Odkrywamy tajemnice, odkrywamy sens i znaczenia, odkrywamy samych siebie, odkrywamy świat na nowo, świat zaklęty między słowami...
niedziela, 31 października 2010
Belcanto - Ann Patchett

Belcanto z języka włoskiego oznacza dosłownie „piękny śpiew”. Tak samo piękna jest powieść Anny Patchett, zaskakująca w swojej treści, pełna emocji i przede wszystkim muzyki.

Akcja rozgrywa się w bliżej nie określonym kraju Ameryki Południowej. Na przyjęcie z okazji urodzin znanego biznesmena japońskiego – pana Hosokawy – przybywa wiele przeróżnych znakomitości z wielu stron świata. Przyjęcie odbywa się w rezydencji wiceprezydenta. Nie wszyscy jednak przybywają tu w celu uczczenia święta jubilata. Większość chce na żywo usłyszeć i zobaczyć znakomitą amerykańską śpiewaczkę operową Roxanne Coss, która swoją obecnością ma uświetnić tę uroczystość. Tylko ze względu na nią Pan Hosokawa zdecydował się na wyprawienie tego przyjęcia w tym kraju. ( rząd ma namówić go na inwestowanie w tym kraju). Po koncercie słynnej diwy do rezydencji wkraczają terroryści, mający na celu uprowadzenie prezydenta. Jednakże prezydent chcąc obejrzeć kolejny odcinek swojej ulubionej telenoweli, pozostał w domu, w ostatniej chwili odwołując wizytę. W obliczu fiaska już na samym początku, terroryści muszą stworzyć sobie nowy cel i opracować nowy plan. Biorą wszystkich gości jako zakładników. Spodziewalibyśmy się thrillera, rozlewu krwi i wątków politycznych, natomiast fabuła zaskakuje swoim liryzmem i lekkością.

Historia ta oparta jest na prawdziwych wydarzeniach, które miały miejsce w Limie w 1996r. kiedy to terroryści zajęli tamtejszą ambasadę i wzięli 600 zakładników, których przetrzymywali 4 miesiące.

I co się dzieje? W oblężonej rezydencji, kiedy zawodzą wszelkie próby negocjacji, kiedy mijają kolejne tygodnie wspólnego pobytu terrorystów i ich zakładników między obiema grupami zaczynają tworzyć się niezwykłe więzi emocjonalne. Żadna z tych grup nie ma planu, nie wie co dalej, więc żyje tym, co jest i opóźnia bieg wydarzeń. Owszem, terroryści starają się zachować dyscyplinę i na wiele rzeczy nie pozwalają więźniom, ale mimo wszystko stają się sobie w pewien sposób bliscy i niezbędni.

Prawie 5 miesięcy odosobnienia, oderwania od normalnego życia, rodzin i obowiązków sprawia, że ludzie uświadamiają sobie wartość swojego życia. Tęsknią za tym, co kochali lub widzą, że czegoś im jednak brakowało, a odnaleźli to właśnie tutaj, w tych dziwnych i niespotykanych okolicznościach. Zakładnicy poznają lepiej samych siebie, swoje pragnienia i marzenia. Patrząc z perspektywy na swoje dotychczasowe życie widzą, jak powinni postępować, jak inną drogą wybrać, kwestionują swoje dotychczasowe postępowanie.

Do tego obserwujemy ich adaptację do nowych warunków, widzimy jak przyzwyczajają się do nieznanego, do nieoczekiwanego. I to właśnie życie w tej willi staje się dla nich normalnością, rzeczywistością a to, co za murem jest nie do zniesienia. Dwie historie miłosne rozwijające się w tych dziwnych okolicznościach tylko przyspieszają akcję i sprawiają, że powieść tym bardziej wciąga.

Mieszają się tu różne nacje,  ciekawie obserwuje się ich jakże różne zachowania, obyczaje. Mieszanka religijno – kulturowo – językowa staje się niezwykle fascynująca. W domu jest jeden tłumacz, poliglota ale jego obecność to często za mało. Nie może tłumaczyć kilku rozmów jednocześnie. Niemożność porozumienia sprawia, ze językiem uniwersalnym dla wszystkich mieszkańców rezydencji staje się śpiew, opera. To właśnie muzyka zmienia bohaterów, pozwala odkryć płaszczyzny i światy wcześniej nie znane

Belcanto mnie zaczarowało od pierwszych stron.  Ann Patchett posiada niesamowity dar łączenia wątków, np. przechodzenia płynnie od opisu uczuć związanych z muzyką do wejścia uzbrojonych terrorystów. Wiele tu emocji, pragnień, uczuć. Muzyka jest tutaj sztuką o wielkiej mocy, wręcz uzdrawiającą, szlachetną i piękną. Słyszymy ją nawet wtedy gdy Roxanne Coss przestaje śpiewać. Do tego dodać należy zaskakujące zakończenie i czytelnik ma szanse przeżyć naprawdę coś wzruszającego i pięknego.


Belcanto / Belcanto, przeł. Aleksandra Wolnicka, s. 408, Wydawnictwo Rebis, 2008

Ann Patchett na moim blogu:

http://miedzystronami.blox.pl/2010/01/Biegnij-Ann-Patchett.html

http://miedzystronami.blox.pl/2010/05/Asystentka-magika-Ann-Patchett.html

piątek, 29 października 2010
Kradnąc konie - Per Patterson

Kradnąc konie to powieść bardzo specyficzna, mało komercyjna. Nie wciągnie każdego, bo też nie jest jedną z tych, które wciągają i nie pozwalają się oderwać. A jednak ma coś w sobie magnetycznego.

Jest to literatura skandynawska, w której naprawdę lubuję się ostatnimi czasy i ma te charakterystyczne cechy: jest spokojna, pełna refleksji, niestandardowa i nie podsuwająca wprost rozwiąkzań a zmuszająca do refleksji, pełna niedomówień. Ma w sobie wiele mądrości i prawdy. A jednak zabrakło mi czegoś. Jest to powieść mało dynamiczna i może momentami to przeszkadza bo czytelnik spodziewa się czegoś nieoczekiwanego, zwrotu akcji. Brakowało mi tego przyznaję. Chwilami wiało nudą, podobały mi się przejścia od przeszłości do teraźniejszości i te wspomnienia, które tak miały decydować o życiu bohatera czytało mi się mniej przyjemnie niż opis jego życia teraz, już jako starszego człowieka.

Głównym bohaterem powieści jest Trond, samotnik, który w wieku 67-u lat postanawia zamieszkać gdzieś na pustkowiu, sam, by tu, w zgodzie z naturą, oddać się refleksji i wspomnieniom. Spokój, cisza i atmosfera lasu pozwalają Trondowi wrócić do przeszłości i się z nią w pewien sposób rozliczyć i pogodzić. Trond na nowo przeżywa lato 1948, kiedy tak wiele się w jego życiu wydarzyło, a co miało znaczny wpływ na kryzys jaki przeszedł. Przeżywając na nowo w pamięci ten czas, Trond inaczej spogląda na przeszłość, znajduje odpowiedzi na pytania i godzi się z przeszłością. Przywołując uczucia i przeżycia chce się od nich raz na zawsze uwolnić.

Nie jestem do końca pewna o czym traktuje ta powieść. Na pewno o samotności i opuszczeniu. O tęsknocie i wyobcowaniu. Ale ogólny wydźwięk – nie wiem. Owszem, obserwujemy upływ czasu, bo o czasie ta powieść również traktuje. Jest nieregularny, jest urywany, szybko płynie, nie dając nam siebie tyle, ile byśmy potrzebowali. Ale sam bohater mnie nie przekonał, jest sztuczny. Nie porwał mnie swoimi opowieściami. No dobrze, te opowieści może i nie mogą porwać, bo są opisywane bardzo statycznie, ale powinny zaintrygować.

Mam wrażenie, że ta powieść ma w sobie ogromny potencjał, wiele wątków można było opracować inaczej, ukierunkować w inną stronę i tym samym sprawić, by Kradnąc konie było niesamowitą przygodą. Tak się jednak nie stało i zakończenie również rozczarowało.

Poczuć można jednak powiew Skandynawii, przestrzeń, piękno natury, za co duży plus.


Kradnąc konie / Ut og stjcele hester, przeł. Iwona Zimnicka, s. 288, Wydawnictwo WAB, 2008

czwartek, 28 października 2010
Stasiland - Anna Funder

Stasi to niemiecka policja polityczna działająca w ramach Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego. Myślę, że nie każdy słyszał o tej organizacji a już na pewno jeśli słyszał, to samą nazwę, bez wnikania w specyfikę. I ja również należałam do tych osób. Od zawsze ciągnie mnie tajna policja NKWD, czytanie o prześladowaniach, obozach etc ale nigdy nie przyszło mi do głowy by sięgnąć po wiedzę dotyczącą zachodu. A szkoda.

Anna Funder pochodzi z Australii i kilkukrotnie przebywała w Niemczech, gdzie odbywała swój staż dziennikarski. Tu też postanowiła opisać historię ludzi żyjących w NRD, zarówno tych pokrzywdzonych przez reżim jak i tych, którzy mu wiernie służyli, ofiar jak i ich oprawców - ludzi uparcie wierzących w słuszność propagowanych przez Stasi idei, ludzi zaślepionych jak również tych, którzy do takiej działalności zostali zmuszeni. Wszak szantaż był na porządku dziennym. Mur, który podzielił kraj na RFN i NRD, stał się też przyczyną podziału ludzi na lepszych i gorszych a czasem dzielił też serca ludzi na dwie połowy.

Autorka odkrywa przed nami prawdziwą historię wschodniej części Niemiec, przedstawia system panujący na tych terenach jak również zwykłych ludzi, ich nastroje oraz to jak próbowali się odnaleźć w tej rzeczywistości. W tym celu głęboko wnika w przeszłość, poznaje ten świat pełen absurdu i zakłamania.

Stasi sprawuje całkowitą władzę w każdych okolicznościach, może wszystko. A w takiej sytuacji prawda nie ma znaczenia, bo i tak nikt się jej nie sprzeciwi. A jeśli ktoś nie chce akceptować tych warunków Stasi bierze go sobie na cel. Utrudnia się mu życie pod każdym względem, łamie karierę, niszczy więzy rodzinne, rani bliskich, szantażuje, torturuje, wygania z kraju. Siatka wywiadowcza jest rozwinięta na ogromną skalę, państwo zdominowane jest przez agentów tajnej policji, którzy bez mrugnięcia okiem niszczyli życie obywatelom NRD. Za morderstwa, do których dochodziło podczas śledztwa nikt nie odpowiadał. W pewnym momencie Stasi kontroluje nawet swoje szeregi, a agenci musieli informować swoją „Firmę” nawet o tym, z kich chcieli się spotkać.

Ze stron Stasilandu dowiadujemy się jak powstał Mur Berliński, jak szybko zmienił życie kraju i jego obywateli a potem jak doszło do jego upadku. Widzimy jak Stasi niszczyło ludzkie umysły, serca i dusze, jak mały jest człowiek w obliczu tej wielkiej maszyny, której nic nie jest w stanie zatrzymać. W końcu przeraża świadomość, iż w centrum europejskiego kraju w Europie działy się takie rzeczy. Podobne może działy się u nas.. warto by się dowiedzieć również tego…

Funder w swojej powieści zestawia dwie rzeczywistości, tę z Murem i tę po jego upadku. Od tego wydarzenia minęło już wiele lata a wielu ludzi wciąż nie potrafi normalnie funkcjonować. Agenci nie mogą pogodzić się z utratą władzy i przywilejów i wciąż wierzą w idee, które głosili lata wcześniej. Pokrzywdzeni nie mogą się odnaleźć, często żyją przeszłością i tym, co utracili. Autorka stawia również pytanie o sens i znaczenie zmian, czy kapitalizm rzeczywiście poprawił los ludzi? Czy inaczej patrzy się na przeszłość z perspektywy czasu? Czy wreszcie da się uciec od tego, co było i zacząć od nowa?

Powieść Anny Funder łączy w sobie elementy rożnych gatunków. Przede wszystkim to powieść historyczna, z rzetelnie dobranym i opisanym podłożem dokumentalnym ale również nie brakuje elementów podróżniczych, sensacyjnych czy reportażowych co zdecydowanie zwiększa walory literackie tej pozycji.

Gorąco polecam Stasiland!


Stasiland / Stasiland, przeł. Jarosław Skowroński, s. 312, Wydawnictwo Cyklady, 2007

poniedziałek, 25 października 2010
Przejażdżka po Rosji - Andrzej Wróblewski

Przejażdżka po Rosji ciągnęła mnie ze względu na mój wielki sentyment do tego kraju, do jego kultury i języka. Doskonale odnajduję się jako czytelnik w tej atmosferze układów, w tym dziwnym systemie biurokracji, tym bardziej, że w jakiś sposób mogłam się przekonać o trafności tych opisów podczas mojego pobytu w Moskwie.

Autorem powieści jest Andrzej Wróblewski a bohaterem Marek Z.- właściciel jednoosobowej firmy handlowej, który prowadził w latach 90- tych interesy u naszych wschodnich sąsiadów.

To właśnie jego perypetie obserwujemy, poznajemy dzięki niemu mechanizmy działania tej rosyjskiej machiny, uczymy się jak poruszać się po tym absurdalnym świecie, jak uczyć się odporności i silnej woli oraz jak odnaleźć się w sytuacjach zupełnie niespodziewanych i nie logicznych.

Niby nie dowiedziałam się niczego nowego. Bo z opisów wyłania się obraz Rosji, jaka od dawna istnieje w przekonaniu i świadomości większości Polaków i nie tylko – skorumpowana i pędząca za pieniądzem. Bo w Rosji każdy: milicjant, sekretarka, urzędnicy, taksówkarze, pracownicy kolei chcą dostać pieniądze za coś, co jest ich pracą i co powinni robić bez mrugnięcia okiem. Każdy chce wyłudzić ile tylko się da. Tutaj nie załatwia się spraw wszelakich i interesów po prostu, trzeba się nachodzić, naprosić, nadskakiwać, może i postraszyć by osiągnąć cel. Ktoś by powiedział, że przecież to system silnie zbiurokratyzowany ale gdyby tylko o biurokrację i formalności chodziło. Ale to kwestia układów i układzików, w których „ręka rękę myję”, w którym Ty musisz coś zrobić za kogoś, żeby samemu potem otrzymać pomoc.

Niby nic nowego a jednak lubię zaglądać coraz głębiej w tę rosyjską duszę, tak naprawdę nieodgadnioną, niesamowicie pomysłową, która wciąż może nas jeszcze czymś zaskoczyć.

Te z pozoru przypadkowe machlojki tworzą niezwykle uporządkowany i logiczny system, gdy się nad tym głębiej zastanowić. System jakże specyficzny i szczególny, w którym nie poradzisz sobie bez tupetu i cierpliwości, bez fantazji i inwencji oraz oczywiście dużej ilości dolarów. Do tego przedstawione z ogromnym poczuciem humoru, dystansem i czasem ironią sprawiają, że to niezwykle udana i przyjemna podróż na wschodnie tereny.


Przejażdżka po Rosji, s. 276, Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2010

niedziela, 24 października 2010
Hohaj - Elisabeth Rynell

Muszę przyznać, że Hohaj to powieść przedziwna. Autorka przenosi nas gdzieś na daleką północ Szwecji, gdzie wioski są bardzo rzadko rozłożone, mieszka bardzo mało ludzi a wielką rolę odgrywa przyroda.

Główni bohaterowie to Ina – dziewczyna, która mieszka z ojcem po śmierci matki i jest przez niego poniżana, maltretowana i gwałcona. Nie potrafi się uwolnić z tej zależności, przekonana, że już na zawsze należeć musi do tego człowieka.

Aron to tajemniczy włóczęga, zagadkowy i samotny, który odnajduje schronienie w jednym z gospodarstw życzliwych ludzi. Dostaje od nich pracę i może normalnie żyć. Głównym wątek to historia miłości tych dwojga opisana przez pewną wdowę, która po śmierci ukochanego zaszywa się w śnieżnej leśnej głuszy i trafia do domu Iny. Tu próbuje odnaleźć samą siebie, zrozumieć siebie i swój związek z mężem, który poddaje dogłębnej analizie. Jest tu wiele bólu i poczucia winy, każdy z bohaterów nosi w sobie piętno, karze się za przeszłość, co nie pozwala normalnie żyć.

W tej powieści naprawdę niewiele się dzieje, dialogów jest bardzo mało,  bohaterów poznajemy przez pryzmat ich wędrówki w głąb siebie. Widzimy ich rozterki i wewnętrzne walki, jakie muszą stoczyć w imię szczęścia i przyszłości. Pełno tu wspomnień i marzeń jednocześnie. Bo Hohaj właśnie o tym mówi: o zaglądaniu w głąb siebie, o spojrzeniu na bliskich jakoś tak inaczej, o pokonaniu w pewnym sensie strachu przed miłością. Opowiada o odkrywaniu na nowo siebie, partnera i tego, co tych oboje łączy. W końcu opowiada o samotności i próbie odkupienia, o przemijaniu i strachu.

Zachwycił mnie wątek wędrówki, podróży, tej realnej prawdziwej, ale przede wszystkim tej metafizycznej, zmysłowej, podróży do wnętrza samego siebie i co za tym idzie podróży w stronę miłości i szczęścia.

Samo sedno fabuły, ta historia nie do końca mnie urzekła. To taka dość prosta opowiastka, nie zachwyciła mnie siłą uczuć i emocji. Nie przypadła mi do gustu również opowieść – wyznania wdowy. Są ckliwe i momentami po prostu mnie drażniły. Do tego były ciągiem luźnych, nie uporządkowanych myśli i skojarzeń, utrudniały zrozumienie. Rozczarowało całkowicie niezrozumiałe zakończenie, nie wpisujące się w konwencję i sens całej powieści. Albo wręcz przeciwnie, takie miało być, wieloznaczne…

Znacznie bardziej wciągają opisy surowej, twardej przyrody, opisy krajobrazów okolic, czy ogólnie specyfiki tych  regionów. Ta cisza i spokój bijące z każdej strony pozwalały się wyciszyć jednocześnie porażając chłodem skandynawskiego klimatu.

Do tego nie wolno zapomnieć o języku, jakim ta powieść jest napisana. Bardzo sugestywny, poetycki, kontrastujący z surowością skandynawskiego klimatu i atmosfery panującej na tych śnieżnych terenach i w sercach bohaterów a jednocześnie uzupełniający przyrodę i krajobrazy.

Hohaj trzeba poczuć, trzeba się przenieść duchem na te północne zaśnieżone tereny, trzeba odetchnąć tamtejszym powietrzem i odczuwać tę powieść zmysłami, bez realizmu i trzeźwości umysłu.


Hohaj / Ennen paivanlaskua ei voi, przeł. Sebastian Musielak, s. 198, Wydawnictwo Słowo/Obraz Terytoria, 2009


piątek, 22 października 2010
Manuela Gretkowska, Piotr Pietucha - Sceny z życia pozamałżeńskiego

Manuela Gretkowska to autorka, której unikałam. Nie jestem w stanie powiedzieć, dlaczego. Teraz już jednak wiem.

Powieść a właściwie mini-powieść autorstwa Pani Gretkowskiej mnie rozczarowała. To historia malarza, który by odnaleźć na nowo swój cel w życiu, swoje natchnienie zaszywa się w klasztorze buddyjskim, gdzie nawiązuje perwersyjną znajomość z młodą mniszką.

Brnęłam przez tę powieść w bólach, nie mogąc się odnaleźć, nie mogąc odnaleźć sensu i odpowiedzi na podstawowe pytanie „po co?” Nie wiem gdzie w tym była sztuka, w tych naturalistycznych i brutalnych opisach, w tej krzykliwej fabule opowiadania, w tych prostych, prostackich wręcz dialogach, w tych sztucznych postaciach i całej nudnej rzeczywistości.

Belladonna wywołała we mnie wstręt i przytłoczyła. Nie wniosła nic w moje życie, jako czytelnika. Zawiła akcja, która nie wciąga, naturalistyczne, obrzydzające opisy scen intymnych, perwersja, całkowity brak wyczucia i smaku, nieudolne silenie się, by nadać fabule poważniejszy ton poprzez wątek buddyzmu – tym mogę podsumować tę powieść.

Książkę odrobinę ratuje powieść Piotra Pietuchy Sami dla siebie. Historia poczciwego ojca rodziny, który zakochuje się w młodszej kobiecie prawie od pierwszego wejrzenia. Brzmi mdło i cukierkowo. Ale nie do końca takie jest. Przede wszystkim od pierwszych zdań czuć różnicę w stylu pisania, czuć spokój, ciszę po głośnej i krzyczącej fabule i języku Belladonny. W tej powieści można znaleźć choć maleńki pierwiastek realności i prawdziwości otaczającego nas świata i każdego z nas. Historia prosta, zdrada, próba zmiany własnego życia, odnalezienia się w nowej sytuacji… znana i standardowa. Ale czasem prostota też jest potrzebna i mile widziana, szczególnie w zestawieniu z pierwszą częścią książki. Próba ucieczki bohaterów od codzienności jest jednocześnie ucieczką w głąb samego siebie, która ma pomóc odnaleźć sens życia, ma pomóc odnaleźć swoje prawdziwe ja.

Ogólnie, wielkie rozczarowanie. Nie prezentuje dla mnie szczególnego poziomu literackiego.


Sceny z życia pozamałżeńskiego, s. 400, Wydawnictwo WAB, 2003

wtorek, 19 października 2010
Berek - Marcin Szczygielski

Jeden wieczór z Berkiem równa się mile spędzony czas, z humorem ale i z głębszą refleksją.

Bohaterami powieści są: Paweł – typowy gej oraz Anna – typowy moher. Każde z nich reprezentuje inne wartości, inne upodobania, inny styl życia. Nie mogą się ze sobą porozumieć i żyć obok, mimo iż są tylko, a może aż, sąsiadami. Paweł spędza czas na imprezach i nawiązywaniu przelotnych znajomości, jednonocnych i bez zobowiązań, choć tak naprawdę bardzo pragnie prawdziwej bliskości i prawdziwej miłości. Anna zaś, głęboko wierząca, wiele czasu spędza w kościele, pozostały na plotkowaniu i kontrolowaniu córki. Oboje poszukują akceptacji i miłości, oboje bardzo samotni i nieszczęśliwi. Nie potrafią znaleźć drogi do szczęścia, na siłę szukają nie tam, gdzie powinni. A rozwiązaniem jest zupełnie coś innego. Wystarczy dostrzec człowieka w człowieku mieszkającym obok. Wystarczy wyzbyć się stereotypów.

Jaka nauka płynie z tej powieści ? Odpowiedzieć sobie na pytanie, co chce się w życiu osiągnąć i dążyć do tego, realizować swoje plany i marzenia. Ale również nie oceniać ludzi zbyt pochopnie, nie kierować się stereotypami i uprzedzeniami.

Widzimy też prawdziwe polskie społeczeństwo, pozbawione tolerancji, nieszczere. Owszem, wiele jest tu rzeczy najprostszych, oczywistych, rzec by można banalnych, bo właśnie o to chodziło. To nie jest skomplikowana powieść, nie ma porażać wielkimi zwrotami akcji, przesadnymi metaforami.

Lekki, sarkastyczny i szyderczy język powieści dostarcza doskonałej rozrywki. Bezpruderyjne opisy sytuacji, dokładna analiza bohaterów, humor pozwolą pozbyć się uprzedzeń i zmienić podejście do opisanych problemów i grupo społecznych. Do tego dwóch narratorów, ich jakże odmienny punkt widzenia na te same sprawy, wprowadza doskonałą atmosferę.

Czyta się błyskawicznie. Polecam w ramach szeroko rozumianej rozrywki!

"Ja myślę, że najgorsze, co może kogoś spotkać, to przegapienie swojego życia. Niewykorzystanie szansy na zrealizowanie swoich pragnień, na odnalezienie sensu i wreszcie – na poznanie i pokochanie samego siebie.  Najgorsze dla człowieka to obejrzeć się wstecz, gdy jest już za późno, spojrzeć na swoje Zycie i uświadomić sobie, że – z głupoty, lenistwa czy tchórzostwa – nie poszło się drogami, którymi chciało się iść."


Berek, s. 304, Instytut wydawniczy Latarnik, 2007

niedziela, 17 października 2010
Czerwony rower - Antonina Kozłowska

Czerwony rower to ciekawe wspomnienie lat PRL-u, czasów, w których dorastały przyjaciółki: Beata, Karolina, Gosia i Aneta. Każda z nich jest inna, różnice charakterów widoczne są na każdym kroku. Jednak razem przeżywają pierwsze miłości, upokorzenia, rozczarowania, smutki. Czy łączy je prawdziwa przyjaźń, taka, która przetrwa próbę czasu?

Teraz, w 2008 r. spotykają się, bo ktoś przypomniał im o przykrym wydarzeniu z przeszłości - śmierci ich koleżanki i ich sekret sprzed dwudziestu lat może wyjść na jaw. Karolina, wrażliwa jako nastolatka jak i dorosła kobieta, wraca wspomnieniami do tamtego czasu, grzebie w przeszłości. Wspomnienia, dawne krzywdy i żale wracają, nigdy tak naprawdę nie zniknęły, wryły się tylko głębiej w pamięć i podświadomość.

Historia wciąga, owszem, chce się ją doczytać do końca ale nie porywa. Bohaterki mnie nie przekonały, tajemnica, którą ukrywały nie była tak wielka, jak przedstawia to Karolina, nie jest jedną z tych, nie pozwalającą normalnie żyć czy też nie pozwalającą naprawdę dorosnąć. Ta tajemnica z przeszłości w żaden sposób nie ściga w teraźniejszości, nie boli, nie przeszkadza. Tak naprawdę bohaterki nie pamiętały o niej, ktoś im celowo przypomniał, by dać do zrozumienia, że to była ich wina. Czy rzeczywiście śmierć ich koleżanki była spowodowana ich zachowaniem? Nie jest przekonana.

Duży plus za realizm. Jest to powieść bardzo plastycznie przedstawiająca realia lat 80-tych, w jakiś sposób analizująca świat problemów, lęków i marzeń nastoletnich dziewcząt. Myślę, że każdy z nas miał w klasie lub w bliskim otoczeniu takie koleżanki. Drażniącą i zarozumiałą, wykorzystującą swą urodę na każdym kroku, Beatę, rozczulająca, grubszą Gosię i Karolinę, dziewczynę bez własnego zdania, chodzącą jak cień za tą najpopularniejszą, której towarzystwo jest najbardziej pożądane. Każdy pamięta swoje Wigry 3, czy magnetofon Grundig. To czasy, które miło się wspomina, choć ja urodziłam się już troszkę później niż bohaterki powieści.

Czerwony rower tematyką przywodzi mi na myśl Dziewczyny z Portofino Grażyny Plebanek Powieść lekko napisana, prostym bardzo językiem, wciąga, umila jedno popołudnie i dobrze się czyta. Ale nie odkrywa niczego nowego, nie porywa tak, jak by mogła.


Czerwony rower, s. 240, Wydawnictwo Otwarte, 2009

czwartek, 14 października 2010
Sen zielonych powiek - Edyta Szałek

"Samotnym można być wszędzie i z własnego wyboru."

I samotna jest właśnie bohaterka Snu zielonych powiek – Greta. Atrakcyjna kobieta sukcesu, której nie powinno niczego brakować. Ale jednak...

Greta nosi w sobie tajemnicę, którą nie chce się z nikim podzielić. To coś, co łączy ją z przeszłością i kładzie się cieniem na jej teraźniejsze życie. Coś, przed czym ucieka, a co goni ją w każdym wspomnieniu. Dlatego Greta odrzuca wszystko i wszystkich dookoła siebie, zapomina, że ma odczucia i potrzeby. Nikogo do siebie nie dopuszcza, nie chce się z nikim zbliżyć, sensem jej egzystencji jest nie przywiązywanie się do ludzi. Nie chce być kochana bo wtedy nie musi bać się straty.

A jednak mimo wszystko każda jej cząstka woła o bliskość, woła o miłość, chce być kochana. A wszystko to, co robi, jej postępowanie to gra. I dlatego w pewnym momencie ogarnęła mnie złość, zła byłam na Gretę, że już przesadza. Że, tak jak powiedział jej Joachim – ten, który chciał pokazać jej miłość – jest już żałosna w tym pogrążaniu się we własnym cierpieniu. Wszak w rzeczywistości pragnie zupełnie czegoś przeciwnego. Dla niej uciekanie w cierpienie świadczy o czuciu, a kochanie to nic innego jak odmawianie miłości sobie i innym.

Boi się panicznie życia, dlatego odgradza się wielkim murem, negując również całą swoją traumatyczną przeszłość. Chce tkwić w tym zapomnieniu, oszukując samą siebie. Wybiera świadome cierpienie, choć tęskni… Wybiera samotność, która jest jej ucieczką od bliskości, od zaangażowania, od siebie samej.

Ale w jej życie wkraczają trzy istoty, które sprawiają, że Greta wątpi w swój uporządkowany świat, w jego sens. To Dominika – koleżanka z pracy, która pokazuje, że istnieje przyjaźń. To wspomniany już wyżej Joachim, i maleńkie zwierzątko chomik Euzebiusz, który sprawia, że w bohaterce pojawiają się nowe uczucia jak na przykład troska.

"Jak to cudownie, gdy ktoś tak prosto pojmuje rzeczy wcale nie łatwe. Tak wiele można zawrzeć w ciszy i kilku niewypowiedzianych słowach."

Nie mogę powiedzieć jak kończy się historia tej bohaterki bo na tym polega cały problem. Ale czyta się całą tę powieść chcąc dowiedzieć się jak się zakończy i jakie miała początki i przyczyny, bo tego też od samego początku nie wiemy.

Poruszająca powieść, czarująca, momentami sama Greta irytuje ale przekazuje swoim zachowaniem jakiś głębszy sens…  Tym bardziej ,że Edyta Szałek nie wskazuje i nie nazywa suchych przeżyć i emocji Grety, manipuluje czytelnikiem a jednocześnie w pełni zachowuje kontrolę nad tekstem. Powieść jest napisana bardzo sprawnie z wyczuciem a zarazem zaskakuje swoją wielopoziomowością, niejednoznacznością i przede wszystkim zakończeniem, które jest nie do przewidzenia.

To bardzo udany debiut Edyty Szałek, głęboko oniryczna powieść psychologiczna o samotności i cierpieniu, o tym, że nie wszystko jest takie, jakim się w pierwszej chwili wydaje.


Sen zielonych powiek, s. 235, Wydawnictwo Replika, 2007

wtorek, 12 października 2010
Ostrygojady - Susan Fletcher

Narratorką – główną bohaterką jest Moira, 27 - letnia kobieta, która znajduje się w przełomowym momencie swojego życia i opisuje je w retrospektywie. Teraz widzimy ją siedzącą przy łóżku przebywającej w śpiączce siostry i opowiadającą swoją historię. Wypadek jej młodszej siostry - Amy skłania ją do przemyśleń, do podsumowań i powrotu do przeszłości.  Akcja na przemian wraca do przeszłości i dzieje się w teraźniejszości.

Poznajemy prawdziwą Moirę. Dziewczynkę jak na swój wiek zbyt poważną, zamkniętą w sobie, wyobcowaną i dziwną. Czas poświęca na naukę, która przychodzi  jej niezwykle lekko.  Czasami miałam wrażenie, że bohaterka przypomina trochę dziecko autystyczne – niezdolne do okazywania i odwzajemnienia uczuć, niezdolne do nawiązania najmniejszego kontaktu bądź rozmowy z innymi.

Jakby pozbawiona uczuć, nie odczuwająca potrzeby bliskości z niczyjej strony, odsuwa się od swoich rodziców po tym jak zostaje odesłana do szkoły z internatem,  a w tym samym czasie rodzi się jej siostra, młodsza o 11 lat. I ta różnica wieku staje się dla Moiry nie do zaakceptowania. Czuje, że obie z siostrą są z zupełnie innych światów, rodzice nie mogą kochać ich obu. Postanawia więc skutecznie przez kolejne lata swojego życia – szkołę z internatem i dorosłe już życie w małżeństwie - odrzucać rodzinę, niszczyć i ranić, głęboko nienawidząc swojej siostry ,która nieświadoma niczego, darzy Moirę miłością i autorytetem.

Moira wywołuje mieszane uczucia. Czasem drażni swoją antypatyczną postawą, całkowicie pozbawioną empatii i sprawia wrażenie obrażonej na cały świat egoistki. A jednak można ją zrozumieć , obserwując ja, wyobcowaną ze środowiska szkolnego, wyszydzaną i nierozumianą przez rówieśników. A jednak momentami pociąga, fascynuje jako złożona psychologicznie ciekawa postać, budzi zaciekawienie, nie pozwala się oderwać.

Ostrygojady to powieść pełna emocji, różnych skrajnych, to powieść porażająca siłą słów.  To powieść  smutna ale i dająca nadzieję, powieść o samotności, dorastaniu i dojrzewaniu, o winie i karze, o rodzących się więzach psychicznych między siostrami.

Z postawy głównej bohaterki wyciągnęłam wnioski: każdy człowiek widzi swoje życie, takim jakim je chce je widzieć, czasem nieświadomie. Jeśli chce czuć się osamotniony i odrzucony to tak właśnie będzie, jeśli chce być sam… również. Moira właśnie to wybrała. "Nasze szczęście ostatecznie zależy od nas samych i od nikogo innego. Ja szukałam błota i fałszu."

Wszystko, każdy krok, każda decyzja w naszym życiu, zostawia jakiś ślad w naszej pamięci, w naszej psychice i w otaczającej nas rzeczywistości, nic nigdy nie zostaje takie samo. Każdy dzień przynosi coś nowego, codziennie tracimy coś lub zyskujemy. Trzeba się tego nauczyć i docenić, bo jednak "szczęście dają nam proste rzeczy".

Autorka pisze niezwykle poetyckim językiem, pełnym prostych urywanych czasem zdań, subtelnym. A do tego przemawia do czytelnika niezwykłym klimatem opisywanych miejsc, opisami morza. To druga powieść w dorobku autorki, która zadziwia swoim kunsztem.


Ostrygojady / Oystercatchers, przeł. Anna Salata, s. 415, Wydawnictwo Muza, 2009

 
1 , 2
Teraz czytam
A zaraz potem KONKURS ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~~~~~~~~~~~~~~~~ ~ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Spis moli
~~~~~~~~~~~~~~~~~