Odkrywamy tajemnice, odkrywamy sens i znaczenia, odkrywamy samych siebie, odkrywamy świat na nowo, świat zaklęty między słowami...
niedziela, 29 kwietnia 2012
Ostatni mieszkaniec - Aravind Adiga

Aravind Adiga serwuje nam obraz wielkiego miasta: to Bombaj ze wszystkim, co ma do zaoferowania: brudem, slumsami, problemami mieszkańców, biedą, korupcją etc.

Osiedle Vishram, położone w ścisłym sąsiedztwie slumsów, staje na celowniku bogatego dewelopera Dharmena Shaha.. Chce na jego miejscu zbudować ekskluzywny apartamentowiec i dlatego, chcąc dokonać rozbiórki, oferuje mieszkańcom ogromne sumy pieniędzy za ich mieszkania. W takim mieście społeczność skupia się silnie wokół swojej dzielnicy, osiedla, bloku. Opisany mikroświat bombajskiego osiedla do złudzenia przypominał mi ten ukazany na Alternatywy 4. Przeróżne charaktery, typy ludzkie, tworzą nietuzinkowy konglomerat ludzi w różnym wieku, różnego pochodzenia. Wszyscy wszystkich znają i wiedzą o nich wszystko, a czego nie wiedzą dosłyszą przez cienkie ściany. Zaprzyjaźnieni, życzliwi sobie, pomocni, lojalni i uczciwi. Czy naprawdę? Czy jest coś co może poróżnić członków tej spółdzielni?

Kiedy członkom tej hinduskiej społeczności zostanie złożona ta intratna propozycja, reakcje na nią będą różne. Większość się zgodzi, planując już w myślach nowe  mieszkania, spełnianie marzeń etc. Ci najbardziej oporni zostaną przez masę lub samego dewelopera przekonani / przekupieni. Poza jednym. Emerytowany nauczyciel Masterji uparcie odmawia. To mieszkanie to całe jego życie, to jego wspomnienia po nieżyjącej żonie i córce. Dziewiętnastoletnia córka została brutalnie wypchnięta z pociągu, żona zmarła przed rokiem na raka trzustki. Bohater chce zachować swoją wolność, którą w tym wypadku jest dla niego mieszkanie, azyl, schronienie, świątynia wspomnień. I mimo, iż jest on z góry skazany na porażkę – z tą wielką zdeterminowaną tłuszczą sąsiadów nie ma szans- ciekawie jest obserwować jego zmagania, jego walkę o wolność i normalność, jego relacje z sąsiadami, które nagle z przyjacielskich zmieniają się we wrogie. Z osoby szanowanej i cenionej staje się znienawidzonym i upartym obcym, który nie chce pomyśleć o dobru innych ludzi, współlokatorów w Vishramie.

Doskonale Adiga ukazuje jak zmieniają się stosunki między mieszkańcami. Jak chciwość i żądza pieniądza zmieniają człowieka, budzą najgorsze instynkty. Choć wiemy co mają na celu działania sąsiadów, zaskakują wciąż swoimi pomysłami i sposobami na pozbycie się nielojalnego współlokatora. Posuwając się nawet do namówienia syna Masterjiego do zerwania kontaktów z ojcem.

Dla mnie Masterji – choć osoba niejednoznaczna w kontekście swoich relacji z członkami rodziny – uosabiał walczącego o to, co kocha, co mu jest potrzebne. Jest reprezentantem tej mniejszości, która potrafi odmówić, wyzbyć się służalczości i poddaństwa, zrezygnować z wielkich pieniędzy i splendoru. Ma silną wolę, ma upór, w przeciwieństwie do pozostałych mieszkańców, którym cyferki, jakie mają pojawić się na ich kontach, zupełnie przesłoniły świat. Dając sobą manipulować i zarządzać, wierzą, że osiągną swój cel = duże pieniądze = spełnione marzenia.

Autor jest konkretny w opisie tej społeczności, wydaje się rzetelny i obeznany z tematyką. To dziennikarz, który wiernie oddaje zaobserwowaną przez siebie rzeczywistość. Rzeczywistość pełną mroku, okrutną, pozbawioną skrupułów, w której ludzie nie liczą się z innymi, są zdominowani przez silniejszych i im się wiernie podporządkowują. Co jest uderzające to fakt, że tacy ludzie mogą istnieć w każdym zakątku świata. Taka społeczność jest nad wyraz uniwersalna i na tyle prawdziwa w swoim sposobie bycia, że aż wielce prawdopodobna.

Podobnie jak pierwsza powieść tego autora Biały tygrys, tak i Ostatni mieszkaniec to dobra proza. Reporterska szczegółowość, sugestywny język, ciekawe ujęcie tematu wraz z jego uniwersalizmem sprawiają, że powieści te czyta się jak powieści obyczajowe, kryminały, z intrygą i napięciem. Prawdziwe oblicze indyjskiej rzeczywistości robi wrażenie.


Ostatni mieszkaniec / Last man in Tower, przeł. Ludwik Stawowy, s. 488, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2011

Aravind Adiga na moim blogu:

 http://miedzystronami.blox.pl/2010/11/Bialy-Tygrsy-Aravind-Adiga.html

niedziela, 22 kwietnia 2012
Więzień nieba - Carlo Ruiz Zafón

Nie wiem dlaczego ale nie spodziewałam się, że powstanie kontynuacja słynnego Cienia wiatru. Tamta powieść była dla mnie idealna, zakończona, pełna. A tu proszę. Czy już z założenia Więzień nieba nie jest skazany na porażkę w pojedynku? Nie uniknie wszak porównań z częścią pierwszą, a tej nie sposób dorównać. Ale nie przesądzajcie, tylko sięgnijcie po nowe losy Daniela Semprere i Fermina Romero de Torresa.

Wracamy do Barcelony, jest rok 1957. Daniel prowadzi spokojne życie u boku swej idealnej żony Bei, wychowują małego Juliana. Do ożenku szykuje się właśnie Fermin, który wpadł w sidła kochanej Bernardy. Księgarnia nie prosperuje najlepiej, trudno tu mówić o biznesie, bardziej o pasji i hobby, a to na rachunki nie starcza. Szara rzeczywistość jednak ma w zanadrzu więcej niespodzianek. Otóż Daniel musi zmierzyć się z przeszłością swojego przyjaciela. Fermin, zawsze milczący i tajemniczy, nigdy nie zdradził wiele ze swojej przeszłości. Tym razem trapiony brakiem własnej tożsamości, niezbędnej do wstąpienia w związek małżeński, dzieli się z Danielem swoimi rozterkami, a tym samym otwiera wrota do mrocznej przeszłości, kiedy jako więzień trafił do zamku na górze Montjuic. Tam przyszło mu poznać Davida Martina, kontrowersyjnego pisarza, uznanego za niepoczytalnego i niezrównoważonego, a jednak człowieka myślącego i sprytnego. W tym miejscu nikt nie liczy się z drugim człowiekiem, a już na pewno nie naczelnik Maurice Valls, który zrobi wszystko, by stać się sławnym i bogatym kosztem swoich podopiecznych. Pobyt w tym więzieniu to walka o życie. Jaki związek może mieć Więzień Nieba, bo tak nazywany jest Martin, z Danielem?

Od pierwszych stron spodobał mi się styl pełen ironii, humoru, ciętych uwag, których autorem głównie był Fermin. To ten sam Zafon. Ale atmosfera już nie do końca ta. Historia opowiedziana przez Fermina jest dość dramatyczna ale nie robi wrażenia, nie jest już tak hipnotyzująca.  Czyta się doskonale, lekko i z zapartym tchem ale… no właśnie takie "ale" się pojawia i nie mogę tego do końca nazwać, określić. Poza tym w pierwszej części było więcej treści, więcej powagi i mroku, więcej rzeczy ważnych. I więcej o Cmentarzu Zapomnianych Książek. I ta mroczna, aczkolwiek piękna i urzekająca Barcelona… Wiem, chciałam nie porównywać ale to silniejsze.

Wiele nawiązań do Cienia wiatru rzecz jasna, ale również do Gry anioła, która to wychodzi spod pióra uwięzionego Martina. Jest też bardzo ważne i znaczące nawiązanie do Dumasa i Hrabiego Monte Christo. I tutaj niestety muszę powiedzieć „nie”. O ile nawiązanie do treści, wspomnienie w jakikolwiek sposób danej powieści jest w porządku to powtórzenie dokładnie tego samego motywu – bardzo charakterystycznego bo dotyczącego ucieczki z więzienia na zasadzie "po śmierci" – jest już według mnie przesadą. Pamiętam, że gdy czytałam Dumasa, te sceny zrobiły na mnie ogromne wrażenie, sam pomysł, a dodatkowo jego opis mnie zafascynowały. Tutaj to nie dziwiło, nie zaskakiwało.

Mam wrażenie, że Więzień nieba jest niedokończony. Zafón wprost ostatnim zdaniem mówi, że to dopiero początek historii, jednoznacznie sugeruje ciąg dalszy ale nawet mimo tego, nie dokończył wg mnie pewnych wątków, chociażby naczelnika i Martina. Do tego tak naprawdę Daniel nie mierzył się jeszcze z tymi demonami przeszłości. Mam wrażenie, że to dopiero przed nim, a tutaj problem został tylko zasygnalizowany.

Zafón, jako jeden z moich ulubionych pisarzy, serwuje nam przyjemną lekturę, moje odczucia są jak najbardziej pozytywne. Na pewno inaczej odbiorze się tę lekturę w oderwaniu od Cienia wiatru. Zachowana charakterystyczna klasyczna forma stylu, plastyczność i ta specyficzna świadomość stylu i języka. Jednak jakieś „ale” jest.

Nie mogę sobie odmówić:

"A wie pan co? Czasem sobie myślę, że Darwin jednak się mylił i w rzeczywistości człowiek pochodzi od owadów, bo w ośmiu przypadkach na dziesięć człekokształtne to zwykłe mendy gotowe na wszystko za byle gówno."


Więzień nieba / El prisonero del cielo, przeł. Katarzyna Okrasko, Carlos Merrodán Casas, s. 410, Wydawnictwo Muza, 2012

czwartek, 19 kwietnia 2012
Steve Jobs - Walter Isaacson

"Chciałem, żeby moje dzieci mnie znały - odparł. - Nie zawsze przy nich byłem i chciałem, żeby wiedziały dlaczego i zrozumiały, co robiłem. Poza tym, kiedy się rozchorowałem, zdałem sobie sprawę, że kiedy umrę, inni ludzie będą o mnie pisać, nic o mnie nie wiedząc. Wszystko by pokręcili. Dlatego chciałem się upewnić, że ktoś wysłucha tego, co mam do powiedzenia".

To właśnie tymi słowami kierował się Jobs prosząc osobiście Isaacsona o sporządzenie jego biografii. Ten wyjątkowo silnie strzegący swojej prywatności biznesman zgodził się na odsłonięcie prawdy o tym, jakim człowiekiem był.  A był fascynujący i nie mogłam krócej, naprawdę…

Nie chcę rozwodzić się nad historią kariery Jobsa i firmy Apple. Bo każdy może przeczytać w internecie, iż Jobs uwierzył i rozwinął potencjał firmy Xerox, wraz z Stevem Wozniakiem stworzył Apple. Po wielu burzach i niesnaskach wewnątrz firmy, opuścił ją w 1985, by stworzyć NEXT i silnie działać w firmie PIXAR. (Co prawda nie miałam pojęcia, iż Jobs miał duży udział w powstaniu takich filmów jak Toy Story, Dawno temu w trawie, Potwory i spółka czy Gdzie jest Nemo.) Powrócił do Apple w 1996, by przejąć stery i wypłynąć na zupełnie nieznane światu wody. Łącząc w sobie sprzęt, programy i system operacyjny, sztukę z technologią Apple stał się jedyną taką firmą na rynku.

A Sam Steve Jobs? Oświecony i okrutny. Bezkompromisowy, nie uznający zasad, humorzasty, potrafiący zadać ból, co gorsza czyniący to w pełni świadomie, w przekonaniu, że ma do tego prawo. Potrzebował absolutnej kontroli, chciał, by świat był dokładnie taki, jakim on chce go widzieć, naginał rzeczywistość do swoich potrzeb i swoich wizji, co miało zastosowanie przede wszystkim w jego pracy. (Ludzka wola może zniekształcać rzeczywistość ). Nie dopuszczał do siebie rzeczy, którymi nie chciał się zajmować, podobnie jak ludzi, którzy go nie interesowali, ignorował to, z czym nie potrafi się zmierzyć. Postrzegał świat na zasadzie bieli-czerni, dobra-zła.

Dyscypliny wymagał od siebie i od innych. Był surowy, zimny, arogancki, brutalny, opryskliwy i agresywny ale potrafił tym samym zmotywować ludzi do czegoś, co wydawało się niemożliwe i nieosiągalne. Dzięki niemu ludzie wykonywali znacznie lepszą pracę. "Steve nie ma cierpliwości do niczego poza doskonałością. Wymaga jej zarówno od siebie, jak i od innych". Dobierał ludzi tak, by pasowali do siebie i razem potrafili stworzyć coś wielkiego: inteligentnych, z pasją, gotowych często iść pod prąd.  Z małym aczkolwiek szczególnym zespołem potrafił stworzyć rzeczy wielkie. Wielu nie chciało z nim pracować, nie mogąc tolerować skłonności do awantur, jego poczucia wyjątkowości, a  jednak potrafił zbudować firmę, oddać jej serce i co najważniejsze za wszelką cenę bronić swojej racji. Choć nie zawsze używał do tego właściwych, kulturalnych i przyjemnych metod, to jednak zawsze przyświecał mu cel: dobro firmy, dobro produktu. Tworzył coś, co pozornie wydaje nam się niepotrzebne ale jednocześnie coś, co okazuje się niezbędne, gdy już nam trafi w ręce.

Nie dopuszczał żadnych ustępstw jeśli chodzi o jakość produktu, to ona była najważniejsza, z żadnej strony nie mogło być zaniedbania. Odrzucał to, co praktyczne i standardowe, idąc w przeciwnym kierunku. Metodą prób i błędów szedł naprzód, intuicyjnie wyczuwając potrzeby klienta. Jego pasja i siła osobowości sprawiały, że otwierało się przed nim wiele drzwi, a pozostałe wyważał swoją bezkompromisowością, obcesowością i agresją, nie uznając słowa "nie". Nastawiony przede wszystkim na produkt i jego jakość, dopiero potem na zysk. Akcentował to, iż produkt musiał być przystępny, by ludzie się go nie bali tak jak z założenia każdej nowości. Nie unikał też ryzyka bo to ważny aspekt i każda firma musi raz na jakiś czas postawić wszystko na "nowość", dać się ponieść możliwościom, jakie roztacza technologia. Niesamowicie troszczył się i dbał ( oczywiście poleceniami nie własnymi rękoma) o produkt, o każdy jego szczegół, biorące swoje źródło w założeniu, iż wygląd i styl produktu tworzą jego markę.

Żaden komputer – tylko Macintosh -nie odegrał tak wielkiej roli w kategorii komputerów osobistych, a produkty ipod, iPhone, iPad biły rekordy konsumenckie w momencie wchodzenia na rynek. Jobs zrewolucjonizował dziedzinę komputerów osobistych, animacji, tworzenie muzyki, telefony, komputery przenośne, system publikacji elektronicznej.

Wizjoner – to słowa, z którym chyba każdy spotkał się w odniesieniu do Steve’a Jobsa. Nie można mu odmówić kreatywności i uporu ale przede wszystkim niezwykłej intuicji - zawsze potrafił wyczuć moment i gdy tylko technologia dawała nowe możliwości on był gotowy je wykorzystać. Dla mnie wizjonerstwo tego geniusza Apple wynikało jednak w głównej mierze z jego charakteru i stylu bycia. Pomysłowość i nowatorstwo przy zachowaniu maxymalnej prostoty, minimalizm (mniej znaczy więcej a im prościej tym lepiej), charyzma, perfekcjonizm, którymi się kierował, wyobraźnia i ogromna pasja, obsesja na punkcie kontroli, to te cechy, które zaprowadziły jego i firmę Apple na sam szczyt.

Nie wiem jakiego Jobsa spodziewałam się poznać. Faktem jest, że jestem zaskoczona, bo poznałam kogoś, komu zdecydowanie daleko do ideału. Kogoś kto jednak potrafił swoje wady przekuć w sukces, kogoś, kogo wizja świata wyprzedzała zawsze czasy o krok.

Jeśli tylko Isaacson stworzy kolejną biografię na pewno po nią sięgnę. Wykazał się głębokim obiektywizmem, nie przekolorował,  powiem więcej, chyba bardziej nawet skupił się na oddaniu tej "ciemnej" strony Steve’a bo w swych wywiadach dotarł do wielu osób niekoniecznie dobrze go oceniających. Doskonale połączył życie z tworzeniem firmy i walką o sukces i zakończenie zbudował tak, jak trzeba, nie z typu, umarł dnia tego i tego etc.

Dużo szczegółów technicznych z dziedziny komputerów, telefonów, ekranów, materiałów potrzebnych do ich produkcji nie zniechęca, a tylko rozjaśnia i idealnie tłumaczy jak powstają te cuda, które każdego dnia trzymamy w dłoniach. Również na płaszczyźnie chronologii należy się uznanie autorowi. Po kolei, stawiając wydarzenia z życia prywatnego na pierwszym planie, umiejętnie je łączył z życiem Apple. Szeroki pogląd na środowisko komputerowe, wiele nazwisk, które wiele wniosły w rozwój tej dziedziny, wiedza, z zakresu techniki, muzyki, wszystko to można tu znaleźć.

Nie żałuję, że spośród wielu biografii Jobsa, wybrałam właśnie tę. Nie mogło być inaczej. Okładka hipnotyzuje.  

I jeszcze jedno…Musicie poznać Jobsa, człowieka, który odmienił świat. Nie trzeba się interesować komputerami. Warto!.

"Właśnie to zawsze starałem się robić - iść naprzód. W przeciwnym razie, jak mówi Dylan, jeśli nie poświęcasz czasu na rodzenie się, czas zajmuje ci umieranie."

"Pamięć o tym, że umrzesz, to najlepszy znany mi sposób na uniknięcie pułapki myślenia, że masz cokolwiek do stracenia."


Steve Jobs / Steve Jobs, przeł. Strąkow Michał, Bieliński Przemysław, s. 730, Wydawnictwo Insignis Media, 2011

piątek, 13 kwietnia 2012
Biała jak mleko, czerwona jak krew - Alessandro D

"Miłość nie istnieje po to, by dać nam szczęście, ale po to, byśmy mogli sprawdzić, jak silna jest nasza odporność na ból."

Patrząc na okładkę i czytając opis wydawało mi się, że akcja powieści będzie rozgrywać się w XIX wieku, na przykład na jakimś dworze. Ależ wielkie było moje zdziwienie gdy weszłam w świat Leo, głównego bohatera, gdzie królują ipody, skutery, jednym słowem współczesność.

Książka od pierwszych stron mnie zauroczyła, nie mogłam się oderwać. Prostota, a zarazem dojrzałość bijąca ze świata młodych ludzi, bohaterów powieści mnie zaintrygowała i oczarowała.

Leo to niezwykle ciekawy i nietuzinkowy szesnastolatek. Powieść ta jest jego pamiętnikiem, w którym opowiada nam o swoim życiu, swojej miłości i emocjach.

To pozornie zwyczajny nastolatek, słucha muzyki, gra w piłkę, bojkotuje naukę, buntuje się przeciw nauczycielom, jeśli ma na to ochotę. Ale jest jeszcze coś. Leo swój świat podzielił i postrzega go poprzez barwy: czerwień i biel. Wszystko:  wydarzenia, miejsca, zapachy zdominowane jest właśnie przez te dwa kolory, przy czym czerwień oznacza to, co dobre, miłość, radość, szczęście i marzenia zaś biel to zło, cierpienie, cisza. Te kolory są obecne w każdej myśli bohatera, towarzyszą czytelnikowi od pierwszej do ostatniej strony, do tego stopnia, że sami zaczynamy postrzegać rzeczywistość w tych barwach. Kolory te również ludzie. Ognistoruda Beatrice to czerwień. To właśnie ją pokochał Leo i ją próbuje zdobyć.

Są też inne ważne osoby w życiu Leo. To jego przyjaciółka Silvia – błękit – zawsze obecna, zawsze pomocna, prawdziwy przyjaciel. Jest i nauczyciel okrzyknięty Naiwniakiem za sprawą teorii o życiu, jakie wygłasza wprowadza Leo w świat marzeń. Bo właśnie do spełnienia marzeń dąży  bohater, a jego marzeniem jest miłość.

"Prawdziwe marzenia buduje się na trudnościach i przeszkodach. W przeciwnym razie trudno je zmienić w realne projekty; na zawsze pozostaną marzeniami (…) Marzenia nie czekają na nas gotowe, trzeba je dopiero skonstruować, przy czym na koniec może się okazać, że są całkiem inne, niż sobie to wyobrażaliśmy."

"Nie wyrzekaj się swoich marzeń! Nawet wtedy, gdy inni śmieją się z ciebie za plecami. Wyrzekłbyś się samego siebie."

Leo uczy się jak postrzegać świat, uczy się go każdego dnia za sprawą przeszkód, jakie przed nim się pojawiają, za sprawą drogocennych wskazówek udzielanych świadomie lub nie przez bliskich i Przyjaciół. Bohaterowie są dojrzali ponad swój wiek, na pewno też dlatego, że to, co ich w życiu spotyka wymaga większej odpowiedzialności, dorosłego postrzegania świata.

"Dojrzałość nie wyraża się gotowością na śmierć za słuszną sprawę, ale pokornym życiem dla niej"

I tak żyje Leo. Stawia czoła przeciwnościom losu, buntuje się, szuka drogi, szuka nadziei, szuka sposobu na zrealizowanie marzenia, a nie jest to łatwe. Jego marzenie czyli miłość zdaje się nierealnym gdy u Beatrice wykryto białaczkę – i znowu biel uosabiająca zło.

Podobno obwołano tę powieść współczesnym Love Story. Może trochę… ale mi bardziej nasuwały się skojarzenia z książką Oskar i Pani Róża.

Przepiękna metaforyka, morze emocji, takich ciepłych, prawdziwych. Bo ta książka jest prawdziwa, gdyż traktuje o tym, co każdemu z nas się przytrafia lub przytrafić się może. Lekkim, prostym i odpowiednim dla stylu szesnastolatka językem, traktuje się o sprawach najważniejszych, o życiu i śmierci o nadziei i marzeniach, o które zawsze warto walczyć. Wnikając w duszę Leo poznajemy zwyczajnego chłopca ale o niespotykanej wrażliwości. Chłopca, który potrafi się zbuntować bo nie rozumie świata ale jednak stara się marzyć, szukać sensu życia, stara się zrozumieć czym jest miłość, przyjaźń, oddanie.

Walczy o to, co w życiu ważne, stara się zrozumieć, co tak naprawdę się liczy.

"Życie idzie zawsze do przodu, czy tego chcesz, czy nie, muzyka gra, a ty możesz najwyżej przyciszyć ją lub pogłośnić. I musisz do niej tańczyć najlepiej, jak potrafisz."

Aleksandro D’Avenia porusza, skłania do refleksji. Idealnie się wpisał w mój nastrój, ale to nie tylko to. Ta magiczna i życiowa powieść może poruszyć każdego bez względu na wiek, nie tylko młodzież. Pewne emocje i uczucia się nie zmieniają.

Do tego uświadamiamy sobie po raz kolejny, iż nigdy nie wiadomo co nas spotka, nigdy nie wiemy gdzie i kiedy znajdzie nas szczęście, a to co jest najważniejsze, jest zawsze blisko, choć możemy tego nie dostrzegać. Widzimy jak ważne jest, by umieć przyjąć i dać miłość i nie wycofywać się gdy pojawią się trudności. I co jeszcze przypomina nam autor: by kochać ale nie za cenę własnej tożsamości oraz że w przyjaźni i miłości ważne jest by iść obok, by być silnymi nie każde swoją siłą ale sił, jaką jedno daje drugiemu. Czasem mamy naprawdę znacznie więcej niż nam się wydaje. Stawia wiele pytań i daje nadzieję.

Wiele pięknych słów, nie mogę nie mogę nie przytoczyć:

"Tylko wtedy, gdy człowiek wierzy w coś, co zdaje się go przerastać – czyli marzy – ludzkość czyni postępy, które pomagają jej nie tracić wiary w siebie."

"Zauważcie, że kiedy wydaje nam się, że nie myślimy o niczym, w rzeczywistości najczęściej myślimy o tym, co jest bliskie naszemu sercu. Miłość jest jak siła grawitacji, niewidzialna i wszechobecna, ta, którą znamy z fizyki. Nasze serce i oczy, nasze słowa, wszystko nieuchronnie koncentruje się na jednym punkcie, na tym, co kochamy."

"Miłość nie daje spokoju. Miłość jest bezsenna. Miłość obdarza siłą. Miłość jest szynka. Miłość jest jutrem. Miłość to tsunami. Miłość jest czerwona jak krew."

"Tylko temu, kto pyta o szczegóły, można uwierzyć, że rzeczywiście chce zrozumieć drugiego człowieka. Ciekawość szczegółów to sposób na okazanie miłości."

"Życie to przesłuchanie urządzone tak, by wyciągnąć od ciebie prawdę, której nie znasz; udajesz, że jest inaczej, i zeznajesz cokolwiek, żeby przestali cię męczyć, aż w końcu zaczynasz wierzyć w swoje kłamstwa, zapominając, że sam je wymyśliłeś."

"Miłość ma to do siebie, że potrafi znaleźć miejsce dla dwojga nawet tam, gdzie tego miejsca ledwo starcza dla jednego."

 


Biała jak mleko czerwona jak krew / Bianca come il latte, rossa come il sangue, przeł. Alina Pawłowska, s. 310, Wydawnictwo Znak, 2011

wtorek, 10 kwietnia 2012
Uciec przed cieniem - Ewa Kopsik

Niejeden z nas ma w swoim życiu coś, o czym chciałby zapomnieć, od czego chciałby uciec. Czasem jakieś wydarzenie z przeszłości kładzie się cieniem na naszym bieżącym życiu, nie daje spokoju, nie pozwala odetchnąć i żyć teraźniejszością. Demony ścigają ale czy da się uciec przed cieniem? Próbuje nam odpowiedzieć na to pytanie Ewa Kopsik w swojej debiutanckiej powieści. Wprowadza nas również w realia życia w PRL-u jak i życia na emigracji, mającej tak pięknie kontrastować z ubogą i nijaką Polską.

Bohaterką jest młoda kobieta, której imienia nie znamy. To ona prowadzi narrację, nikt nigdy nie zwracał się do niej. Wychowana w Jagniątkowie, w okolicach Jeleniej Góry dzieciństwo spędziła w towarzystwie dziadków i pięknych roślin w ich ogrodzie. Pozbawiona kontaktów z rówieśnikami zachłysnęła się tymiż w bardziej dorosłym życiu, na studiach. Skończyła polonistykę, poznała śpiewaka operowego Tadeusza i z nim związała swoje życie. Po wkroczeniu w życie rodziny męża nie potrafi się odnaleźć pośród dziwnych relacji, gdzie głową i wszelkim decydentem jawi się wujaszek, ważna persona w PRL-owskiej rzeczywistości, podejrzanymi sposobami wywindowana na szczyt. Od początku nie potrafi podporządkować się ani jemu ani regułom jakie dyktuje nowa rodzina. Kiedy Tadeusz otrzymuje kontrakt we Wiedniu niechętnie musi mu ulec i wyjechać z nim. Tu nie potrafi odnaleźć się w środowisku artystów, pośród których nie potrafi się zachować, właściwie odezwać, prowadzić dialogu czy nawet odpowiedzieć kulturalnie. Nie mogłam wyjść ze zdziwienia jak bardzo oderwana była, jak inna, jak zamknięta w sobie, jak bardzo na „nie” już z założenia.

Jest w niej brak zgody na życie, jakie prowadzi ale nic nie może zmienić, nie chce, nie potrafi, woli pozostać bierna. Pozwalała, by wszyscy wokoło mówili jej jaka jest beznadziejna, nijaka i że nic sobą nie reprezentuje. W ciszy i bezwolnie znosiła zdrady Tadeusza, dopuszczała liczne kłótnie, spory, komentarze innych, bo przecież w ten sposób łatwiej żyć, byle by tylko mąż "był" a ona miała utrzymanie. Świadoma braku miłość w tym związku jak i kolejnym brnęła w to dalej, narzucając się, tylko po to, by ktoś był przy niej, by nie musiała o wszystko dbać sama.

Sposób myślenia bohaterki sprawiał, że wielokrotnie chciałam rzucić w nią czymś, potrząsnąć, krzyknąć, przemówić do rozsądku. Jestem daleka od zachowań, jakie prezentuje i dlatego tak mnie szokowała jej bezwolność, uniżanie się, wmawianie sobie kolejnych kompleksów, jej ucieczka przed samą sobą, jej brak chęci do tego, by stanąć z rzeczywistością twarzą w twarz. Jej nieprzystosowanie do życia w społeczeństwie mogę jeszcze jako tako złożyć na karb dzieciństwa pozbawionego przyjaciół, na traumatyczne wydarzenia z przeszłości, kiedy to jako trzylatka była świadkiem wypadku – jej tata potrącił na drodze dziewczynkę i nie udzielił jej pomocy. To naznaczyło ją na wszystkie lata jej dorosłej egzystencji. Bierność jej ojca przełożyła się na jej bierność w życiu. Ale nawet to nie było w stanie usprawiedliwić jej marazmu, jej  apatii, jej tendencji do tłumaczenia się pozycją ofiary, jej niechęci do życia, do uczestniczenia w życiu społeczeństwa, do obcowania z ludźmi, do zwyczajnych ludzkich odruchów.

Nie da się ukryć: genialny portret psychologiczny kobiety po przejściach, kobiety szukającej swojego miejsca, kobiety walczącej z przeszłością, która ją prześladuje na każdym kroku. Portret bardzo autentyczny, a do tego oddany językiem literackim, pięknym. Bohaterka zaskakiwała mnie nie raz swoją gonitwą myśli, aluzjami, nawiązaniami kulturowymi, umiejętnością zmiany tematów i zgrabnego ich łączenia.

Doskonały obraz życia na emigracji. Pewne rzeczy nigdy się nie zmienią, a nasi rodacy będą postrzegani wciąż tak samo jeszcze i za kilka lat.

W tej powieści autorka nie uczy nas jak uciec przed cieniem, jak zwalczyć demony przeszłości. Bardziej pokazuje jak z nimi walczyć, jak stawiać czoła zmianom; wnikając głęboko w dusze bohaterki, prezentując jej lęki, obawy, pozwala czytelnikowi spojrzeć z dystansem na siebie, swoją przeszłość, swoje zachowanie.


Uciec przed cieniem, s. 342, Wydawnictwo Novaeres, 2010



środa, 04 kwietnia 2012
Opowieść wdowy - Joyce Carol Oates

"Bo kiedy żył, to nawet gdy go przy mnie nie było, nigdy nie byłam sama; teraz, kiedy Go zabrakło, to nawet wtedy, kiedy jestem z innymi ludźmi, w tłumie innych ludzi, nigdy nie jestem nie-sama."

Rozpoczęłam lekturę Opowieści wdowy i utknęłam. Nie dlatego, że mi się nie podobała, nie mogłam czy nie chciałam, wręcz przeciwnie. Ale dlatego, że musiałam analizować, wracać do poszczególnych fragmentów, rozmyślać nad sensem i znaczeniem słów oraz tego, jaki przekaz ze sobą niosą.

Opowieść wdowy jest od niedawna również moją opowieścią, stąd moje dość szczególne podejście do tej pozycji. I stąd zapewne ta recenzja (do zamieszczenia której długo się przekonywałam) może być dość intymna. Bo intymną jest powieść Joyce Carol Oates. Jakże może być inaczej gdy ktoś w tak emocjonalny, do bólu prawdziwy i odarty z upiększeń sposób przedstawia nam kawałek siebie, opisując ogrom swojej tragedii, jakiej doświadcza poprzez śmierć męża, człowieka, z którym spędziła 47 lat. Zresztą ilość lat nie ma znaczenia, uczucie, przywiązanie i oddanie pozostaje tym samym.

Myślę, że mogę powiedzieć, że ktoś, kto nie przeżył, nie do końca zrozumie, a na pewno inaczej będzie interpretował to, czym dzieli się z nami pisarka. Stąd też Opowieść wdowy często jest polecana jako forma terapii, jako sposób na złagodzenie bólu i cierpienia kobietom w podobnej sytuacji. Jednak na pewno każdy czytelnik wyniesie z tej lektury coś ważnego. To swoista lekcja życia, lekcja w tytule której można wpisać: Jak cieszyć się życiem, jak doceniać to, co mamy a jednocześnie pamiętać o tym, co nieuniknione.

Nie jest to poradnik z prostymi radami jak radzić sobie po śmierci męża, wszak nie ma gotowych rozwiązań, bo takich nikt nigdzie nie znajdzie. Z żałobą każdy musi poradzić sobie sam i każdy robi to na swój sposób, mniej lub bardziej świadomie. Albo tego nie robi… Ale fakt, iż Oates oprócz tego, iż oddaje swój ból, żal i smutek, prowadzi również czytelnika krok po kroku przez formalności, pogrzeb, biurokrację, stanowi niejakie wsparcie.

Porusza od samego początku to, iż mamy przed sobą nie Joyce Carol Oates pisarkę ale kobietę, której w jednej chwili runął cały świat. Wszystko, co stanowiło o sensie jej życia przestało istnieć, niespodziewanie. Ray umiera w szpitalu w wyniku powikłań towarzyszących zapaleniu płuc. Już dochodził do siebie, już miał wychodzić ze szpitala gdy w nocy zadzwonił telefon… I ta świadomość, że nie zdążyła do szpitala, że dotarła na miejsce kilka minut po tym, jak Ray odszedł…

"Problemem jest jak. Nie należy pytać po co." Jak w jednej chwili zrozumieć, pojąć, zaakceptować odejście najbliższego człowieka? Jak zmierzyć się ze świadomością, że już NIGDY! Jak wracać do pustego domu? Jak odnaleźć się w miejscach, które były wspólne, jak cieszyć się rzeczami i wydarzeniami, które miały znaczenie i sens tylko dlatego, że przeżywało się je we dwoje? Jak żyć nie mogąc się podzielić tym, co się w naszym życiu dzieje z ukochaną osobą? Jak radzić sobie z depresją, nie popadając w uzależnienie od tabletek? Na te pytania nie znajdziemy tu odpowiedzi i ja ich nie znalazłam i wcale nie szukałam. Ale obserwujemy jak odpowiedzi na nie szukała Oates. Jak starała się przetrwać każdy kolejny dzień, kolejną noc, jak oswajała się z myślą o byciu wdową, co oznacza to w praktyce i co oznacza to dla niej, w jej sercu, w jej myślach i duszy.

Z każdego rozdziału, z każdego nawet akapitu wydziera ogromny smutek, ogromny ból, którego nic nie jest w stanie zagłuszyć. Nic nie jest w stanie go zmniejszyć, a tylko potęgują go wspomnienia, rzeczy, znaczenia nadane wspólnie poszczególnym przedmiotom. Data śmierci męża wyznacza początek całkiem nowego życia. Wdowa stoi przed tysiącami wyzwań, każde wydaje się nie do pokonania i po zmierzeniu się z każdym naprawdę można sobie pogratulować. Powrót do pustego domu, który już tak naprawdę już nim nie jest, segregowanie rzeczy po mężu ("…jako wdowa zostanę zredukowana do świata rzeczy"), samotny posiłek przy stole, skasowanie nagrania na automatycznej sekretarce ( Joyce długo nie mogła się na to zdobyć), walka z chęcią zadzwonienia do ukochanego, walka z poczuciem winy, ze Jego już nie ma a ja wciąż żyję, walka z bezsilnością i bezsensem kiedy na wszystko jedyną odpowiedzią staje się "I co z tego, On tego nie widzi."

A do tego "kałuże pamięci" czyli miejsca, które żyją dłużej od nas, a nieodłącznie kojarzą się z NIM, z NAMI razem. Do tego wielka ilość pułapek „lejów” w jakie w każdej chwili można wpaść. To spotkania z ludźmi, którym trzeba powiedzieć o śmierci męża, to przypadkowe wspomnienia, które dopadają nas na przykład w sklepie, na ulicy, podczas słuchania muzyki czy po prostu w momencie patrzenia na coś, co należało do ukochanego. To lęk przed publicznym „rozklejeniem się”. Tego wszystkiego nie da się tego uniknąć. Nie da się z tym żyć, a jednak trzeba.

Samotność - z tym pojęciem trzeba się oswoić. Oraz z myślą, że mimo iż On odszedł i nas  zostawił, nie jest łatwo zostawić Jego. Łzy stają się najlepszym przyjacielem, który nas nie opuszcza.  I ta świadomość, że nie ma innego wyboru, że odwrotu nie ma. Choć z jednej strony ta nadzieja, że może jednak to nieprawda, a za chwilę realistyczne przekonanie, że rzeczywiście nic już nie mogę pojmować w kategorii "My" bo już jest tylko "Ja". Choć wciąż postrzega się świat w kategoriach: mąż by to chciał, to by mu się spodobało a to nie. Z tego by się ucieszył a na to tak zareagował.

Zmierzyć się ze świadomością, że jest się wdową nie jest łatwo, nie wiem czy się da, jeśli tak to kiedy…

Joyce Carol Oates oprócz morza emocji i przeżyć prezentuje doskonały warsztat. Potrafi operować słowem, za co należy się jej ogromny szacunek, bo nie jest łatwo oddać ogrom tragedii w taki sposób, by nie było to banalne czy proste. Przede wszystkim jednak szacunek dla Pani Oates za odwagę, bo na pewno spisując te wspomnienia, musiała przez to wszystko przechodzić po raz kolejny a nie minęło znowu tak wiele czasu, bo teraz, w lutym minęły 4 lata od śmierci Raya.

Wspomnienia ze wspólnego życia łączy autorka z korespondencją z Przyjaciółmi, prowadzoną po śmierci Raya. To właśnie ci bliscy byli często jej ratunkiem, ramieniem, wsparciem. Przepięknie i umiejętnie w swoje przeżycia, wspomnienia i pamięć o mężu wplata dużą ilość nawiązań literackich, filozoficznych, kulturowych.  

Utraciwszy całe dotychczasowe swoje życie Oates, prowadzi nas przez ciemną  i długą dolinę, przez krainę bólu, żalu i cierpienia. Szłam wraz z nią, doskonale odnajdując siebie w tym, co pisze, a jednocześnie odczuwając leciutką, minimalną ulgę, czego nie potrafię wyjaśnić.


Opowieść wdowy / A widow’s story. A Memoir, przeł. Katarzyna Karłowska, s. 423, Wydawnictwo Rebis, 2011

Teraz czytam
A zaraz potem KONKURS ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~~~~~~~~~~~~~~~~ ~ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Spis moli
~~~~~~~~~~~~~~~~~