intelektualistę. W końcu, a właściwie przede wszystkim, Peter nieustannie dąży do piękna i poszukuje go wszędzie. W świecie kultury: w sztuce, muzyce, literaturze ale również w Myłku.

W powieści niewiele się dzieje. Sennie płyniemy przez życie bohaterów, aż do dość zaskakującego finału. Dziwne ale momentami miałam wrażenie, że nie wiem o czym czytam, bo treść zupełnie nie wnosiła nic do fabuły, coś na zasadzie sztuka dla sztuki, gadanie byle gadać. Bohaterowie oprócz tego, że amerykańscy, to charakterystyczni i przyznaję, dobrze wykreowani.

Cunningham pisze o pięknie, o utraconej młodości, o erotycznej fascynacji, o uczuciach i poszukiwaniu siebie ale fakt, iż często wykorzystywał konwencję strumienia świadomości w połączeniu z licznymi dygresjami, przemądrymi nawiązaniami do różnych dziedzin kultury czy filozoficznymi wywodami sprawiał, że obiór był trudniejszy, a w ostatecznym rozrachunku, przyznaję, doprowadził mnie do znużenia.

Sztucznie budowany dramatyzm nie trafił do mnie, zbytnie silenie się na dzieło ambitne i wybitne, równie się nie sprawdziło.


Nim zapadnie noc / By Nightfall, przeł. Jerzy Kozłowski, s. 272, Wydawnictwo Rebis, 201

czwartek, 01 marca 2012
Oplątani Mazurami - Katarzyna Enerlich

Pani Katarzyna Enerlich prezentuje nam 18 opowiadań magicznych bo i traktujących o magicznym miejscu. Wszak każdy, kto choć raz odwiedził Mazury, błądził po mazurskich lasach i wsłuchiwał się w szum jeziora potwierdzi, że ten region kusi niepowtarzalnym urokiem i niezaprzeczalną magią.

Wczytując się w tę, niewielką objętościowo, pozycję możemy usłyszeć prawdziwe odgłosy przyrody, możemy poczuć na swojej skórze powiew wiatru znad jeziora. Do tego mamy możliwość zgłębić historię terenów dawnych Prus Wschodnich i poznać typową mazurską duszę.

Każde z opowiadań poświęcone jest innemu tematowi jednak myślę, że potrafię znaleźć dla nich wspólny mianownik. Są to ludzie: szczerzy, prawdziwi, naturalni, oddani swojej ojczyźnie mazurskiej, przywiązani do korzeni i tradycji. Jest to powrót do przeszłości, przemijanie i wspominanie tego, co minęło, tych, co odeszli…

Autorka w przepiękny, sentymentalny ale stonowany jednocześnie sposób pokazuje, że czas płynie jednak pewne rzeczy się nie zmieniają. Choć odchodzą najbliżsi, choć współczesność tak silnie wypiera to, co dawne Mazury się nie zmieniają, nie zmienia się miłość do nich ich mieszkańców.

Bohaterowie są różnorodni. Wszyscy są to jednak ludzie prości, którzy z pokorą i oddaniem uczą się zrozumienia dla wyroków losu. To ludzie, których źródłem jest mazurska ziemia, którzy wyjechali i po latach wracają i często stawiają czoła nowej rzeczywistości lub stają się na powrót dziećmi, przeżywają ponownie to, co kiedyś stanowiło sens ich życia. Wszyscy ludzie mają tu imiona i nazwiska, część z nich istniała. Prowadzili niby zwyczajne życie, a jednak piękne, ciężkie ale z optymizmem witali każdy dzień. Potrafili kochać prawdziwie, miłością, której czasem nawet śmierć nie niszczy.

W tych krótkich formach autorka zdołała przekazać najprostsze, uniwersalne prawdy. Mówi o nieuchronności losu, o tym, jak łatwo zmarnować swój czas, o przeszłości, która potrafi ukarać i zadrwić. Przypomina, że od pewnych rzeczy nie uciekniemy i przekonuje, że ziemia zawsze będzie, zawsze jest miejsce, gdzie można wrócić.

Opowiadania nie są długie, zaledwie kilka stron. Ale i to wystarczy, by zaczarować czytelnika. Muszę przyznać, że silnie oddziałują na emocje, nie tylko za sprawą poruszanej tematyki, ale języka jakim są opisane. Naprawdę dawno nie spotkałam się z tak barwnym, malowniczym, pełnym metafor językiem, idealnie dopasowanym do tematyki, do klimatu, atmosfery…

Urzekło mnie opowiadanie Rzeka. Urzekło i jednocześnie poraziło swoją prostotą i wzniosłością, pięknem mówienia o miłości, tej dojrzałej, tej trwającej do późnej starości. Przepięknie metaforycznie o bliskości i dotyku a właściwie jego braku mówi Enerlich w opowiadaniu Bezdotyk.  

Jak śnieg z deszczem, Einsidelei, Powrócona, Spotkanie – moje ulubione. Ale każde z tych opowiadań zasługuje na uwagę, na chwilę refleksji…


Oplątani Mazurami, s. 124, MG Wydawnictwo, 201

Katarzyn Enerlich na moim blogu:

http://miedzystronami.blox.pl/2011/03/Czas-w-dom-zaklety-Katarzyna-Enerlich.html

wtorek, 28 lutego 2012
Ukryte godziny - Delphine de Vigan

Miejscem akcji jest tu Paryż – wielkie miasto pełne ludzi, pełne życia, zaskakujące. Jednak w szerszym znaczeniu to metafora miasta i miejskiej samotności, zniszczenia, ubezwłasnowolnienia, znieczulenia.

Tutaj mieszka Mathilde. Czterdziestoletnia wdowa wychowująca trzech synów. Miała doskonałą pracę, dzięki której, między innymi, podźwignęła się po śmierci męża. Była zastępcą prezesa, prawą ręką, autorytetem, doskonale zorientowana w dziedzinie marketingu. Tylko raz podważyła autorytet przełożonego, nie zgodziła się z nim publicznie, a on zamienił jej życie w koszmar. Powoli, krok po kroku zabierał jej obowiązki, uprawnienia, zadania i projekty, szacunek współpracowników, autorytet i poważanie, na końcu gabinet a nawet komputer. Wyniszczona psychicznie, zmęczona, pozbawiona woli życia i walki Mathilde nie ma już skąd czerpać siły, jest na granicy.

Thibault to lekarz, którego nieszczęśliwy wypadek pozbawił marzeń o zostaniu chirurgiem. Jako internista odpowiada na dziesiątki wezwań domowych dziennie, a większa część czasu spędza w korkach. Samotny, nieszczęśliwie zakochany w kobiecie, która odrzuca jego miłość przyjmując tylko seks.

Podobni do siebie, pokrzywdzeni, odrzuceni, jednak wciąż walczący. Czy starczy im sił? Czy los pozwoli im się spotkać. Poznajemy równolegle ich historie, ich losy.

W tej "kronice dwóch samotności" autorka szczegółowo analizuje przeżycia bohaterów. Pozwala dokładnie poznać ich myśli, wniknąć w świat wewnętrzny, obserwować jak powoli życie wymyka im się z rąk, tracą wszystko,

Ta powieść obnaża niezwykle brutalną prawdę o tym czym jest wielkie miasto. To machina niszcząca, udowadniająca jak bardzo człowiek może niszczyć drugiego człowieka. Firmy zmieniają ludzi w podłych i nieczułych, niesprawiedliwych oraz pełnych żalu i goryczy. W człowieku zmęczonym codziennością rośnie agresją, budzą się nieznane złe instynkty. Tempo życia miasta zabija w ludziach ludzkie odruchy i potrzeby.

Delphine de Vigan zaprezentowała doskonały obraz metropolii, prawdziwy, do bólu realistyczy: metro, ulice, korki, wszystko tętniące życiem;  wszędzie dookoła ludzie… których drogi nigdy się nie przetną, którzy tkwią w swoich beznadziejach, zmagają się każdego dnia z okrutną rzeczywistością, z własnymi lękami, starają się, by w końcu pewnego dnia ustąpić i poddać się. Miasto jako symbol samotności, jako swojego rodzaju metafora ludzkiego losu przeraża, smuci, wręcz szokuje.

Los robi z człowiekiem co tylko chce, daje złudne nadzieje, mami, pozwala uwierzyć w dobre zakończenia w nowe szanse, by potem po raz kolejny pozbawić nadziei i złudzeń.

Lekko aczkolwiek momentami wyniośle i zastanawiająco, z dużą dawką melancholii autorka pisze o smutku, samotności człowieka wśród ludzi. Często bardzo krótkimi zdaniami lub wręcz pojedynczymi wyrazami potrafi przekazać niezwykle silne emocje, opowiedzieć o traumie, przez jaką właśnie przechodzi bohater. Ładunek emocjonalny idealnie dopasowany do przekazywanej treści za każdym razem jeszcze bardziej potęguje odbiór, robi wrażenie. Depresyjna, przygnębiająca ale prawdziwa.

"Miasto zawsze będzie narzucać własny rytm, pośpiech i godziny szczytu, ż nadal będzie ignorować miliony samotnych ścieżek, na których skrzyżowaniu nie ma nic, nic poza pustką albo iskrą natychmiast gasnącą."

"Ludzie, których miłość jest większa niż uczucie otrzymywane w zamian, w końcu zawsze stają się ciężarem."

"Rana zadana przez miłość zawiera w sobie jednak wszystkie milczenia, porzucenia, żale, wszystko to zaś z biegiem lat się kumuluje, tworząc ogólny nieokreślony ból. Rana zadana przez miłość niczego wszak nie obiecuje: ani potem, ani gdzie indziej."

"(…) współczucie budzi się dopiero w chwili, gdy rozpoznajemy siebie w drugim człowieku, gdy uświadamiamy sobie, iż wszystko co dotyczy innego człowieka, może się przydarzyć również nam, dokładnie z taka samą siłą, z taką samą brutalnością. Dopiero gdy uświadamiamy sobie, że nic nas nie chroni, że możemy upaść równie nisko – wyłącznie wtedy – może się obudzić współczucie. Współczucie to nic innego jak strach o siebie."


Ukryte godziny / Les heures souterraines, przeł. Joanna Kluza, s. 320, Wydawnictwo Sonia Draga, 2010

poniedziałek, 27 lutego 2012
Jedenaście - Mark Watson

Czuję niesamowity dyskomfort i złość gdy nie mogę z braku czasu sięgnąć po książkę, która wręcz mnie przyzywa, woła i nakazuje czytać. Tak było w tym przypadku. Jedenaście od pierwszych stron mnie pochłonęła, zahipnotyzowała, zastanowiła i skłoniła do refleksji. Nie mogłam też nie zwrócić uwagi na formę powieści i styl, za które to autorowi należy się ogromne uznanie.

Taki sposób ujęcia tematu jest naprawdę oryginalny i nietuzinkowy. Autor zastosował tutaj typowy efekt motyla, przedstawiając jedno wydarzenia, które ma wpływ na życie wielu ludzi, nieznanych sobie i teoretycznie niezwiązanych ze sobą.

Xavier (Chris) Irelanda jest prezenterem radiowym, prowadzi nocną audycję "Rozmowy nocą", w której to udziela rad dzwoniącym. Wraz z przyjacielem i współprowadzącym Murrayem tworzą ciekawy duet. Pewnego dnia Xavier jest świadkiem pobicia chłopca. Początkowo staje w jego obronie ale po dokonaniu oceny potencjalnych swoich szans w starciu z kilkoma silniejszymi przeciwnikami odpuszcza i rezygnuje.

To wydarzenie uruchamia lawinę innych, które bezpośrednio dotykają 11 osób. Kolejno autor wprowadza na scenę nowych bohaterów, umiejętnie łącząc ze sobą ich historie, splatając ciągiem przyczynowo-skutkowym ich losy.

Bohaterów przybywa i każdy kolejny jest ciekawy, inny i w niczym nie podobny do poprzednich. Dzięki temu Watson stworzył całą gamę charakterów, uosabiających uniwersalne typy. Wplątuje ich w liczne wątki, przyciągające i w żaden sposób nie nużące. Wydarzenia sypią się błyskawicznie, przy czym udało się zachować realizm i prawdopodobieństwo. Wszystko jest prawdziwe, dlatego tym bardziej robi wrażenie.

Wszystko to, co obserwujemy daje nam możliwość zastanowienia się nad pewnym ważnymi sprawami. Przede wszystkim nad tym, iż nasze życie i nasze działania nie pozostają bez wpływu na innych ludzi, nawet na tych, których nie znamy. Wszystko, co robimy, nawet nieświadomie i przypadkiem ma jakiś cel i rzutuje na los innych. Wydaje się to nieprawdopodobne ale siła przypadku naprawdę jest ogromna. To on wraz z  przeznaczeniem w dużej mierze kierują naszym życiem, ustalają bieg zdarzeń. Ważne jest również to, na co zwraca uwagę Mark Watson, że to, co robimy wraca do nas. Jesteśmy odpowiedzialni za cierpienie i szczęście, jakie sprowadzamy na siebie i innych, zgodnie z założeniami karmy.

Cały ten ciąg niespodziewanych wydarzeń zakończony jest jeszcze większa niespodzianką. Naprawdę dobre zakończenie, otwarte, pozostawiające pole do refleksji, własnej interpretacji, do licznych dopowiedzeń i snucia potencjalnych scenariuszy.

Napisana lekkim językiem, w narracji trzecio-osobowej, z przeskokami między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością naprawdę robi wrażenie. Doskonale ukazuje czym jest przypadek, jak wielkie znaczenie może mieć jedna chwila, jedna nasza decyzja. Mówi wiele o przyjaźni i miłości ale także o ich utracie.


Jedenaście / Eleven, przeł. Grażyna Smosna, s. 288, Wydawnictwo Świat Książki, 2011

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36
Teraz czytam
A zaraz potem KONKURS ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~~~~~~~~~~~~~~~~ ~ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Spis moli
~~~~~~~~~~~~~~~~~