Odkrywamy tajemnice, odkrywamy sens i znaczenia, odkrywamy samych siebie, odkrywamy świat na nowo, świat zaklęty między słowami...
czwartek, 29 września 2011
Paryski ekspres - Georges Simenon

Co się musi wydarzyć, żeby ułożony mąż, ojciec, mieszczanin, zadowolony ze swojej pracy i życia nagle całkowicie się zmienił, porzucił to, czym do tej pory żył, popełnił zbrodnię i czerpał dziką satysfakcję z rozpoczętej gry z czasem, z policją, w końcu z samym sobą. Jak widać niewiele. Wystarczyła informacja, że firma, w której do tej pory pracował, zbankrutowała, a jej właściciel planował upozorowanie swojej śmierci, a co za tym idzie rozpoczęcie nowego życia.

I co się dzieje w psychice Keesa Popingi? Następuje pewna przemiana. Całe życie, jakie do tej pory wiódł zdaje mu się więzieniem, czuje, że do tej pory był ubezwłasnowolniony, ślepo podporządkowany normom społecznym, bez wahania poddający się warunkom, dyktowanym przez wszystkich dookoła. Czując złość chce to zmienić, więc się buntuje. Porzuca rodzinę i wyjeżdża, by spędzić upojne chwile z byłą utrzymanką swojego przełożonego. Nie spodziewa się jednak odrzucenia i wyśmiania, co staje się bezpośrednią przyczyną popełnionej przez niego zbrodni.

Kees rośnie w siłę, wierzy, że jest doskonałym przestępcą i że może w tej chwili wszystko, bo jest wolny. Pycha sprawia, że do tego stopnia jest przekonany o swojej przewadze, że zaczyna grać z policjantami, zaczyna naprowadzać ich na swój ślad, wysyłać listy do gazet, nawiązuje kontakt z tymi, przed którymi ucieka. Każde jego działanie jest przemyślane, opracowane, przy wzięciu pod uwagę możliwych zachowań przeciwnika. Nie ma tu miejsca na spontaniczność czy pomyłkę, bo każdy błąd może kosztować bardzo drogo. Dlatego począwszy od unikania zbyt częstego palenia cygara przez kupno pióra czy maszynki do golenia wszystko jest wynikiem świadomej decyzji podjętej dokładnie w odpowiednim wybranym momencie i kierowanej chęcią budowania nowej tożsamości.

Popinga nie jest osobnikiem niebezpiecznym, bo nie jest złym człowiekiem. Ale w pewnych sytuacjach okazuje się, że może stanowić niebezpieczeństwo przede wszystkim dla siebie samego i swojej przyszłości.  I sama do końca nie wiem jakiego słowa użyć, by określićjego osobowość. Jest może paranoikiem, być może szaleńcem, być może najzwyklejszym mordercą. Ale jak się głębiej zastanowić może to właśnie w ten spsobób daje o sobie znać ta zła strona ludzkiej osobowości? Może w każdym z nas drzemie demon, który w sprzyjających warunkach potrafi nami zawładnąć i kierować naszym życiem?

Na jego przykładzie możemy obserwować co się dzieje w umyśle człowieka opętanego, człowieka szalonego a jednocześnie tak naprawdę zagubionego, nie potrafiącego odróżnić prawdziwej wolności od tej pozornej albo tej naprawdę nieistniejącej. Bo czy wolnością można nazwać jego nowe życie? Czy wolnym jest ktoś, kto nie może się obejść bez atencji innych, bez wzmianek o sobie w prasie, bez ciekawych spojrzeń przechodniów?

Georges Simenon poetycko i obrazowo wprowadza nas w świat Popingi, w świat jego złudzeń. W świat paryskich ulic, pociągów, hoteli, prostytutek, kawiarni i barów. Doskonałe studium psychologiczne, wiarygodne i zaskakujące.


Paryski ekspres / L'Homme Qui Regardait Passer Les Trains, przeł. Krzysztof Teodorowicz, s. 232, Wydawnictwo WAB, 2011



środa, 28 września 2011
Bóg nosi dres - Piotr Sender

Jeśli jednym słowem opisać debiut 21-letniego Piotra Sendera, powiem: świetny. Jeśli w kilku słowach powiedzieć o czym traktuje, powiem: o wierze w Boga, o wierze w człowieka, o różnym postrzeganiu rzeczywistości, o współczesnym świecie. Jeśli  krótko opisać głównego bohatera: Dresiarz z duszą.

Wiem, wiem. Już samo zestawienie tych dwóch pojęć budzi zdziwienie, a czasem nawet sprzeciw. Podobnie jak tytuł powieści, który, nie ukrywam, mnie zaintrygował do tego stopnia, że musiałam jak najszybciej odkryć co się pod nim kryje.

Z czym kojarzy nam się tradycyjny dresiarz? Trzy paski, łysa głowa, rozbudowane mięśnie, agresja (a co za tym idzie niebezpieczeństwo), w ręku piwo, przy boku plastikowa Barbie. Czyż nie?

Czy ktoś z nas przypuszczałby, że ten wzbudzający lęk i sztuczny respekt dres, kojarzący nam się z pustą głową studiuje na Gdańskiej Politechnice na Wydziale Elektroniki? Czy ktoś z nas domyśliłby się, że ten człowiek ma duszę i to bardzo wrażliwą, którą oczywiście skrywa przed światem i innymi dresami? Czy, w końcu, jesteśmy wstanie sobie wyobrazić, że ten dres ma uczucia, takie do bólu ludzkie i prawdziwe, którymi potrafi się kierować gdy musi zrobić coś dla przyjaciół lub stanąć w ich obronie?

Oto bohater tej powieści. Poznajemy go w teraźniejszości i retrospektywie, wracając do jego dzieciństwa. Zabieg ten muszę przyznać, jest niezwykle udany ze względu na doskonałe połączenie dwóch rzeczywistości w tematyce, wątkach, w formie. Autor nie oddzielał od siebie tych przestrzeni czasowych. Tylko akapit wystarczał, by przeskakiwać z jednej do drugiej. Czasem można się zgubić ale tylko na kilka sekund, by zaraz zorientować się, czy to, o czym czytamy to mała, zabita dechami wieś, czy szare blokowiska miasta.

Jako mały chłopiec bohater nie miał lekko. Rodzice byli alkoholikami, nie interesowali się chłopcem. On żył swoim życiem, wspierany przez trzech braci, którym szybko udało się wyrwać z domu. Był ktoś jeszcze kto okazywał mu wsparcie i służył dobrą radą i ma to ścisły związek z tytułem powieści… To tutaj, w małej wsi, kształtował się charakter i osobowość bohatera. To tutaj dorastał, uczył się na błędach.

Jego życie teraźniejsze to miasto, wielki apartament, gruba kasa na koncie, imprezy, alkohol, studia. Niech nikogo nie zmyli ten pozytywny wizerunek. Oczywiście nasz dres zachowuje się też jak typowy przedstawiciel tej subkultury. Wszystkich traktuje z góry, wychodząc z założenia, że wszystko należy mu się tu i teraz. Komu trzeba zdewastuje samochód, kogo trzeba pobije, kiedy trzeba pogrozi. Miota przekleństwami, wiadomo, dlatego język powieści obfituje w te niecenzuralne słowa ale wszak nie spodziewamy się, że łysol w dresie będzie prawił pięknym poetyckim językiem. Ja sama, choć nie jestem zwolennikiem wulgaryzmów w powieściach, tutaj zdawałam się jakby ich nie zauważać, wydawały się tak naturalne, że nie wyróżniały się. Jednakże wyczulonym czytelnikom mogą przeszkadzać. Dodać muszę, że język jest niezwykle obrazowy, metafory trafne często pełne sarkazmu i dystansu do opisywanej rzeczywistości.

Brutalny świat przesiąknięty zapachem piwa i dymu papierosowego, świat seksu, przemocy, narkotyków. A w tym świecie grupa przyjaciół, których historia i życie odzwierciedlają wiele poważnych problemów i zjawisk społecznych, które śmieszą ale też wzruszają i poruszają wewnątrz pewną strunę… 

Warto poznać małego, niekochanego chłopca z peerelowskiej wioski. Warto też, zobaczyć na jakiego człowieka wyrósł, z czym do tej pory się nie pogodził, jak patrzy na życie i jak odnosi się do swojej przeszłości. Warto ocenić samemu jakim stał się człowiekiem, czym była i jest dla niego wiara w Boga i czy ten naprawdę istnieje. Warto też na podstawie losów bohatera przekonać się, że nie wszystko jest takim, jakim z pozoru się wydaje.

Kontrowersyjna, z dużą dozą ironii i humoru a jednocześnie bardzo realistyczna i prawdziwa powieść. Pozornie porusza proste i błahe problemy a jednak coś w tym jest. I to naprawdę wiele. Polecam gorąco!

*Do tego okładka. Miodzio!

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Replika.


Bóg nosi dres, s. 290, Wydawnictwo Replika, 2011

poniedziałek, 26 września 2011
Hotel Pekin - Santiago Gamboa

"Ta historia rozpoczyna się w samolocie linii United Airlines, który wystartował z nowojorskiego lotniska JFK bez przeszkód"  to zdanie, rozpoczynające powieść, niby beznamiętne i zwyczajne, a jednak zaintrygowało mnie. Taki jest początek i koniecznie musiałam poznać koniec. I czy ten rzeczywiście następuje? Może tylko na ostatniej stronie nie znajdziemy już więcej treści ale za to ciąg dalszy będzie toczyć się w naszych myślach?

Frank Michalski jest szkoleniowcem z amerykańskiej firmy Enchancing the Future. Jedzie do Pekinu, by, krótko mówiąc, przekonywać biznesmenów dużych firm, że normy i obyczaje przyjęte i szeroko rozpowszechnione na Zachodzie są zdecydowanie lepsze i właśnie Chiny powinny je przeszczepić na grunt wschodni. Wspomagając ich w budowie nowego wizerunku, ukierunkowując ich pragnienia, szlifując nowe nawyki, chce usprawnić współpracę z nimi, co da bezpośrednie przełożenie na zysk. Michalski z pochodzenia Kolumbijczyk jest przykładem ślepo zapatrzonego w Amerykę człowieka, sam nieświadomy swojej prawdziwej tożsamości wierzy w siłę i przewagę Ameryki nad Chinami. Zwolennik globalizacji i kapitalizmu, piewca teorii amerykańskiego sukcesu stara się ze wszech miar narzucić swoje wzorce i racje chińskim przedsiębiorcom jednocześnie nie przyjmując do wiadomości żadnego argumentu poza swoimi. Pewny siebie, operujący wytartymi, sztywnymi schematami, sceptyczny nie spodziewa się, że gdy trafi na przeciwników silniejszych od siebie jego niezachwiana wiara w sukces, w wyższość Zachodu nad Wschodem nagle znika. W konfrontacji z ludźmi szczerze przekonanymi i wierzącymi w wyznawane przez siebie wartości uświadamia sobie swój błąd.

Na swojej drodze spotyka dziennikarza Corneliusa F. Bordewicha, bacznie obserwującego rzeczywistość, w oczekiwaniu na ważne wydarzenie i biznesmena Li Qianga. Ten drugi jest jednym z uczestników kursu; tradycjonalista, do bólu zżyty z chińskim dziedzictwem, kulturą, językiem. Każda z tych trzech postaci reprezentuje kompletnie inny światopogląd dlatego dialogi przez nich prowadzone to jak balansowanie na krawędzi, dużo ironii, zero dystansu dla racji przeciwnika. Porywają i fascynują ze względu na dwa skrajne podejścia do danego zjawiska, oraz dość wyczerpujące i konkretne opracowanie tematu.

W toku trwania kursu, wraz z głębszym wnikaniem w chińską rzeczywistość głównie za sprawą spotkań z Li Qiangiem i jego rodziną Frank się zmienia. Nagle okazuje się, że w całym tym szkoleniu nie przemiana kursantów jawi się priorytetem ale właśnie nauczyciela, który sam staje się nagle uczniem. To o jego duszę i tożsamość ma toczyć się spór. Michalski dojrzewa do myśli, że stereotypy to niewystarczająca wiedza o kraju, że Chiny warto i trzeba poznać, szczególnie jeśli chce się je zmieniać. Tylko czy przy bliższym poznaniu rzeczywiście taka konieczność istnieje?

Zastanawiam się… Cywilizacja wschodu i zachodu diametralnie się od siebie różnią. Ukształtowane zostały przez inne wydarzenia, innych ludzi, mają inne tradycje, żyją innymi zasadami, kierują się w życiu innymi wartościami. Ich kultura, dobra narodowe również nie posiadają punktów wspólnych. Na pewno jeśli by oceniać wschód i zachód każdy patrzyłby ze swojej perspektywy, w większości przekonując do swoich racji, nawet bez większej wiedzy o tej drugiej stronie. Obie te kultury są pozytywne, obie tworzą wiele dobrego, co echem odbija się po całym świcie. Więc dlaczego je ujednolicać? Dlaczego narzucać Wschodowi zasady i sposób funkcjonowania, uznawane na Zachodzie? I dlaczego, wreszcie, z góry się zakłada, że to właśnie cywilizacja wschodnia jest tą, która wymaga zmian? Pomijając ustrój polityczny i system władzy, ma wiele do zaoferowania. I życie tam nie musi toczyć się w rytmie wybijanym przez europejskie czy amerykańskie zegary.

Nie ukrywam, że pomijając lekko zarysowany podział na świat czarny i biały podróż wraz z Frankiem Michalskim do Pekinu była dla mnie bogatą ucztą intelektualną. Głównie za sprawą wymiany poglądów, które angażują czytelnika, skłaniają do refleksji i zastanawiania się, który z rozmówców ma rację. To powieść przegadana. Ale rozmowy te uczą czytelnika, szczególnie tego, który z kulturą i cywilizacją Chin nie wiele mają wspólnego, a jego wiedza na temat Chin i Chińczyków, podobnie jak wiedza Franka, opiera się na stereotypach.

Czy Frank rzeczywiście się zmienił? Czy to pod wpływem chwili i otoczenia przewartościował swoje życie i widzenie świata? I czy ta przemiana w ogóle jest wiarygodna?  Czytelnik sam zdecyduje. Jednak dzięki niemu dostajemy również próbkę życia i przemian we współczesnych Chinach, co okazało się być równie ciekawe.

Niezrozumienie wschodu i zachodu, odwieczny konflikt między tymi światami to temat nie nowy. Ekspansywność zachodu, jego dążenie do zaszczepiania na każdym możliwym gruncie swoich racji i tradycji również nam są znane. Ale nie zmienia to faktu, że ta może mało oryginalna fabuła w połączeniu z interesującymi bohaterami, (z których każdy jest indywidualnością), lekkim i przystępnym językiem, frapującymi opiniami na temat różnych rzeczywistości i ich miejsca w świecie tworzy doskonałą całość.


Hotel Pekin, przeł. Barbara Jaroszuk, s. 208, Wydawnictwo Literackie Muza SA, 2010

czwartek, 22 września 2011
Szczęście smakuje truskawkami - Barbara Faron

Do szczęścia droga dość kręta. Trzeba włożyć trochę wysiłku i wytrwale po niej stąpać. Czy dotrzemy na miejsce zależy od ludzi nas otaczających, od splotu wydarzeń i od nas samych.

Dwie bohaterki, które dzieli 10 lat. Dwie zagubione, niekochane, zamknięte w sobie. Agnieszka to dwudziestotrzyletnia niedoszła samobójczyni, cierpiąca na depresję, pozbawiona chęci do życia zobojętniała, zdominowana przez męża i jego despotyczną matkę, która traktuje ją jak wariatkę. Ewa to trzynastolatka wychowywana przez dziadków. Ojca nie znała, mama jej zaś wyjechała do Szkocji za chlebem i sporadycznie nawiązywała kontakt z córką. Po śmierci babci Ewa trafia pod opiekę ojca, którego nigdy nie znała. Sprawiająca kłopoty wychowawcze, zamknięta w sobie, wychowywana w surowości i rygorze nie zna innego życia i nie dopuszcza do siebie myśli o jego istnieniu. Zakompleksiona, z bardzo niską samooceną nie wierzy, że ktoś może ją zaakceptować i pokochać taką, jaką jest.

Barbara Faron porusza poważny temat eurosierot, dzieci pozostawionych przez rodziców, którzy po otwarciu rynku w UK wyjechali na wyspy w celach zarobkowych i często tam rozpoczynali życie od nowa. Odrzucone, z niskim poczuciem własnej wartości, nie mogące znaleźć swojego miejsca i zbudować własnej tożsamości, cierpią, nieprzystosowane do normalnego życia. Ewa od zawsze musiała mierzyć się z poważnymi wręcz dorosłymi problemami, musiała dorosnąć wcześniej niż jej rówieśnicy bo nie miała oparcia, nie miała rodziny - tej podstawy, która stanowi o sile, miłości azylu, spokoju.

Obie bohaterki tak naprawdę blokują się przed bliskością, ciepłem i uwagą, jaką chcą im poświęcać członkowie rodziny. Kiedy zamieszkują pod jednym dachem, dzięki sobie nawzajem, jak również dzięki bliskim, spoglądają na swoją sytuację z innej perspektywy, widzą swoje problemy zupełnie inaczej niż dotychczas. Małymi krokami idą w kierunku rozwiązań, które, jak się okazuje istnieją i są całkiem na wyciągnięcie ręki. Uczą się, że szczęście jest w każdej, najmniejszej nawet rzeczy, w drobiazgach takich jak lody, hamak, książka, truskawki.

Postać Agnieszki i Ewy poznajemy oddzielnie. Historia tej pierwszej napisana jest normalnie w 3-osobowej narracji, zaś o Ewie dowiadujemy się z jej dziennika, któremu, jako jedynemu, się zwierza. To właśnie Ewie poświęciła autorka więcej miejsca, czego trochę żałuję, bo chętnie wniknęłabym głębiej w psychikę Agnieszki. Jednak gonitwa myśli młodej bohaterki jest naprawdę godna podziwu i często zaskakuje. Jest dojrzała i mimo pozornej naiwności wiele wie, zna schematy rządzące światem. Doskonale oddany jest jej sposób rozumowania, co odzwierciedlone jest zarówno w logice jak i języku, w jakim prowadzony jest dziennik. To język prosty, typowy język zbuntowanej nastolatki.

Książka ta wydaje się dedykowana bardziej dla młodzieży ale wielu z nas, w zbuntowanej a tak naprawdę skrzywdzonej i niekochanej nastolatce może odnaleźć coś z  siebie z tamtych lat.


Szczęście smakuje truskawkami, s. 208, Wydawnictwo Replika, 2010

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Replika

środa, 21 września 2011
Mała matura - Janusz Majewski

Mała matura Janusza Majewskiego to przede wszystkim styl i język. To one jako pierwsze zwracają uwagę, przyciągają i zaskakują.  Język, barwny aczkolwiek bez zbędnych upiększeń i przesady, pełen naleciałości regionalnych, lwowskiego dialektu nie stroni również od wulgaryzmów. Styl zaś na samym początku mnie przeraził ale pozytywnie. Z jednej myśli wypływała następna. Wtrącane dygresje rozrastały się do rozmiarów osobnego wątku, co nie przeszkadzało autorowi płynnie i niezauważalnie wracać do sedna sprawy. Początkowe zagubienie ustępowało miejsca zachwytowi nad kunsztem i wyobraźnią Majewskiego.

Po przeczytaniu tej pozycji pozostaję również pod wrażeniem ze względu na mnogość tematów i problemów, a co za tym idzie szeroki krąg czytelników, w których ręce powieść ta może trafić. Bo to, nie przesadzając, powieść dla każdego.

Wielbiciele historii mogą śmiało zaczytywać się w tragicznych często losach toczonych przez dwie wojny krajów, mogą obserwować przemiany, jakie zachodziły w związku z nadejściem nowej władzy. Nowy język, nowe zarządzenia, budowanie nowego ustroju.

Na tle tych przemian historycznych obserwujemy również te społeczno – obyczajowe. A w tym wszystkim rodzina Taschke, uciekająca przed wojenną zawieruchą, zmagająca się z przeciwnościami i trudnościami w okupowanym kraju, z dala od ojczyzny. Rodzina, w której dominuje miłość, zrozumienie i wzajemne wsparcie. W takich warunkach wychowuje się Ludwik, główny bohater. To właśnie jego losy od narodzin, przez dzieciństwo i okres dojrzewania, mamy okazję śledzić. Podzielona na 3 części powieść ukazuje nam chłopca w różnych momentach życia. Słodkie lata to niezwykle barwna i wesoła opowieść o beztroskich chwilach dziecka, spędzonych w bezpiecznym ukochanym Lwowie. Właściwe i prawdziwe dzieciństwo zostało mu jednak odebrane przez wojnę, przez wydarzenia, których oczy dziecka nigdy nie powinny dostrzec, a które w jego pamięci i sercu pozostają na całe życie, wzbogacając go o świadomość i odpowiedzialność – to część Trzy wojny. Trzecia część – Mała Matura 1947 – to okres powojenny, kiedy rodzina Taschke trafia do Krakowa, gdzie w nowym środowisku, w nowej rzeczywistości Ludwik musi zdawać swój egzamin dojrzałości, którym jest wejście do świata dorosłych.

Na osobne miejsce w recenzji zasługuje miasto Lwów, bohater i ojczyzna. Tutaj wychowuje się od dziecka Ludwik, z tym miastem ma najwięcej wspomnień, do niego wracają w myślach Tadeusz i Maria z nostalgią spoglądając w przeszłość. To piękne, wielokulturowe miasto, łączące w sobie tradycję, piękno i uniwersalizm. To miejsce jest tu symbolem utraty: utraty ojczyzny, utraty dawnego życia, utraty kawałka przeszłości, która nas ukształtowała.

Pan Majewski potrafi barwnie przedstawić historię losów rodziny, historię miasta i kraju, oddać atmosferę Lwowa czy Krakowa tamtych lat wojny i tych powojennych. Stworzył bohaterów niezwykle ciepłych, sympatycznych, od których emanuje to ciepło na cały świat, na innych ludzi. I mimo często tragicznych i trudnych wydarzeń, o jakich mowa w powieście nie odbiera się ich tak ciężko, nie czuje się grozy.

To powieść z rodzaju tych, w któych za każdym razem można odkryć coś nowego a i tak wciąż pozostaną pewne szczegóły czy wątki, nie do końca odkryte czy dostrzeżone z należytą uwagą.   To bardzo obrazowo i plastycznie opowiedziana historia, rzetelnie oddająca prawdę o danym czasie, łącząca w sobie komizm i tragizm, zachwycająca.

"A może to jedynie dowód, że losem ludzkim rządzi przypadek, z którego przeważnie nic nie wynika. Bogowie grają w kości, w każdym rzucie inna kombinacja cyfr, aż padają same szóstki. I co? I nic. Wciąż grają. Ponowny rzut i kostki rozsypują się winnej konfiguracji. Świat nie zatrzymuje się w pół obrotu; uporczywie wirując wokół osi swych doczesnych spraw, nieustannie pędzi dalej w nieskończoną czeluść wieczności."


Mała matura, s. 448, Wydawnictwo Marginesy, 2010

poniedziałek, 19 września 2011
Claude i Camille - Stephanie Cowell

Impresjonizm, spośród wszystkich kierunków sztuki najbardziej do mnie przemawia. Tym chętniej sięgnęłam po powieść Stephenie Cowell. Wystarczyło spojrzeć na urzekającą okładkę, czyż nie jest piękna? Przyciąga uwagę, nie pozwala się oderwać, zachęca do otwarcia książki. Poprzez swoją delikatność i subtelność, idealnie komponuje się zarówno z treścią jak i charakterem powieści.

Zainspirowana wystawą Źródła impresjonizmu w Metropolita Museum Stephenie Cowell podjęła wyzwanie i opowiedziała nam piękną historię o życiu, pasji i wielkiej miłości Moneta. Jej powieść ma oparcie w historii, autorka czasem zmieniła lub zbeletryzowała niektóre wydarzenia, jednak zachowała realne daty, nazwiska bohaterów. Jest też profesjonalna informacja o twórczości Moneta – spis obrazów wspomnianych w powieści.

Każdy rozdział zaczyna się słowami malarza lub któregoś z jego przyjaciół. Każdy też opatrzony jest latami, w których akcja się dzieje, dzięki temu śledzimy losy bohaterów z dokładnością czasową.

Na Claude’a Moneta spoglądamy z dwóch perspektyw, gdyż autorka przeplata teraźniejszość z przeszłością. Bo oto widzimy starszego już Pana, wciąż żyjącego przeszłością, wciąż pogrążonego w swej pasji, by zaraz potem zagłębić się w losy młodego, pełnego życia, marzeń o wielkiej karierze i pieniądzach Claude’a.

Poznajemy go jako młodego chłopaka. Mieszkając wraz z rodzicami w Hawrze, spiera się z ojcem, który nie podziela jego entuzjazmu dla sztuki i naciska, by przejął rodzinny interes, tj. sklep żeglarski. Matka, będąca oparciem i podporą dla syna, umiera po ciężkiej chorobie, a relacje na linii ojca i syna stają się jeszcze bardziej napięte. Młody Monet pragnie malować. A do tego celu najlepszym miejscem jest Paryż, miasto bohemy artystycznej, miasto salonów, przepychu, bogactwa ale przede wszystkim miasto wielkich możliwości. Ale czy na pewno?

Rzeczywistość zdecydowanie różni się od wyobrażeń. Trzeba pokonać długą i wyboistą drogę, by coś osiągnąć. Środowisko okazuje się być trudno dostępnym, a wejście do grona uważanych i cenionych artystów nieosiągalne. Jednak nasz bohater może liczyć na szczęście w osobach Renoira, Cézanna, Pissarra, Maneta. Połączyła ich przyjaźń i pasja i chęć do walki o spełnienie swoich marzeń. Ci młodzi ludzie uważali, że prawdziwe życie jest w codzienności: "Kiedy wreszcie ludzie zauważą, że dobra sztuka jest żywa, prawdziwa i prywatna, a nie patetyczna?" Życie Moneta i jego przyjaciół hipnotyzuje, wciąga i nie pozwala się oderwać. Chce się wciąż czytać więcej o tym, jak przyszło im realizować marzenia. Dodatkowo autorka pozwala nam obserwować jak rodził się impresjonizm, jak się kształtowali malarze, ich styl, ich charakter. Możemy na chwilę wejść do ich pracowni, poczuć zapach farby, zajrzeć im przez ramię na malowany właśnie obraz.

Claude’a życie doświadcza dość boleśnie. Musi wiele przejść, by móc zrealizować swoje cele i urzeczywistnić marzenia. Potrafi jednak upadać, by za chwilę znowu się podnieść i iść dalej z podniesioną głową. Tracił bliskich, tracił wiarę i entuzjazm w to, co robi, ale we wszystkich przeciwnościach na koniec pozostawało mu malarstwo. We wszystkim też mógł liczyć na bliskich mu ludzi, przyjaciół, którzy go nie odstępowali. A wkrótce potem i miłość. Claude poznaje piękną Camille Doncieux, pochodzącą z wyższych sfer, przyzwyczajoną do przepychu, luksusów i salonów. Początkowo jego modelka, potem wielka miłość, muza i przyjaciel. To właśnie to uczucie skłania ją do odrzucenia tego wszystkiego. Wybiera życie z malarzem-marzycielem, w ubóstwie, ale zarazem w wielkiej miłości.

"Masz tylko jedno życie. Bądź wierny sobie."

Claude Monet to doskonały przykład tego, jak można wykorzystać dar nam dany i nie przestać wierzyć w to, że dzięki usilnym staraniom, wierze i uporowi można osiągnąć wiele.

"Jeśli nie zaryzykujemy nie dotkniemy rzeczywistości, prawda?"

Claude i Camille to nie tylko historia miłości ale również wielkiej przyjaźni. Niezwykle podobała mi się i fascynowała sylwetka najbliższego przyjaciela Fédérica Bazille’a. To również opowieść o pasji, którą potrafi zawładnąć życiem człowieka. Do tego szerokie spojrzenie na Francję i życie artystów w XIX wieku. Można tu poczuć atmosferę XIX –wiecznego Paryża. Można ją chłonąć i zanurzyć się w niej.

Wiele pozytywnych, pięknych emocji dostarcza ta powieść, wiele ciepła i takiego optymizmu. Dla wielbicieli sztuki – lektura obowiązkowa. Tym bardziej, że nurt impresjonizmu można wyczuć nawet w słowach i opisach. Zatrzymanie chwili, zachwyt nad momentem, barwne opisy, piękno życia codziennego, cechy charakterystyczne dla impresjonizmu biją z każdej strony tej historii.

Dodatkowy plus za liczne wstawki w języku francuskim.


Claude i Camille / Claude & Camille, przeł. Anna Rojkowska, s. 382, Wydawnictwo Bukowy Las, 2011

czwartek, 15 września 2011
Fatum - Piotr Rowicki

Odpowiadania - forma, po którą sięgam dość rzadko. A warto! Szczególnie w przypadku Fatum. Autor, który do tej pory kojarzył mi się z literaturą dziecięcą zaskoczył mnie opowiadaniami kryminalnymi, pełnymi mroku, tajemnic, groteski i czarnego humoru.

Co nam tu serwuje Pan Rowicki? Przede wszystkim realizm przez duże R. Wśród jarmarcznego zgiełku, okrzyków marynarzy w portach, nawołań kaznodziejów na ulicach, dźwięków tętniącego życiem miasta możemy odnaleźć prawdziwe realia życia w barokowym Gdańsku, z czego płyną niewątpliwe wartości kulturowe i historyczne. Ale nie ma się co dziwić, gdyż autor posiada wykształcenie historyczne. Do tego dołożyć należy niezwykłą mieszankę społeczną: kupców, marynarzy, morderców, złodzieji, psychopatów, złotników, wampiry, rajców, ludzi żądnych zemsty, ludzi ogarniętych żądzą niszczenia, ludzi kochających. Bohaterów wyrazistych, ciekawych.  

Oprócz nich jest tajemnicze miasto, którego uliczkami wędrujemy w poszukiwaniu rozwiązania zagadki i prawdy. Miasto z jednej strony mroczne, z drugiej jednej pełne absurdu, wesołości i humoru. A to za sprawą historii, które tam się rozgrywają.

Opowiadań jest dziesięć. Nie są to tradycyjne kryminały. Owszem jest morderstwo zaś brak grozy i napięcia ale te skutecznie są tu zastąpione przez mrok i tajemniczość dawnego Gdańska. Jest intryga, zemsta, okrucieństwo i krew.

Utwory są zbudowane niezwykle ciekawie. Wszystko wyjaśnia się w ostatnich dwóch czy trzech akapitach. Nigdy nie wiadomo czym czytelnik zostanie zaskoczony, jaki los spotka bohaterów, czy to tych niewinnych, czy to morderców. Wszystko zależy od tego, jak postąpią, jakiego wyboru dokonają, a nie ukrywam, że często autor kieruje ich losem dość absurdalnie i irracjonalnie.

Z ciekawością czyta się do samego końca, bez znużenia, bo autor ma bogatą wyobraźnię i możemy ją tutaj podziwiać. Prezentowana zarówno w opisach jak i w rozwiązaniach zagadek objawia się dużą dawką szalonych i dziwnych wydarzeń, nieobliczalnych i nieprzewidzianych zachowań. Dzięki zabawnej atmosferze nawet przerażające zbrodnie nie wydają się tak straszne, a mordercy nie są potępieni przez czytelnika a nawet wzbudzają sympatię. Autor nie za każdym razem oferuje czytelnikowi wydumane i trudne rozwiązanie. Czasem wręcz odpowiedzi są zaskakująco proste ale o takie przecież najtrudniej.

Opowiadania są napisane językiem niezwykle barwnym, często archaicznym, często dobranym do przedstawianej klasy społecznej. Język doskonale oddaje klimat, atmosferę dawnych lat. Nie brakuje też humoru, widocznego w dialogach czy przemyśleniach bohaterów. Czuć lekkość i swobodę w opisywaniu dawnego świata, jego zwyczajów.

Co mi się jeszcze podobało? To, że opowiadania są równe, napisane na jednym poziomie, nie ma rozczarowania, że kilka jest świetnych a inne się nie podobają. Najlepsze, bo łączące humor i dramat to Dorotka, jak również  Czerwony kapturek, Zbrodniarz, którego oszukała zbrodnia (doskonała analiza przemyśleń bohatera). Zaś Zupa z konia, opowiadanie umieszczone na samym końcu stanowi idealne zakończenie cyklu, nawet, bym powiedziała, z puentą.

Piotr Rowicki i jego Fatum to coś dla miłośników historii, kryminału, zbrodni i naprawdę czarnego humoru.


Fatum, s. 230, Wydawnictwo Oficynka, 2011

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Oficynka

wtorek, 13 września 2011
Rok w poziomce - Katarzyna Michalak

Ta książka leje w serce dużo ciepła, dużo spokoju i przynosi radość. To świetna pozycja na smutki, na przyjemne spędzenie czasu. Nawet dla osób, jak ja, w tego typu literaturze się nie zaczytujących.

Ewa przekroczyła już trzydziestkę, jest szarą myszką, bez pracy, po rozwodzie z mężem, który ją bił. Jej największy marzeniem jest jej własny kawałek podłogi, jej własne miejsce na ziemi. I znajduje przepiękny wymarzony biały domek we wsi Urle. Niestety, pieniążków brak a pożyczki nikt bezrobotnej i nierokującej nie udzieli. Ale jest też Andrzej, przyjaciel i wielka miłość skryta Ewy. Proponuje jej układ. Ona otworzy (z jego kapitałem) wydawnictwo i wypromuje wielki bestseller,  (ma na to 3 miesiące), a on udzieli jej pożyczki na brakującą zaliczkę dla banku.

Ewa podejmuje wyzwanie i tym samym pozwala, by jej życie się całkowicie zmieniło. Poznaje Karolinę, autorkę powieści, poznaje Tę Michalak, pojawia się w jej życiu również Witold, Daniel…  Bohaterka zaczyna wierzyć w siebie, nabiera wiatru w żagle i nie tylko na płaszczyźnie biznesu świetnie sobie radzi. Ona rodzi się na nowo, by spojrzeć na świat z innej strony, by nabrać pewności siebie i znaleźć siłę do walki o to, co dla niej najważniejsze, o to, o czym marzy.

Temat wydaje się być znajomy, wręcz już przechodzony. Ale jednak coś urzeka w tej prostej historii.  Oczywiście wiele tu pozytywnych i tylko pozytywnych rozwiązań, lukru i słodzenia. Wydarzenia są tak mało prawdopodobne, że pojedynczo nie wiem czy mogłyby się wydarzyć, nie mówiąc już  wszystkich skumulowanych. No ale nie o realizm tu chodziło tylko o przesłanie. Nie chodzi tu o zwykłe życie, bo je mamy na co dzień. Chodzi o magię, o tę nutkę słodyczy, której zawsze chętnie się wysłucha. Chodzi o dobro, o ciepło, które bije z bohaterów, za które spotyka ich zasłużona nagroda i piękne zakończenie.

Katarzyna Michalak opowiada o marzeniach, które zawsze warto mieć, bo się spełniają, tylko czasem trzeba o nie powalczyć. O przyjaźni, o miłości, które sprawiają, że człowiek dostaje skrzydeł. Ale nie brakuje też poważnych tematów, jak białaczka, walka z nią, propagowanie akcji społecznych zachęcających do oddawania szpiku.

Dużo emocji, tych pozytywnych, tych pięknych. Można uronić łzę, można się śmiać bo powieść naprawdę napisana jest z humorem i dużym dystansem autorki do siebie, do otaczającego świata, do życia. Z dużą dawką autoironii, lekkością czytamy o tym, że dom tak naprawdę jest w nas.

"Prawda jest jasna i prosta: dom jest w nas. Owszem: to wymarzone miejsce na ziemi, do którego tęsknimy przez całe życie, które nas przyzywa i jeśli mamy odwagę, to podążamy ku temu wezwaniu, ale dom niesiemy ze sobą. Dopiero z tym miejscem – naszą drobiną wszechświata – łączymy się w całość. Tworzymy dopełnienie. My: istoty zamieszkujące to miejsce, nasycające je emocjami, całym wachlarzem emocji, od miłości do gniewu…"


Rok w poziomce, s. 310, Wydawnictwo Literackie, 2010

niedziela, 11 września 2011
Tłumaczka - Leila Aboulela

Sammar i Rae. Dwie narodowości, dwa światy, dwa języki, dwie religie, różne świętości, odmienne tradycje i obyczaje. Co zwycięży: przywiązanie do religii czy miłość? Bogate i ciekawe tło kulturowe dopełnia pięknie przedstawioną fabułę.

Ona pochodzi z Sudanu, jest tłumaczką arabskiego na uniwersytecie w Aberdeen. On, człowiek Europy, świecki islamista zgłębiający sens i znaczenie religii Mahometa jest jej przełożonym. Łączy ich wiele, bo nawiązuje się między nimi nić przyjaźni… ale dzieli ich jeszcze więcej.  Czy da się zapomnieć o tym, co stanowi o naszej odrębności kulturowej, co nas wyróżnia i oddaje sens naszej egzystencji?

Sammar jest kobietą wykształconą, inteligentną i nie tak zahukaną jak by mogło się wydawać, biorąc pod uwagę warunki życia kobiet na Dalekim Wschodzie. Jej życie naznaczone jest wieloma tragediami, nieudanymi związkami, utratą najbliższych, odrzuceniem i niezrozumieniem przez otoczenie. W młodym wieku zostaje wdową i jej życie diametralnie się zmienia bo jako kobieta traci swą wartość, bez mężczyzny. Podejmując pracę w Szkocji, ucieka przed przeszłością, zatraca się w obowiązkach.

Dzięki Rae wraca jej radość i chęć życia. On pokazuje jej na nowo barwy świata, sprawia, że Sammar pragnie wyjść z szarości i nijakości swojego zamkniętego w czterech ścianach domu życia i być przy nim.

Jednak każde z nich ma odmienne pojęcie o istocie i przyszłości ich związku, każde zgodnie z tym, w jakich warunkach było wychowane, pragnie żyć po swojemu, tak jak dyktuje jego  wiara, tradycje i zasady.

Autorka zadaje kilka ważnych pytań. Przede wszystkim tych o granice miłości i sens wiary. Czy można pogodzić jedno z drugim w przypadku gdy on jest innowiercą lub ateistą a ona głęboko oddana Allahowi i nie może żyć w grzechu, jakim byłby związek z kimś spoza religii? Jak bardzo wiara i Bóg może kierować życiem człowieka i czy mogą być na tyle ważni, by zdeterminować każdą podejmowaną decyzję?

Leila Aboulela w niezwykle subtelny sposób ukazuje różnice między islamem a rzeczywistością, istniejącą poza nim, podkreśla różnice światopoglądowe. I nie sympatyzuje z żadną ze stron, ukazuje je jako tak samo ważne, rzeczowe i konkretne podejścia do świata i życia. Jako, że powieść podzielona jest na dwie części możemy dokładnie przyjrzeć się rzeczywistości bliżej nam znanej, europejskiej i tej bardziej egzotycznej, a obie obserwujemy oczami głównej bohaterki.

Powieść napisana jest językiem barwnym i bogatym. Momentami po prostu płynęłam przez kolejne strony, czerpiąc niesamowitą przyjemność z lektury nie tylko orientalnej i wartościowej ale również inteligentnej, różnorodnej, ciekawej.  Wiele emocji, wiele postawionych pytań, wiele dylematów i wahań. To taka misternie utkana delikatna konstrukcja formy i treści, pełna piękna.

Jest to literatura dość trudna i poważna. Ogromny plus dla autorki za jej szacunek dla wartości wyznawanych przez każdego człowieka, bez względu na rasę, wiarę czy narodowość.


Tłumaczka / The Translator, przeł. Anna Zdziemborska, s. 280, Wydawnictwo Remi, 2010

czwartek, 08 września 2011
Ostatni taki Amerykanin - Elizabeth Gilbert

"W końcu nie jesteśmy na tej planecie gośćmi z kosmosu, tylko jej naturalnymi mieszkańcami oraz krewnymi wszystkich żyjących na niej istot. Z tej ziemi pochodzimy i tu spoczniemy po śmierci, przez jakiś czas ona jest naszym domem. I w żaden sposób nie zrozumiemy samych siebie, jeśli choć odrobinę nie zrozumiemy naszego domu. Musimy to pojąć, by umieścić nasze istnienie w jakimś szerszym metafizycznym kontekście."

Czy współczesny człowiek potrafi zrezygnować z wygody, spokoju, które niesie ze sobą rozwój technologii, postęp techniki, współczesny świat? Czy jest w stanie wybrać drogę dłuższą, ale za to bardziej pożyteczną, którą kroczenie przysporzy mu więcej satysfakcji, wzbogaci mentalnie i wyposaży w doświadczenie życiowe?

Żyjemy w świecie, gdzie nie trzeba się o nic starać; jeśli tylko są pieniądze, wszystko jest w zasięgu ręki. Korzystamy z dobrodziejstw technologii w każdej dziedzinie życia i nie musimy wiele umieć, radzić sobie sami. Po co? Skoro można kupić pożywienie, usługę, przedmioty, spełnić każdą zachciankę, potrzebę. Dzięki temu życie jest o wiele prostsze ale czy jednocześnie nie uboższe?

Przyroda w każdym zakątku ziemi jest stopniowo i systematycznie niszczona, tracimy kolejne połacie lasów kosztem budowy dróg, budynków. Tracimy kontakt z naturą, przynależąc miastu - pudełku i oddając mu swój czas, tonąc w wodach konformizmu, lenistwa i konsumpcjonizmu. Marnujemy zarówno zasoby naturalne jak i te, które tkwią w nas, a których nie potrafimy właściwie wykorzystać. Pędząc i goniąc za niedoścignionym zatracamy się, gubimy po drodze istotę natury. Nie dostrzegamy jej piękna, nie doceniamy tego, co może dawać, skoro wszystko możemy teraz otrzymać bez względu na porę roku czy pogodę. Nawet  nie staramy się poznać i wsłuchać w naturę, która nas tworzy i jest nieodłączną częścią naszej egzystencji.

To wszystko prawda, brzmi być może górnolotnie ale nawet zdając sobie z tego sprawę współczesny człowiek nic z tym nie robi.

W przeciwieństwie do bohatera powieści Elizabeth Gilbert – Eustace’a Comwaya. Jako nastolatek porzucił dom, by rozpocząć samodzielne życie w lesie, korzystając z tego, co oferuje przyroda. Ten Indianin, pionier, osadnik i odkrywca próbuje zmienić świat. Czuje, że jego miejsce jest wśród drzew, a jego misją jest uświadomienie Amerykanów, że żyć w zgodzie z naturą potrafi każdy, musi tylko spróbować. W końcu po to właśnie zostaliśmy stworzeni i tak kiedyś żyli ludzie. Dlatego postanowił o tym nauczać, głosić swoje argumenty na odczytach i wykładach. Potrafił porywać tłumy, zachwycać, zadziwiać i zachęcać do zmiany trybu życia. Wszystkim tym, którzy mu uwierzyli pragnął pomagać i nauczać na Żółwiej Wyspie, która miała być jego oazą spokoju, rezerwatem. Właśnie tam przyjmował praktykantów, tych, którzy chcieli iść jego śladem.

Bezkompromisowy, nieustępliwy, chorobliwie uparty perfekcjonista nie potrafił jednak nawiązać bliskich więzi z ludźmi, wszyscy od niego odchodzili, nie mogąc poradzić sobie z despotycznym i dość fanatycznym charakterem Eustace’a. Czy jego utopijna koncepcja życia z dala od cywilizacji miała szanse powodzenia w społeczeństwie amerykańskim? To taki bohater romantyczny: odkrywca, buntownik, indywidualista wierzący w swoją moc i siłę, wrażliwy na dobro i piękno natury. Wzbudza szacunek, na który niewątpliwie zasługuje ale też wywołuje wiele sprzecznych emocji. Kontrowersyjny poprzez swoją pustelniczą naturę, a jednak chcący otaczać się ludźmi i żyć w centrum uwagi, być gwiazdą.

Na tę książkę trzeba uważać. Uważać, żeby jej nie przeoczyć lub nie odłożyć po przeczytaniu opisu na okładce, sugerującego leniwą spokojną lekturę. To powieść bardzo męska, uwydatniająca istotę męskości, tej w rozumieniu pierwotnym, pionierskim. To powieść uświadamiająca i skłaniająca do refleksji nad kondycją człowieka we współczesnym świecie. Udowadnia nam jak wielką siłę ma ludzka wiara, jak daleko może zaprowadzić człowieka jego ambicja i upór w dążeniu do spełniania marzeń, choćby tych najbardziej szalonych i nieprawdopodobnych.


Ostatni taki Amerykanin / The Last American Man, przeł. Marta Jabłońska-Majchrzak, s 392, Wydawnictwo Rebis, 2011

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Rebis

 
1 , 2
Teraz czytam
A zaraz potem KONKURS ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~~~~~~~~~~~~~~~~ ~ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Spis moli
~~~~~~~~~~~~~~~~~