Odkrywamy tajemnice, odkrywamy sens i znaczenia, odkrywamy samych siebie, odkrywamy świat na nowo, świat zaklęty między słowami...
sobota, 30 lipca 2011
Ksiądz Rafał Niespokojne czasy - Maciej Grabski

Wracamy do Gródka. I to wracamy w wielkim stylu. Druga część przygód księdza Rafała nie rozczarowała, a wręcz w dalszym ciągu zachwyca. Dzieje się znacznie więcej i to nie tylko w skali lokalnej (śmierć biskupa, wybór nowego, wielkie zmiany, nowe układy, stare zwady) ale i krajowej ( wybór papieża Polaka, powstanie Solidarności). Dzieje się wiele ale nie brakuje ciepłej i radosnej atmosfery, nie brakuje wielu pozytywnych i mądrych wartości a wszystko to wyznaczane rytmem upływającego czasu, zmieniających się pór roku…

Akcja drugiej części rozpoczyna się bezpośrednio po wydarzeniach kończących część pierwszą. Jej tempo i dynamika doskonale oddaje zmieniającą się bez przerwy sytuację w Gródku. Nadchodzą niespokojne czasy dla miasteczka, dla kurii, dla całego kraju. Śmierć biskupa i wybór na jego miejsce nowego, zdecydowanego przeciwnika księdza Rafała jest początkiem wielkich rozgrywek w kurii, walki o władzę, a w środku tego wszystkiego przypadkiem znalazł się gródecki proboszcz. Nie przejmując się tym za bardzo Rafał wsiąka w życie lokalnej społeczności, kieruje remontem kościółka, pomaga biednym, doradza i wspiera, rozwiązuje problemy pozornie nie do rozwiązania, angażuje się w życie mieszkańców, jest zawsze i wszędzie, gdy jest potrzebny. Jest też bardziej człowiekiem z krwi i kości. Ma swoje wady, musi się wciąż uczyć zasad i zwyczajów panujących na wsi, nie jest też wolny od ludzkich błędów, co mi się bardzo podoba. Więcej też dzieje się wokół Mai, która próbuje pomóc kilku miejscowym chłopakom uciec od wojska. A i w jej życiu prywatnym robi się znacznie barwniej i weselej.

Znacznie więcej humoru, więcej wzruszeń, więcej dramatycznych i przełomowych chwil, jeszcze więcej ciepła i życzliwości płynącej nie tylko od księdza Rafała ale również kanonika Jean-Luca, Antoniego i wielu innych mieszkańców Gródka.

Bohaterowie znani z pierwszej części są jeszcze bardziej rozbudowani. Ich portrety są uzupełnione, wiele jest nowych twarzy jak choćby znachorka Hiacynta, która imponowała mi swoją mądrością, inteligencją i ciętym językiem; czy prostolinijny i uczciwy Jerzy Banach; pełnokrwiści, agresywni Zawadzcy. Nie brakuje tez zachodu wokół Marianowej, Koconia czy poczciwego Antoniego, który otrzymał zasłużoną nagrodę za lata swojej pracy i talent muzyczny. Nie wszyscy są dobrzy, nie brakuje knujących i podstępnych ale każdy jest silnie zindywidualizowany, bardzo prawdziwy i realistyczny, ze swoimi wadami i zaletami. Całość tworzy przesympatyczną społeczność, wśród której chętnie spędziłabym nie jedną chwilę .

Z przyjemnością czytałam tę powieść. Z uśmiechem i łezkami kręcącymi się w oczach. Oprócz uśmiechu nie zabrakło szczerego śmiechu ale i refleksji … nad życiem, nad ulotnością i nieuchronnością czasu i losu. Dowiadujemy się i znajdujemy prawdziwe dowody na to, że dobrzy ludzie są i zawsze będą. Że w świcie, w którym o dobro coraz trudniej jednak można, jednak niektórym się chce. Tylko czasem trzeba się rozejrzeć, trzeba też być dobrym dla innych i odpłacać się czułością, miłością i dobrocią, a zawsze one do nas wrócą. Widzimy, co jest w życiu naprawdę ważne, jak wartości, chęć pomocy, zaangażowanie, jak siła przyjaźni i lojalności może wpłynąć na ludzkie losy. Oczywiście jest polityka, są spory krajowe i wewnątrz kurii, jest uniwersalny problem walki o władzę. Jest wielka dziejowa zawierucha, która nie ominie nikogo. Jak to się skończy dla Gródka i jego mieszkańców?

Autor nie unika dysputy o problemach ważnych o rzeczach istotnych tak dla jednostki jak i dla społeczeństwa. Jest tu jednym słowem po trochu wszystkiego i dla każdego.

Dwie doskonałe powieści udały się Panu Grabskiemu. Ten klimat, ci ludzie, te problemy. Prawdziwie, szczerze i z humorem. Doskonałe!

*Uwielbiam Dzikiego – wspaniały i prawdziwy kocur. Czytając o nim aż miałam ochotę odłożyć książkę i iść wyściskać moje dwa kochane kociaki.

*Nie mogłam się wyzbyć wrażenia, że z okładki spogląda na mnie Tom Cruise. To jedyny minus. Ale na tle całości … nie warto o tym mówić.


Ksiądz Rafał Niespokojne czasy, s. 368, Wydawnictwo Znak, 2011

środa, 27 lipca 2011
Motyl - Lisa Genova

Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia pojawiają się u was problemy z pamięcią. Najpierw zapominacie jak nazywają się najprostsze rzeczy codziennego użytku, gdzie stoją używane przez was przedmioty, potem, że mieliście coś zrobić, z kimś się spotkać, wyjechać gdzieś w celach służbowych, aż w końcu zapominacie swoją przeszłość, tracicie wspomnienia lub pojawiają się wyrywkowo w waszej świadomości. Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia stojąc na skrzyżowaniu, które przechodzicie codziennie w drodze do domu, nie wiecie, w którą stronę pójść, by do niego trafić, krawężnik czy słup są znacznie bliżej niż wam się wydawało…

Trudne, prawda? Niewyobrażalne. A wszystko to i jeszcze więcej przytrafiło się Alice, bohaterce powieści Motyl, u której w wieku pięćdziesięciu lat zdiagnozowano chorobę Alzheimera.

W ogólnej świadomości społeczeństwa choroba ta kojarzy się po prostu z zapominaniem nazw rzeczy, ulic, ludzi, z nie rozpoznawaniem bliskich. A to tylko kropla w morzu objawów, których doświadczają chorzy. Do tej pory wydawało mi się również, że Alzheimer, kojarzony z demencją starczą i osłabionym wieloletnią pracą mózgiem, dotyka ludzi starszych - nasze babcie, dziadków. Nic bardziej mylnego. Istnieje coś takiego jak choroba Alzheimera o wczesnym stadium. Jej objawy mogą się pojawić nawet u trzydziesto i czterdziestolatków.

Alice Howland jest znanym  szanowanym wykładowcą psychologii kognitywnej na Uniwersytecie Harvarda, gdzie pracuje również jej mąż, znany i utalentowany biolog. Alice osiągnęła wszystko, o czym marzyła na drodze kariery. Jest ekspertem zapraszanym na sympozja, konferencje, odczyty. Zasięga się u niej opinii, konsultuje różne przypadki. Powiodło się jej również na gruncie prywatnym. Jest szczęśliwą mężatką i matką trójki dzieci. Całe szczęśliwe życie nagle ulega zmianie, kiedy Alice słyszy diagnozę. Uznając zaniki pamięci, dezorientację za objawy menopauzy i przemęczenia, zgłasza się do lekarza z chorobą już rozwiniętą i szybko postępującą.

Jak w takiej sytuacji żyć? Jak kobieta, której narzędziem pracy jest umysł, intelekt ma przyjąć do wiadomości, że już wkrótce nie będzie mogła ich używać. Wręcz przeciwnie, nie będą one zdatne do niczego.

Lisa Genowa prezentuje niezwykle intymny, osobisty zapis przeżyć kobiety, która traci swoją tożsamość. I mimo podjętej walki, wie, że nieuchronnie i nieubłaganie nadejdzie dzień, gdy całkowicie straci swoje ja i świadomość życia, jakie prowadzi teraz i jakie kiedykolwiek prowadziła. Obserwując jej wewnętrzne zmagania z samą sobą i z nie rozumiejącym jej światem zewnętrznym stara się przekonać innych, że Alzheimer nie oznacza zaburzeń psychicznych i niepoczytalności, bo tak właśnie widzą to wszyscy wokoło. Chorzy są odtrącani i spychani na margines społeczny, nawet przez ludzi wykształconych. Doskonałym przykładem jest kadra profesorska na Harvardzie, która jak ognia unikała Alice, kiedy ogłosiła swoją chorobę. Ludzie nie są w stanie zmierzyć się z umysłową słabością innych, boją się też zarazić.

Alice sama zauważa, że z każdym dniem jej stan się pogarsza. W stanach świadomości zmaga się ze sobą, bojąc się tego, co nadejdzie, bojąc się dnia gdy przestanie rozpoznawać bliskich, gdy stanie się bezwolna. W jej głowie zapętlają się myśli, w ich gonitwie Alice się gubi, nawet jeśli by chciała nie potrafi się odezwać, wyrazić tego, co czuje, myśli nie mogą przejść w słowa. Jest ograniczona i wyobcowana. Przeszłość zlewa się z teraźniejszością. Nie może planować, a marzenia jej nie sięgają poza najbliższe klika tygodni, jeśli tylko będzie pamiętała o czym marzyła…

Genova w bardzo naukowy i precyzyjny, a zarazem przystępny i subtelny sposób prowadzi nas przez chorobę bohaterki, od diagnozy, przez wszystkie powtarzane co jakiś czas testy, przez jej codzienność naznaczoną klęską i zapomnieniem. Obserwujemy jej emocje, widzimy jej oczami, myślimy jej myślami. Wnikamy w nią głęboko i współodczuwamy.

Autorka zwraca szczególną uwagę na te małe i wielkie zmiany jakie zachodzą w chorym i jego życiu. Ukazuje jak przewartościowuje się świat osoby z Alzheimerem, jak zmieniają się jej priorytety, jak inaczej postrzega pojęcia miłości, przyjaźni, życia, jak postrzega samą siebie, jak rozliczyć się musi ze wszystkim, czym żyła do te pory i skupić na trudnej codzienności. Ale jest jeszcze jeden ważny aspekt. To ludzie bezpośrednio związani z chorym, przyjaciele i rodzina, tutaj mąż John i dzieci Anna, Lydia i Tom. Autorka doskonale prezentuje relacje w rodzinie, różny stosunek do choroby i do chorej.

To powieść bolesna i trudna, wzruszająca i poruszająca, ale również inspirująca i bardzo ważna. Dla osób, które z tą chorobą nic nie mają wspólnego opisywane objawy są momentami wręcz abstrakcyjne i surrealistyczne.

Nie przestaję myśleć o losach Alice. Wczoraj, po przeczytaniu, streściłam problem i treść mężowi, podjęliśmy dialog na ten temat. Nie mogłam długo zasnąć, wciąż myślę, rozważam. Za dużo emocji jest we mnie odnośnie tej powieści. Chciałabym powiedzieć znacznie więcej i pewnie w inny sposób jednak długo jeszcze nie będę w stanie myśleć o tej powieści na chłodno.


Motyl / Still Alice, przeł. Łukasz Dunajski, s. 365, Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2011

niedziela, 24 lipca 2011
Ludzie - Philippe Labro

 "Nieznany ślepy zwrotniczy, którego jedni z braku lepszego określenia nazywają przypadkiem, inni zaś, szczęśliwsi, Bogiem, sprawił, że ich toczące się równolegle żywoty przecięły się pewnego dnia. Niektóre zbiegły się ze sobą, inne wkrótce znowu skręciły w swoją stronę i już nie były równoległe. Dziś na kolejowej mapie tych kilku żywotów widać trasy już nieistniejące. Wiemy, że wszystkie linie zmierzają w jednym kierunku, każdy to samo ma przed sobą."

Ten cytat doskonale oddaje główną istotę książki. I dotyczy nie tylko głównych bohaterów ale każdego z nas, nas i ludzi, których spotykamy na swojej drodze. Bo o nas właśnie jest ta powieść, o ludziach.

Sam tytuł, przeraźliwie wręcz banalny, ale jednak wierzcie mi idealny dla tej powieści. Bo właśnie losy Marii, Caroline i Markusa są symbolem, pokazują nam zależności między ludźmi, istotę więzi i relacji międzyludzkich.

Maria, to młoda dziewczyna po przejściach, uciekła z domu, od przybranych rodziców, błąka się po Ameryce aż trafia pod skrzydła dobrego człowieka, którego dziećmi się opiekuje. Zrozumiana, nie oceniana i wspierana może zacząć nowe życie i szukać własnej tożsamości. Caroline, porzucona przez mężczyznę, dla którego zostawiła męża, rozpoczyna nowe życie, zamknięta i zdystansowana. Marcus – najbardziej kontrowersyjny – zapatrzony w siebie prezenter telewizyjny, znany w całej Francji prowadzący tele-show, mistrz poniżania, upokarzania swoich gości, nie liczący się z nikim oprócz siebie. Dzieli ich właściwie wszystko. Co ich łączy? Brak miłości. Pewnego dnia spotkają się…

Obserwując ich codzienność, zmaganie się z rzeczywistością, poznajemy ich charaktery, wnikamy w ich życie, po czym pozwalamy odejść, tak jak oni sobie pozwalają wybrać inne drogi. Spotkali się tylko na chwilę. Bo tak właśnie w życiu jest.

Jedni ludzie pojawiają się na naszej drodze, "wsiadają do naszego pociągu" (jak to kiedyś pięknie określiła bliska mi osoba)i jadą z nami przez długi czas, albo już do końca trasy. A inni z niego wysiadają na swojej stacji, by przesiąść się do innego pociągu lub pójść dalej inną drogą. Nie zmienimy tego. Choć byśmy się nawet wypierali, każda z tych osób wniesie coś w nasze życie. Niektórzy wywołają tylko emocje, pozytywne lub mniej, inni zaś zmienią nasze życie już na zawsze. Nie jesteśmy się w stanie przed tym obronić. 

Tak było z naszymi bohaterami. Oddziałując na siebie wzajemnie wyzwolili w sobie nieznane dotąd pokłady siły, emocji, uczuć. Nawet nie zdążyli się dobrze poznać, nie szkodzi. Jeśli trafi się na tę konkretną właściwą osobą, wiadomo już, że może wiele wnieść w nasze życie.

Błyskotliwie, inteligentnie, a jednocześnie subtelnie i naprawdę ciekawie opowiada Philippe Labro o rzeczach właściwie oczywistych a jednak, dobrze, że zostały wypowiedziane. Skłania do refleksji nad tym, jak ludzie wpływają na nasze życie, jaką rolę odgrywają i kim są dla nas.

Przekonuje także o tym, że jeśli człowiek nie wie naprawdę, co chce w życiu osiągnąć i jaką rolę chcę grać, jest zdolny zagrać każdą.

"Najmocniej zakorzeniona w człowieku jest samotność, każdy jednak, budując własne przyzwyczajenia, starając się żyć z bliźnim, może podejmować próby, aby się przed nią ustrzec."

"(…) aby zaleczyć rany po jakimś nieszczęściu, trzeba tylko podjąć decyzję."

"Prawda o ludziach wychodzi na jaw tylko przy okazji porażki albo sytuacji kryzysowej."

*Muszę wspomnieć o okładce. Podoba mi się. Nie tylko znikając w tłumie kobieta, ale również faktura, bo jest to materiał, nie zwykły papier.


Ludzie / Les gens, przeł. Bożena Sęk, s. 504, Wydawnictwo Sonia Draga, 2011

piątek, 22 lipca 2011
Mariola, moje krople - Małgorzata Gutkowska-Adamczyk

O twórczości Małgorzaty Gutkowskiej-Adamczyk słyszałam wiele, widziałam wiele recenzji, słyszałam liczne zachwyty. Jakoś do tej pory nie sięgnęłam po słynną Cukiernię... ale za to po trafiła w moje ręce Mariola, moje krople...

Tytuł i opis na okładce sugerował arcywesołą i zabawną powieść i na to właśnie się nastawiłam. No i cóż, muszę przyznać, że nie podzielam entuzjazmu czytelników.

Cóż mogę napisać o tej powieści, która właściwie konkretnej fabuły nie ma? Chyba, że można osią akcji nazwać przygotowania do premiery spektaklu, ale to zdecydowanie za mało. Bo sam cel to jedno, a znacznie ważniejsze jest to, jakimi środkami osiągnięty i co po drodze się działo.

Akcja rozgrywa się w teatrze. Dyrekcja, administracja, aktorzy, krawiec, mechanik, kucharka wszyscy są tu bohaterami i wszyscy mają do zagrania jakieś role. Nie tylko te na scenie ale również w życiu, każdego dnia, tym bardziej gdy w teatrze tak wiele się dzieje. I to często absurdalnych i niedorzecznych rzeczy. Nad wszystkim pieczę sprawuję dyrektor Jan Zbytek, który próbuje zapanować nad wesołą gawiedzią, która to pędzi bimber, hoduje świnkę Małgosię, czynnie udziela się w opozycji, drukuje ulotki, ukrywa nielegalny sprzęt. Jego decyzje, chęć przypodobania się pierwszemu sekretarzowi – Martelowi, oraz wszystkim wokoło doprowadzają często do nieporozumień, pomyłek, absurdalno-zabawnych wydarzeń. On  po prostu ściąga na swój teatr pecha. Nie brakuje permanentnej kontroli władz socjalistycznych oraz typowej peerelowskiej rzeczywistości.

Dużym plusem tej powieści miał być błyskotliwy humor i jest w dużej mierze. Jednak nie powiem, bym się zaśmiewała do rozpuku. Dialogi (powieść składa się z samych dialogów, nie ma tu żadnych opisów) to zlepek przeróżnych żartów, kabaretów. Język jest lekki, zaczepny, bez ozdobników. Siła dowcipu tkwi również w specyfice czasów PRL-u, które to autorka doskonale i dość wiernie oddała, ukazując ją w prawdziwie krzywym zwierciadle. Jest ten specyficzny surrealizm, absurd, ironia komedia omyłek

Życie jest teatrem a teatr życiem.  Tak bym opisała tę powieść. Tutaj jednak samego teatru było za wiele:

Za dużo postaci, niektórych po prostu się nie zapamiętuje i ich imiona tylko potem mi przemykały podczas czytania, najwidoczniej nie mieli jakiejś szczególnej roli w tej powieści. (co nie zmienia faktu, że bohaterowie tacy jak Martel – zresztą mój faworyt, Paulina, Mariola, Zbytek czy Szymon są ciekawie przedstawieni). Za dużo zamieszania, które miało być komiczne. Jedna scenka ciągnęła za sobą następną, pomieszanie z poplątaniem, ogromny misz-masz.

Duże tempo, duża dynamika, wciąż dzieje się coś nowego, wybucha nowa afera, bohaterowie wzajemnie się nakręcają i panikują. Autorka płynnie przechodzi z jednego zamieszania w kolejne. Z każdą stroną coraz więcej jest pomyłek, nieporozumień, problemów. Aż w pewnym momencie, powiedziałam sobie: wystarczy, zmęczyłam się, trochę wieje nudą.

O wiele bardziej śmieszyło by mnie to wszystko, oglądane na deskach teatru. Ta powieść to idealny scenariusz, gotowy i wręcz doskonały.

Uznanie ze ideologiczne streszczenie Ślubów Panieńskich, scenę potajemnego, przypadkowego spotkania kilku osób w pokoju Biegalskiego oraz argumentację kontrolerów NIK-u.


Mariola, moje krople…, s. 288, Wydawnictwo Świat Książki, 2011

środa, 20 lipca 2011
Krakowska żałoba - Monika Piątkowska

Czuję się jakbym właśnie wróciła z Krakowa, chodziła za bohaterami po wszystkich opisywanych miejscach, czuła zapach i smród krakowskich spelun, bimbrowni, czynszówek, napatrzyła się na nędzarzy, kokoty, robotników, szulerów i paserów.  A do tego czuję radość, że dane mi było poznać tak nietuzinkową i ciekawą personę jak Maurycy Opiłka.

Ale po kolei. Maurycy Opiłka wraz z żoną Urszulą to główni bohaterowie powieści. Maurycy przybywa do Krakowa, by uciec przed przeszłością, odnaleźć prawdziwego ojca, oraz by zmienić swój żywot wieśniaka i stać się pełnoprawnym i szanowanym obywatelem miasta Krakowa. Podejmuję pracę w salonie fryzjerskim, chcąc mieć w ręku fach, który pozwoli mu osiągnąć pozycję w społeczeństwie. Wkrótce poznaje Jahulca – szarą eminencję, znanego lidera krakowskiego półświatka, szulera i pasera. Jego życie się zmienia. Powoli buduje sobie w tym świecie swoją, zupełnie nową pozycję. Zyskuje szacunek i rozgłos, pomagając ubogim i pokrzywdzonym, prowadzi przeróżne ciemne interesy i wkrótce staje się właścicielem salonu fryzjerskiego, dandysem, człowiekiem obytym.

Na bohaterów spoglądamy w różnych momentach ich życia. We współczesności, czyli w latach 70-tych Maurycy właśnie umiera, a Urszula poprzysięga mu zemstę. Za co? Nie zdradzę! Potem w retrospekcji poznajemy dzieciństwo i młodzieńcze losy tej dziwnej pary jak również mamy oczywiście historię ich dorosłego życia i małżeństwa.

Wątków jest tu wiele ale wszystkie kręcą się wokoło Maurycego i historii jego rodziny. Nie ma akcji, w tym standardowym znaczeniu, ale jest tu zupełnie zbędna. Skupić się przede wszystkim trzeba na opisie losów ludzi, a przede wszystkim na oddaniu charakteru Maurycego i jemu bliskich, a tutaj efekt jest doskonały. Powieść jest pełna szczegółów, wielobarwna, tętni życiem. Bardzo pieczołowicie oddane tło obyczajowe, historyczne i społeczne dodaje powieści uroku i realizmu. Autorka bardzo wnikliwie zgłębiła tematykę i doskonale wiedziała, jak wyglądało życie w tamtych czasach. To tak, jakby słuchać fascynującej historii opowiadanej przez babcię czy dziadka. Historii zawsze barwnej i oryginalnej, a do tego prawdziwej.

Cała powieść utrzymana jest w klimacie dawnym, użyję nawet słowa: retro. Stylizowana na dawne czasy zarówno jeśli chodzi o formę jak i treść. Nie ma tu jednak nic przesadzonego, jest zbalansowana wiedza o obyczajach i mentalności w Polsce XX wieku.

Nie mogę nie wspomnieć o języku, jakim posługuje się Piątkowska. Czytanie tej powieści to podróż przez dawną Polskę, z wszystkimi „ą i ę”, z grami słownymi, przepiękną i wielobarwną polszczyzną – nie stroniącą również od wulgaryzmów.  Z dystansem, niezwykłym humorem i ironią autorka opowiada nam o świecie sprzed wielu lat, pozwala czytelnikowi się bawić przy lekturze, a jednocześnie skłania do refleksji nad ludzkim życiem, jego zwyczajnością, rutynowością, grą pozorów, kompleksami i istotą partnerstwa.

W powieści prawnie wcale nie ma dialogów, wszystko pisane ciągłym tekstem, to może trochę zmęczyć ale autorka skutecznie zabawia czytelnika, dba o urozmaicenie i nie daje się znudzić.


Krakowska żałoba, s. 432, Wydawnictwo WAB, 2009 

Monika Piątkowska na moim blogu:

http://miedzystronami.blox.pl/2011/04/Nikczemne-historie-Monika-Piatkowska.html

wtorek, 19 lipca 2011
Wolałbym żyć - Thierry Cohen

Wciąż nie mogę dojść do siebie po przeczytaniu tej niewielkiej objętościowo powieści. Przeczytałam ją minionej nocy, a potem długo nie mogłam zasnąć wciąż rozmyślając. 

Zrobiła na mnie ogromne wrażenie, nie można przerwać dopóki nie przekręci się ostatniej strony.

Co tu o niej powiedzieć, by nie zdradzić za wiele? Jeremiasz jest nieszczęśliwym dwudziestolatkiem, który po odrzuceniu przez Wiktorię – miłość jego życia - postanawia popełnić samobójstwo – w dzień swoich urodzin. I robi to, popijając tabletki dużą ilością whisky, zasypia, a potem budzi się… i tu się zaczynają dziać niesamowite rzeczy. Sam bohater nie wie, co się dzieje, tak jak i czytelnik, który momentami nie może nadziwić się dziejącym wydarzeniom ale jednocześnie nie może się doczekać tego, co będzie dalej.

Powstawały w moich myślach przeróżne wizje i scenariusze, ale za każdym razem i tak byłam zaskakiwana przez autora. Nie dało się przewidzieć biegu wydarzeń, za każdym razem pozytywna niespodzianka. Aż do samego zakończenia, pełnego emocji. Tych zresztą nie brakuje w całej powieści.

Bohaterowie mają jasno wyznaczone role, świetnie ze sobą współdziałają. Jeremiasz jest prawdziwy, zwyczajny i wielu takich na pewno można by znaleźć w naszym otoczeniu.

Powieść doskonale skomponowana, opracowana do perfekcji nawet na chwilę nie nudzi, nie zwalnia akcji, nie daje odpocząć wciągając w coraz to nowe niesamowite i ekscytujące wydarzenia. Autor bardzo plastycznie i realistycznie opisuje fabułę, wszystko ze sobą dobrze współgra, jest idealnie połączone, nie ma żadnych zgrzytów. 

Co by się działo gdyby można było spojrzeć na swoje życie z przyszłości, z perspektywy starego człowieka? Gdyby poznać swoje losy już po fakcie? Jak się czuje człowiek okradziony całkowicie ze swojego własnego życia?

Ta powieść nie poucza, nie moralizuje, wnioski po prostu nasuwają się same. Jak łatwo można wszystko zniszczyć, skrzywdzić siebie i innych. Czy gdybyśmy mogli cofnęlibyśmy swoje decyzje? Co byśmy zrobili? Jedno jest pewne, trzeba obudzić się w końcu z marazmu, trzeba się zastanowić co jest dla nas najważniejsze i do tego dążyć. Jeśli w naszym życiu konieczne są zmiany, trzeba je wprowadzić. Trzeba też mieć świadomość konsekwencji podejmowanych przez nas decyzji.

O wielkiej woli życia, o sensie życia, o wartościach, dla których warto żyć, o rodzinie i jej potędze. Wreszcie, o miłości, w imię której można naprawdę wiele, nawet za cenę swojego życia.

Jeśli masz dość wszystkiego, czegoś w życiu żałujesz albo chciałbyś, by Twoje życie wyglądało inaczej…  sięgnij po tę powieść.

Wolałbym żyć trafia, bez żadnej wątpliwości, na półkę moich ulubionych książek. Na pewno jeszcze do niej wrócę!


Wolałbym żyć / J’aurais préféré vivre, przeł. Wiktor Dłuski, s. 190, Wydawnictwo Świat Książki, 2008

poniedziałek, 18 lipca 2011
Trzy połówki jabłka - Antonina Kozłowska

To ostatnia książka w dorobku Kozłowskiej, po którą sięgam, zaś w kolejności był to jej debiut. Nie zawiodłam się. To świetna powieść o prawdziwym życiu, o trudnych decyzjach, o wyborach, których się żałuje. A wszystkie te wybory i decyzje dotyczą miłości oczywiście.

Teresa ma wszystko. Męża Krzysztofa, dwoje dzieci, pracę. Co prawda, w jej małżeństwie, coś jakby się wypaliło, brak już dawnej czułości ale Teresa zakłada, że tak musi być. Jednak gdy na jej drodze staje Marcin – dawna młodzieńcza miłość, którą porzuciła właśnie dla Krzysztofa, jej świat staje na głowie. Teresa i Marcin nie tworzyli w przeszłości normalnego związku. Będąc już z Krzysztofem, Teresa spotykała się z Marcinem i to on był jej wielką miłością. To ten mężczyzna do tej pory zajmuje miejsce w jej sercu, a ona w jego. Każde z nich jednak ma już ułożone życie. Marcina żona - Paula właśnie spodziewa się dziecka. Czy w obliczu takiej sytuacji można jeszcze raz ulec słabości i poddać się emocjom, pożądaniu i namiętności? Teresa musi się zastanowić czy warto postawić na szali swoje dotychczasowe życie, 10 lat z mężem, dzieci… dla Marcina, dla tego, którego kochała i kocha? Zadaje więc sobie pytanie: co by było gdyby wybrała inaczej? Jak dziś wyglądałoby jej życie. Czy uda jej się zakończyć coś, czego nie dało się zamknąć przez 10 lat? Czy tęsknota za czymś, czego nie miało się odwagi zrobić w młodości wystarczy teraz, w dorosłym życiu, by nabrać odwagi i postąpić krok naprzód?

Bohaterka jest egoistką. Irytowała i drażniła swoim zachowaniem. Zarówno w młodości jak i jako dorosła kobieta nie wie czego chce. Jest nieokreślona i niezdecydowana. Do tego nie traktuje poważnie innych, nie liczy się z uczuciami mężczyzn, pogrywa z nimi, okłamuje i rani, do tego robi to świadomie i z wyrachowaniem.

Uznanie dla autorki za stworzenie tak kontrowersyjnej postaci. Życie Teresy jest doskonałym przykładem tego, do czego może doprowadzić zaniedbanie, brak szczerej rozmowy i zamknięcie się w sobie. Jak również ukazuje prawdę o tym, że nie da się odciąć od przeszłości bez wcześniejszego rozliczenia z nią.

Powieść jest skomponowana tak, by prezentować jednocześnie to, co było kiedyś, młodzieńcze lata bohaterów i to, co teraz  - jak potoczyło się ich życie. Rozdziały „Dawniej” doskonale wprowadzają nas w świat bohaterów, dają wiedzę o tym, co zdecydowało o takim a nie innym wyborze. Ukazują, jakimi ludźmi bohaterowie byli kiedyś, by potem porównać ich z tymi, którymi się stali.

Ta książka skłania do zadumy nad tym, co w życiu najważniejsze. Trzeba cenić to, co mamy w życiu, bo różnie w nim może się układać, a na los człowieka mogą wpływać rzeczy nawet bardzo błahe. Trzeba czasem się wykazać wielką odwagą i podjąć trudną decyzję, bo potem można tego żałować do końca życia. Decyzje trzeba podejmować świadomie i przy wyborze kierować się tym, co w życiu ważne. No i na odwieczne pytanie: co by było gdyby, gdyby się kiedyś podjęło taką a nie inną decyzję - czytelnik nie dostaje odpowiedzi. Bohaterka już tego nie sprawdzi, tak jak i każdy z nas

Cenię Kozłowską za jej otwartość, realizm, za jej prawdziwy świat, i rzeczywistych bohaterów z ich problemami, smutkami, radościami i marzeniami. Autorka nie upiększa, nie koloryzuje, jest do bólu szczera i w tym jednocześnie bezpretensjonalna. Bohaterowie nie są idealni, wręcz przeciwnie, daleko im do ideałów, popełniają błędy, zmagają się z rzeczywistością, wywołują przeróżne emocje, często też te negatywne. Świat w tej powieści ( we wszystkich powieściach Kozłowskiej) to ten sam, w którym my żyjemy, dlatego możemy w nim odnaleźć cząstkę siebie, w bohaterach możemy znaleźć swoje dylematy, możemy spojrzeć na siebie z dystansem, zastanowić się i zadać sobie te ważne pytania.

Traktując o rzeczach trudnych, uwierających i wywołujących ból Kozłowska jest niezwykle bliska czytelnikowi.


Trzy połówki jabłka, s. 272, Wydawnictwo Otwarte, 2007

Antonina Kozłowska na moim blogu:

http://miedzystronami.blox.pl/2010/10/Czerwony-rower-Antonina-Kozlowska.html

http://miedzystronami.blox.pl/2011/04/Kukulka-Antonina-Kozlowska.html



sobota, 16 lipca 2011
Długi wrześniowy weekend - Joyce Maynard

Długi wrześniowy weekend zachęcał mnie wielokrotnie okładką. W końcu się skusiłam i teraz nie wiem czy nie zrozumiałam tej powieści czy do mnie nie trafiła, czy naprawdę jest zbyt banalna, kiczowata i bez wyrazu.

Mam mieszane uczucia do granic możliwości.

Główną osią fabuły jest Święto Pracy w USA, które (tworząc długi weekend) staje się przełomowym momentem w życiu Adele i jej syna Henry’ego. Adele wychowuje go samotnie, po tym jak mąż odszedł od nich. Ich życie jest przesiąknięte samotnością, wyobcowaniem i niezrozumieniem przez innych.

Pewnego dnia wybierają się na zakupy do marketu, gdzie do Henry’ego podchodzi zakrwawiony mężczyzna prosząc o pomoc. Bez wahania i podejrzeń ofiarowują mu pomoc, zabierają do domu. A jako, że z nikim nie utrzymują kontaktów i mieszkają na końcu miasteczka, nie narażą się na ciekawskie spojrzenia i pytania innych. Gdy okazuje się, że Frank jest zbiegłym więźniem oskarżonym o morderstwo nic w zachowaniu Adele i jej syna się nie zmienia. Przeciwnie, wzrasta zainteresowanie i chęć poznania tego nieznajomego. Jako, że rozpoczyna się długi weekend, miasto zamiera, nowi znajomi mogą spędzić ze sobą w spokoju te kilka dni.

I sam ten fakt jest dla mnie tak absurdalny, przeszkadzał mi i drażnił tak bardzo, że nie mogłam skupić się na uczuciach, emocjach, o których wiele się w tej powieści mówi. Bo oczywiście przyjmowanie pod swój dach całkowicie obcego zakrwawionego człowieka, do tego więźnia nie jest niczym dziwnym prawda? Może powinnam uznać to za metaforę, nie brać tego tak dosłownie…

Ja wiem, że miało to na celu ukazanie jak bardzo samotną, spragnioną dotyku i męskiej atencji kobietą jest Adele. Bo w jego obecności kobieta odżywa, przypomina sobie, że w ogóle jest kobietą, że może się podobać, że może się znowu śmiać i czuć szczęśliwa. Robi plany na przyszłość, jej świat nabiera barw, a życie sensu.

Wiem, że to miało pokazać jak bardzo brakuje Henry’emu prawdziwego ojca, który poświęcił by mu czas, nie ignorując i nie zakładając z góry, że ten nie ma talentu do sportu gdy nie wyjdzie mu jakieś podanie w baseballu. Chłopiec do tej pory był tylko samotnikiem żyjącym z matką, bez przyjaciół i kolegów.

Ale mimo wszystko nie mogłam się przekonać. A jak jeszcze miedzy Adele i Frankiem, chwilę po tym jak się poznali, zaczyna się nawiązywać jakaś niezwykle intymna więź, a dwa dni później nawet dochodzi do oświadczyn, już nie mogłam po prostu. Skończyłam tę powieść tylko z chęci poznania zakończenia, wierząc, że będzie jednak oryginalne i ujmujące.

Być może zdarzają się takie sytuacje, kiedy w tak ekstremalnych sytuacjach ludzie mogą się w sobie zakochać i poczuć to „coś”. Ale tutaj ocierało się to o kicz, w dodatku opisane było przez trzynastolatka, który to jest narratorem. Więc dziecinny, prosty język, dziecinne i niewinne rozumowanie i pojmowanie świata dodatkowo dodawało całości śmieszności choć miało chyba być zorientowane na wywołanie w czytelniku mocniejszych uczuć i wzruszeń.

W powieści wiele miejsca poświęca się relacjom damsko – męskim, problemom i rodzinnym dramatom, w postaci aborcji, czy utraty dziecka. Wiele się mówi o relacji rodziców czy ogólnie dorosłych z dziećmi. O tym, jak ważna dla dziecka, w każdym wieku, jest pełna rodzina i jak na jego psychice może się odbić rozbity związek jego rodziców. Bo wtedy dziecko najbardziej potrzebuje zrozumienia, akceptacji i miłości a często nie potrafi okazać tego, co czuje, ukrywa swój ból i cierpienie.

O miłości, na którą można czekać, choćby dwadzieścia lat, o nadziei, o burzliwej i trudnej przeszłości, na której trzeba od nowa tworzyć swoje życie.

Mnie jednak Joyce Maynard nie przekonała.


Długi wrześniowy weekend / Labor Day, przeł. Krzysztof Uliszewski, s. 270, Wydawnictwo Videograf II, 2010

czwartek, 14 lipca 2011
Droga do przebaczenia - John Burnham Schwartz

Nikt nie jest chyba w stanie zrozumieć, co czują rodzice po śmierci swojego dziecka. Tym bardziej jeśli zginęło tragicznie, potrącone przez pędzący samochód, a sprawca ucieka z miejsca wypadku. Targają nimi przeróżne uczucia, od nienawiści i złości przez niedowierzanie, rozpacz, ból, cierpienie do całkowitej bezradności i bezsilności, bo przydarzyła się wielka tragedia a świat nie przestał istnieć, ziemia wciąż się kręci…

Ethan i Grace Learner tracą syna Josha. Ich rodzina wracając do domu zatrzymuje się na stacji benzynowej a mały Josh stoi zbyt blisko drogi. W tym samym czasie Dwight Arno wraz ze swoim synem Samem wraca z meczu gwiazd baseballu do domu byłej żony. Nie wyhamował na zakręcie. Przerażony i pełen sprzecznych uczuć ucieka.

Dwóch mężczyzn, wielka tragedia. Jeden z nich chce za wszelką cenę odnaleźć sprawcę, drugi obojętnie i bezsilnie nie ukrywa się ale też nie ujawnia, nie mogąc poradzić sobie z bieżącymi problemami i nie mogąc uładzić swoich relacji z synkiem: "(...) sam fakt, że cię nie złapali, nie znaczy jeszcze, że jesteś wolny."

Ethan w pewnym sensie poszukuje mordercy swojego syna ale przez większą cześć powieści tkwi w rozpaczy i tylko przypadkiem ostatecznie składa do siebie elementy układanki i wyciąga wnioski.

Największą zaletą i głównym aspektem, na którym skupia się autor są opisy przeżyć wewnętrznych, głębokie studium psychologiczne bohaterów. W każdym rozdziale narracja prowadzona jest z perspektywy kogo innego. Przy czym dwaj mężczyźni mówią o sobie sami, narracja jest pierwszoosobowa, zaś w przypadku Grace głos przejmuje narrator, dając tym samym odczuć jeszcze bardziej rozpacz i tragedię, jakich doświadcza Grace. Prowadząc nas przez skomplikowane przemyślenia i wspomnienia bohaterów, autor pozwala nam wniknąć głęboko w ich psychikę, pozwala namacalnie wręcz odczuć to, co wypełnia ich serca.  

Idąc tokiem myślenia wszystkich bohaterów przybliżamy się powoli do rozwiązania sytuacji, jednocześnie trwając w specyficznie budowanym napięciu, napięciu oddziałującym mocno na psychikę czytelnika i jego emocje. Akcja nie zwalnia, wiele się dzieje i wszystkie małe kroczki powoli prowadzą do jednego celu – do prawdy. Ale prawda to nie wszystko, w tej sytuacji każde z rozwiązań, mających w jakiś sposób oddać sprawiedliwość, jest niedobre. Każde przyniesie nieszczęście i smutek. A najgorsze już jeśli w skutek tego będzie musiało ucierpieć kolejne dziecko.

Z tej powieści płynie jasne i klarowne przesłanie, by doceniać, kochać to, co się ma. By dbać o to, nie pozwolić sobie na żal, że czegoś się nie zrobiło lub, że postąpiło się źle. Życie w każdej chwili może przybrać niespodziewany obrót. Ktoś może w jednej chwili, przypadkiem lub nie zniszczyć, to co mamy, co stanowi istotę naszego życia. Czy każdemu się wtedy uda znaleźć siłę do przebaczenia?

* Zastanawia mnie tłumaczenie tytułu. Czasem naprawdę warto pozostawić go niezmienionym. 

"Człowiek nie zdaje sobie sprawy, jaką kotwicą potrafi być nadzieja, do czasu ,kiedy jej zabraknie i zostaje wypatroszony, jakby bez wnętrzności, bez ciężaru, który utrzymałby go na ziemi. Pusty w środku zaczyna odlatywać, dryfować w powietrzu, Umysł, nie zwracając się o pomoc do innych, bez balastu, skupia się na sobie, odnajdując najczarniejsze pokłady osoby, którą we własnym mniemaniu jesteś. Nic nie wygląda już tak jak kiedyś. Egzystencja jako jedna, długa halucynacja, codzienna układanka – do której, jak w sennym krajobrazie masochisty, każdy przedmiot, widok, dźwięk początkowo wydaje się rozwiązaniem, tym brakującym kawałkiem, ale ostatecznie okazuje się zupełnie bez znaczenia."


Droga do przebaczenia / Reservation Road, przeł. Joanna Przybyła Piątek, s. 312, Wydawnictwo Sonia Draga, 2008

wtorek, 12 lipca 2011
Jak Matka Boska trafiła na księżyc - Ralf Bauerdick

Ogromne uznanie dla Rolfa Bauerdicka za ten debiut. Fantastyczna powieść. Przyciągnęła mnie już samym tytułem, dziwacznym i intrygującym zarazem, jak również okładką, dość mocno kontrastującą z tytułem. Od pierwszej strony wciąga i nie pozwala się oderwać.

Akcja powieści rozgrywa się w małej górskiej rumuńskiej wiosce o wdzięcznej nazwie Baia Luna. To wioska zapomniana przez wszystkich, nie docierają tam informacje, a jeśli już to z ogromnym opóźnieniem. Zamieszkujący ją Rumuni, Cyganie, Węgrzy i Niemcy żyją jednak wydarzeniami światowymi ale również swoim wiejskim, prostym życiem, pełnym regionalnych obyczajów, zabobonów, przesądów, religii. A już na pewno żyją swoją wielką miłością i przywiązaniem do Matki Boskiej, wokół której cała akcja się toczy.

Przedstawione wydarzenia często nie tyle ocierają się o absurd, co są w nim głęboko zakorzenione. Czasem naprawdę trudno uwierzyć w to, w co wierzą bohaterowie ale mimo wszystko wciągają nas w te swoje przedziwne teorie, pełne niedorzeczności i bujnej wyobraźni, a jednak po trosze również prawdziwe i ukazujące ich prawdziwy charakter.

A główni bohaterowie to Cygan Dymitr i Ilja Botew – właściciel miejscowego szynku i sklepu w jednym – którzy to postanawiają odnaleźć Matkę Boską. Zakładają, sugerując się Pismem świętym, iż została wzięta do nieba. Wszystko ma swój początek w dniu, gdy Związek Radziecki wysyła w kosmos swój pierwszy sputnik z psem Łajką na pokładzie. To moment, kiedy cały świat wstrzymuje oddech nie tylko ze względu na wielkość tego wydarzenia ale przez fakt, że po tym dniu nic już nie będzie takie samo. W życie mieszkańców Baia Luny wkracza zbrodnia, polityka, historia, znika spokój i beztroska. Ilja i Dymitr bardzo żywo interesują się planami podboju księżyca przez, konkurujących ze sobą w tej materii, Związek Radziecki i USA. Doszukują się wielkiego spisku i opracowują swój plan mający zaprzepaścić projekt Rosjan, którzy wg nich chcą udowodnić, że Matki Boskiej na księżycu nie ma, a co za tym idzie Bóg nie istnieje. Brzmi nieziemsko? I takie właśnie jest!

Całość relacjonuje nam wnuk Ilji Botewa, Paweł, który to w roku 1957 ma lat 15 i dopiero wchodzi powoli w dorosłe życie i nie do końca rozumie sytuacje, w jakiej się znajduje, nie wie, czego się od niego wymaga. Nauczycielka, prosi go by zniszczył człowieka, który właśnie został sekretarzem i dalej pnie się po szczeblach władzy i kariery. W tabernakulum w kościele ktoś inny gasi światełko, które nie tylko symbolicznie wprowadza wioskę w czasy mroku i tajemnicy.

To proza niezwykła, porównanie do Marqueza nie jest ani trochę przypadkowe. Jest dużo humoru, groteski i absurdu, mroku i grozy ale również melancholii i pozytywnych emocji. Miesza się ze sobą powaga i humor, absurd z realnością.

Ciekawie też autor połączył tematykę: jest religia, historia, miłość, przyjaźń, zbrodnia, intryga kryminalna, i dużo polityki. Ale polityki tak umiejętnie wplecionej w historię oraz w bieżące losy bohaterów, że aż z przyjemnością podziwia się niezwykły kunszt pisarza i talent do scalenia często tak trudno współgrających elementów. Wszystko podane przystępnie i ciekawie.

Można się śmiać, można się wzruszyć, współczuć, można podziwiać bohaterów, można się z nich nabijać i wymyślać im od wariatów. Można zapomnieć się, odlecieć na księżyc…

Polecam gorąco!


Jak Matka Boska trafiła na księżyc / Wie die Madonna auf den Mond kam, przeł. Ryszard Wojnarowski, s. 536, Wydawnictwo Literackie, 2011

 
1 , 2
Teraz czytam
A zaraz potem KONKURS ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~~~~~~~~~~~~~~~~ ~ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Spis moli
~~~~~~~~~~~~~~~~~