Odkrywamy tajemnice, odkrywamy sens i znaczenia, odkrywamy samych siebie, odkrywamy świat na nowo, świat zaklęty między słowami...
czwartek, 31 marca 2011
Piąte dziecko - Doris Lessing

Z twórczością brytyjskiej noblistki przyszło mi spotkać się po raz pierwszy. Zaskoczyła mnie. W jaki sposób? Przede wszystkim w nadzwyczaj suchej, pozbawionej emocji, beznamiętnej, oszczędnej w słowach opowieści oddaje niezwykle silne uczucia, porusza poważne problemy, zmusza do refleksji. Od pierwszych słów zadziwiła mnie prostotą języka, czasami trącającą o banalność. Zero ozdobników, nie da się znaleźć ani jednego słowa, które nie było by konieczne do opisu fabuły. Słów jest tylko tyle, ile potrzeba, są wyważone, starannie dobrane.

W ten sposób Lessing opowiada historię Harriet i Davida Lovattów, młodego małżeństwa, które snuje szalone plany o pięknym życiu w wielkim domu, gdzieś na obrzeżach miasta. Szczęśliwie zakochani planują niezwykle dużą rodzinę. W błyskawicznym tempie pojawia się na świecie czwórka ich dzieci. Wszystko toczy się według planu, sielanka trwa do piątego dziecka, a właściwie już do piątej ciąży, bo już w ciąży Harriet czuje, że dziecko w jej łonie jest inne od pozostałych. Wraz z narodzinami małego Bena życie rodziny zmienia się diametralnie, przemienia się w koszmar. Ben jest inny, jest odmieńcem, wybrykiem natury, choć z pozoru normalny i za takiego również uznawany przez wszelkiego rodzaju specjalistów: lekarzy i nauczycieli.

Doris Lessing traktuje o tym, jak łatwo życie weryfikuje nasze plany i marzenia i pozbawia nas złudzeń. Lovattovie szybko przekonali o nieprzystawalności swojego sielankowego planu do rzeczywistości. Przekonali się, że często trzeba zrezygnować z tego, w co się wierzyło, przyjąć świat takim, jaki jest, bo życie nie daje nam innego wyboru.

Autorka zastanawia się tutaj nad relacjami matki z dzieckiem. Co się dzieje kiedy matka nie kocha, nie chce, kiedy nie akceptuje dziecka, a jednak mimo wszystko, wbrew sobie jest przy nim, dzieli z nim jego samotność, walczy o nie i nie daje mu zrobić krzywdy kosztem swojego zdrowia psychicznego, kosztem szczęścia swojego i całej rodziny. Nie uznając inności swojego piątego dziecka, jednocześnie bierze go takim, jaki jest, be względu na wszystko wokoło. Otoczenie nie jest w stanie przychylnie odnieść się do kogoś odmiennego, kto nie przystaje do stereotypów, do "normalności" ustalonej przez społeczeństwo. Dlatego też nie tylko Ben, jako odmieniec, nie jest tolerowany ale również Harriet. Zastanawia mnie dlaczego matka, która zaniedbuje czworo zdrowych, normalnych dzieci jest wyklęta a ta, która porzuca, oddaje do zakładu jednego, innego od reszty syna, jest akceptowana jako normalna, a jej zachowanie jako wręcz właściwe i jedyne słuszne. Zostaje potępiona, odrzucona przez wszystkich. Sama cierpi, miotając się między brakiem miłości do syna i obowiązkiem jego wychowania, pragnieniem szczęścia bliskich, a koniecznością zniszczenia im życia.

Harriet nigdy nie poznała i nie zrozumiała swojego piątego dziecka, tak jak według mnie nie do końca poznała pozostałą czwórkę. Chyba nie była gotowa na macierzyństwo, a już na pewno nie na taką ilość potomstwa. Niedojrzała i niedoświadczona, nieodpowiedzialna, zbyt egoistycznie nastawiona do roli matki i nie rozumiejąca tak naprawdę istoty macierzyństwa i dorosłego życia, nie podołała rzeczywistości. ( wszystko powyżej cechuje również jej męża Davida)

Może się czepiam, bo nie to jest tutaj najważniejsze ale zabrakło mi diagnozy schorzenia Bena. Bo oprócz tego, że wiemy, że Ben jest inny to nie wiemy jak jest tego przyczyna. Bo czy brak miłości ze strony matki rzeczywiście może być przyczyną takiego zachowania? Przypuszczam, że miało to mieć wydźwięk przede wszystkim uniwersalny, dotyczący wielu różnych rodzajów odmienności.

Ze stron tej powieści bije przeraźliwa samotność, głównie matki i jej niechcianego dziecka, ale również pozostałych, "odrzuconych" członków rodziny. Żadne z nich tak naprawdę nie radzi sobie z sytuacją, nie wiedzą, co robić, nie odnajdują się, więc wybierają najłatwiejszą drogę czyli ucieczkę.

Jest tu wiele zła i okrucieństwa, tkwiącego w małym chłopcu ale również w dorosłych. I odwieczne pytanie co robić z ludźmi innymi? Jak się do nich odnosić, jakie mają miejsce w naszej społeczności?


Piąte dziecko / The fifth child, przeł. Anna Gren, s. 144, Państwowy Instytut Wydawniczy, 2007

 

wtorek, 29 marca 2011
Niewidzialne - Paul Auster

No cóż, muszę przyznać, że przemęczyłam tę książkę. I sama nie wiem dlaczego, bo niby czyta się łatwo i gładko, akcja jest dynamiczna, a słowa jakimi się posługuje autor czarują, są niezwykle precyzyjnie dobrane, trafne i wyraziste. Powieść do tego łączy w sobie wiele ciekawych elementów, ma coś tajemniczego i zagadkowego, jest po trosze thrillerem, powieścią obyczajową i psychologiczną.

A jednak coś. Nie do końca cała fabuła mnie zainteresowała, bohaterowie nie przekonali, a zakończenie rozczarowało. I trudno mi jest o tej powieści się wypowiedzieć.

Rok 1967. Adam Walker, student – poeta spotyka na pewnej imprezie pewną specyficzną parę, Rudolfa i Margot. Oboje są zaintrygowani samym Adamem i jego osobowością. Niespodziewanie Walker otrzymuje od Rudolfa propozycję współpracy. Czy jednak Rudolf czyni to z czystych pobudek? Jakim jest człowiekiem i tak naprawdę, czy Adam może mu zaufać? Rozpoczyna się ciekawa, mroczna gra, w której Walker okazuje się pionkiem.

Ale to tylko pozornie prosta historia. Mam wrażenie, że fabuła jest mniej ważna, nie stanowi celu samego w sobie. Ważne jest i tak jak czytelnik to odbierze, jak autor go przekona, czy sprawi że mu uwierzymy? Nic tu tak naprawdę nie jest takie, jakim się wydaje. Prawda miesza się z fikcją, to swojego rodzaju gra, którą autor bawi się z czytelnikiem, zmuszając do zachowania czujności i uważnego śledzenia wydarzeń.

Dużo w tej powieści uczuć, emocji, bardzo szczegółowo przedstawiony jest główny bohater, jego psychika, oraz to, co go ukształtowało. Możemy bowiem poznać go bardzo dokładnie poprzez jego dzieciństwo, traumę, jaką była śmierć brata, poprzez jego stosunek do otoczenia oraz kobiet.

Co mi się podobało? Na pewno koncepcja powieści w powieści. Adam Walker – główny bohater napisał swoją własną powieść, której treść również poznajemy. Widać zainteresowanie autora samym procesem tworzenia. Urzekł mnie język… można odnieść wrażenie, że Auster pozwala się nim delektować.

A sam tytuł? Niewidzialne są w tej powieści uczucia, przyczyny takich a nie innych decyzji bohaterów. Niewidzialne są marzenia, pragnienia i plany na przyszłość. Niewidzialne również stanowi to, co wspominamy, co ukryte jest głęboko w pamięci i w sercu. Niewidzialnymi stają się ludzie, których się spotyka, wydarzenia, które mają miejsce… bo wszyscy i wszystko gdzieś gubi się w meandrach pamięci. Wszystko przemija.

Może nie do końca "wczytałam się" w tę powieść, może nie trafiła do mnie. Bez przekonania.


Niewidzialne / Invisible, przeł. Jerzy Kozłowski, s. 248, Wydawnictwo Rebis, 2010

piątek, 25 marca 2011
Opowieść żony - Lori Lansens

Hmm.. mam mieszane uczucia co do tej powieści. Nie powiem, żeby mi się nie podobała, ale też nie zachwyciła mnie. Mam wrażenie, że niesie jednak ze sobą jakieś głębokie przesłanie, daje jakieś wskazówki co do wyboru ścieżki życia, pokazuje jak można żyć i jak żyć się nie powinno i że to zależy od nas. Jest symboliczna i uniwersalna.

Mary jest żoną swojego męża. To pierwsze, co ją cechuje, zaś drugie to jej tusza. Mary jest gruba, bardzo gruba i sama sobie na to świadomie zapracowała. Jej życie polega na jedzeniu, na pochłanianiu wielkich ilości wszystkiego. Po prostu jako reakcja na życie, na to, co się dzieje wokoło, jedzenie jako rozwiązanie wszelkich problemów. To nie jest tylko zwyczajny głód ale myślę, że przede wszystkim głód życia: normalnego, takiego, jakie by chciała wieść.

Jej problem z otyłością stanowi przyczynę jej kompleksów, które jak w większości przypadków powstały w głowie. Nie akceptuje siebie, przez co uważa, że nikt jej nie toleruje, a przede wszystkim mąż. Co za tym idzie, automatycznie od męża się oddala, nie dając mu szansy na okazanie miłości i akceptacji, nie wierząc, że można ją kochać, że może się podobać.

Mary przez dwadzieścia pięć lat małżeństwa w wielu codziennych czynnościach była wyręczana przez swojego męża, sama niezdolna do normalności w społeczeństwie. Dzień przed srebrną rocznicą ślubu Jimmy odchodzi, pozostawia na koncie 25 tyś dolarów i znika. W liście, wysłanym do Mary wyjaśnia, że potrzebuje czasu, musi się zastanowić… Mary wpada w panikę i postanawia wyruszyć na poszukiwania męża. Jest to dla niej wielkim wyzwaniem ze względu na brak samodzielności, na niemożność pogodzenia się ze swoim wyglądem. To dla niej wielka próba. Jak to jest zacząć żyć na własny rachunek, wyzbyć się całkowicie bezradności i zacząć właściwie wszystko od nowa samodzielnie? Czy Mary odnajdzie siebie? Czy nauczy się widzieć kogoś innego, oprócz siebie? Tak naprawdę odpowiedź jest oczywista i może to mnie tutaj boli, że nic mnie nie zaskoczy.

Mary wyjeżdżając do Kaliforni zrozumie wiele rzeczy, nauczy się widzieć innego człowieka, nauczy się pomagać, nauczy się panować nad swoim głodem, a właściwie tym czymś w mózgu, co go prowokuje. Bohaterka musi nauczyć się żyć wśród ludzi, musi odpowiedzieć na wiele pytań dotyczących życia. Wielokrotnie możemy śledzić jej tok myślenia, jej lęki i wątpliwości. Widzimy jak z każdym nowym napotkanym człowiekiem, z każdym krokiem (Mary również zaczęła dużo chodzić) coś się w niej otwiera, odblokowuje, uwalniają się emocje, empatia i współczucie, zanika egoizm.

Wszystko pięknie tylko słodko, zbyt słodko, zbyt pięknie. Ale tak ma być, pozytywny wydźwięk i morał. Pozostaje refleksja nad życiem, nad samoakceptacją, nad pojęciem piękna w świecie i w społeczeństwie, nad tym, co przynosi szczęście, nad tym jak postrzega się samego siebie i do czego może to prowadzić. I nad tym, że człowiek zawsze może się zmienić, nigdy nie jest za późno, by się odrodzić, tylko trzeba chcieć i rozumieć sens tej przemiany.

Czyta się szybko, choć na początku trudno mi było się wdrożyć, wpaść w rytm. Jakoś tak momentami wydawała mi się treść trochę „toporna”.


Opowieść żony / The Wife’s Tale, przeł. Ewa Krasińska, s. 448, Wydawnictwo WAB, 2010

 

środa, 23 marca 2011
Granatowa krew - Wiktor Hagen

Na pewno każdy z nas zna pojęcie "błękitna krew", charakteryzujące członków znamienitych rodów królewskich. Ale granatowa krew? To coś nowego. Sam tytuł już mnie zaintrygował. Jest to określenie osób ( znanych, bogatych, wysoko postawionych ) które właśnie dzięki pieniądzom lub pozycji społecznej są uprzywilejowani, znajdują się poza prawem. Jaką rolę przypisał im Wiktor Hagen w swojej powieści?

Ale od początku.

Granatowa krew to nie jest standardowy kryminał. To powieść sensacyjna, obyczajowa. Nie ma skrzętnie i misternie budowanego napięcia. Nie ma wielkiej intrygi, bo jak się okazuje nie ona jest tu najważniejsza. Nie ma typowego bohatera: alkoholika, poturbowanego przez życie, porzuconego przez żonę, przeklinającego cały świat, zgorzkniałego malkontenta.

Jest za to szczęśliwy mąż i ojciec bliźniaków, głowa rodziny. Wrażliwy, a do tego pasjonat gotowania, któremu oddaje się wieczorami w restauracji, dorabiając w ten sposób do domowego budżetu ( co skrzętnie ukrywa przed kolegami z policji). Jego zamiłowanie do gotowania, zarówno w celach zarobkowych jak i dla przyjemności w domu rozczula i wywołuje uśmiech. Hagen oddaje to w delikatny sposób, dodając swojemu bohaterowi przy tym męskości, a nie (jakby można się było spodziewać kierując się stereotypami), odejmując mu tego, co o niej świadczy.

Nemhauser to intelektualista, z wykształcenia historyk, może trochę idealista, który odkupuje od  złodzieja kierownicę wcześniej ukradzioną z jego samochodu. Zamiast przemocy zawsze najpierw woli stosować metodę perswazji słownej, lub zwyczajną rozmowę. Za to na ziemię sprowadza go trochę jego partner Mario. Wielki, niedźwiedziowaty załatwiający sprawę pięścią, i ciętym językiem ale przy tym przezabawny.

Autorowi naprawdę udało się zestawić te dwa przeciwieństwa – Mario i Nemhausera, partnerów w pracy ale diametralnie odmiennych.

Zagadka śmierci kilku osób, którą musi rozwikłać Namhauser jest dość zwyczajna, nie przesadzona i nie wiadomo jak nieprawdziwa, choć dość niejasna, nawet może dziwna. Przeciwnie, wierzę, że mogła mieć miejsce w realnym świecie, a co za nią idzie – świat mediów i polityków jest również taki, jak ukazał to autor. Bo właśnie w pogoni za przestępcą - mordercą, Nemhauser styka się z licznymi przedstawicielami "granatowej krwi".

Na uwagę zasługuje jeszcze jeden ważny bohater. Tzn jest ich tu wielu ale ten szczególnie się uwidacznia. Mianowicie miasto – Warszawa. Wszelkie odwołania do topografii miasta są tu jakby naturalne, wpisane w akcję powieści nie wydają się sztuczne czy wymuszone. Mieszkaniec Warszawy może sobie wszystko wizualizować, wiedząc gdzie, co się dzieje.

Wiele tu odniesień do świata mediów i ludzi znanych, polityki i polityków. ( możliwe znalezienie nawiązań do polskiej polityki i systemu funkcjonowania władz).

Z niezwykłą lekkością i humorem Hagen odbiega od kanonu i robi to naprawdę doskonale. Autor po prostu idzie w zupełnie innym kierunku niż wszyscy twórcy kryminałów i ma wielki plus za to. Prowadzi grę z czytelnikiem, wprowadza w ślepe zaułki, by potem znów wskazać nowy kierunek myślenia. Duża ilość dialogów, przystępny język sprawiają, że powieść się pochłania. Można się pośmiać, wzruszyć, zastanowić nad pozycją mediów w kraju, nad uprzywilejowaniem władz i mediów, ich manipulacjami, można troszkę też wrócić do przeszłości naszego kraju.

Wciągająca, zabawna, oryginalna.


Granatowa krew, s. 472, Wydawnictwo W.A.B., 2010

poniedziałek, 21 marca 2011
Czas w dom zaklęty - Katarzyna Enerlich

"Pewien indiański chłopiec zapytał kiedyś swojego dziadka: -Co sądzisz o panującej na świecie sytuacji? Starszy człowiek zastanowił się chwilę i odpowiedział:

-Gdy o niej myślę, czuję się tak, jakby w moim sercu toczyły walkę dwa psy. Jeden jest pełen agresji i nienawiści. Drugiego przepełnia miłość, przebaczenie i pokój.

-Który zwycięży? – chciał wiedzieć chłopiec.

-Ten, którego karmię… - odpowiedział dziadek".

Bo to, czym kierujemy się w swoim życiu, miłością czy nienawiścią, zależy tylko od nas. Powieść Katarzyny Enerlich to powieść o wybaczaniu, o jego wielkiej sile i potędze, o tym jak wiele od niego zależy i jak bardzo może zmienić życie człowieka. Ale to opowieść również o drodze jaką trzeba przebyć do wybaczenia, o walce jaką trzeba w sobie stoczyć, by zdobyć się na ten gest wobec kogoś, kto zniszczył nam życie, odebrał to, co najcenniejsze, pozbawił złudzeń.

Ruta próbuje wybaczyć. Próbuje podnieść się po tym, czego doświadczyła w młodości, mieszkając wraz z mamą, a potem sama w domu na Mazurach i mając za sąsiadkę Serafinę. Ta podstarzała kobieta robi wszystko, by tylko uprzykrzyć życie współlokatorkom: awantury, pobicia, podsłuchiwanie, robienie na złość, pozywanie do sądu za głupoty, wyzywanie etc i to właściwie be powodu. Aż trudno uwierzyć, że można się tak zachowywać.

Serafina jest człowiekiem, który żyje nienawiścią, nią się kieruje, całkowicie zaślepiona, pozbawiona empatii i współczucia. Autorka doskonale oddała jej wstrętny charakter, doskonale ukazała, jak ludzie potrafią wpłynąć na życie innych, jak silne jest oddziaływanie i zależności. Wreszcie Serafina jest przykładem tego, jak bardzo namacalne i wręcz „żywe” może być zło. Jak można manipulować ludzkim życiem, jak łatwo je zniszczyć, zgnębić człowieka, sprawić, że przestaje wierzyć w siebie, ludzi i świat.

Ruta musi rozpocząć życie na nowo. Mając za sobą tylko zgliszcza dawnego szczęścia musi się podźwignąć i włożyć wiele siły, by jednak zawalczyć o siebie i o swoje marzenia. Uczy się, by walczyć, by nie zamykać życia w schematach, by szukać nowych dróg, bo świat pisze przeróżne scenariusze. Uczy się, że w życiu każde doświadczenie jest potrzebne, a po jakimś czasie one wszystkie mówią nam o słuszności lub nie podjętych w życiu decyzji. Nic nie dzieje się przypadkiem. Wszystko do czegoś prowadzi, tylko często potrzeba czasu by to dostrzec i zrozumieć. Życie tej bohaterki daje nadzieję…

"Jak wiele zależy od jednego zdarzenia! Potem te zdarzenia zazębiają się, splatają, wzmacniają, popędzają i popychają do przodu, żeby tylko urzeczywistnić pewien plan."

Czytając tę książkę możemy się przekonać, iż dobro i zło uczynione innym powraca do nas. Z wybaczenia płynie dobro, które potem łatwo rozdać wokoło.

Powieść napisana jest językiem poetyckim, pełnym metafor, momentami wzruszającym. Katarzyna Enerlich zgrabnie w fabułę wplata elementy sztuki zarówno poprzez opisy jak i obrazy umieszczone co kilka stron. To powieść trudna, wywołująca refleksję ale porywająca jednocześnie. Zastanawia, zmusza do tego, by zadać sobie pytania o siebie i swoje życie. Czy każdy z nas rozumie istotę wybaczania? Jak wiele będziemy zdolni przejść, by na końcu o przekonać się o czymś ważnym, coś zrozumieć, odnaleźć wskazówkę i jakiś znak? Wiele tu ciepła i nadziei ale również tęsknoty i smutku. I ten dom… kryjący w sobie tajemnicę, zmieniający życie ludzi w nim mieszkających. Czy naprawdę to dom przeklęty?

Bardzo mi się podobała. Ma w sobie to "coś". Polecam!

"Jeśli chce się naprawdę zmienić swoje życie, trzeba, niczym magnes, przyciągnąć do siebie wszystko, czego się pragnie. Trzeba przeprogramować swoją duszę. (…) Nie można żyć w rozdarciu, niczym pęknięta sosna. To się udaje nieruchomym drzewom, ale nie przepełnionemu życiem człowiekowi."

"Czas… Zatacza czasem wielkie koło i umieszcza nas w rzeczywistości tak zaskakującej, że niekiedy wydaje się to wielkim cudem. (…) Człowiek odlicza swój czas, kreśli za jego pomocą mapy swojego życia, a tu nagle okazuje się, że wraca, skąd przyszedł."


Czas w dom zaklęty, s. 208, Wydawnictwo MG, 2010

sobota, 19 marca 2011
Pierwszy dzień reszty życia - Jurij Drużnikow

"Pierwszy dzień reszty życia zawsze przypomina, że życie można zmienić… Nigdy nie jest za późno na skruchę, nigdy nie jest za późno na wyrzeczenie się głupoty i zawsze można zacząć wszystko od nowa."

Akcja powieści toczy się w dwóch płaszczyznach, w roku 1945 i w 2005. W Związku Radzieckim Stalin dla upamiętnienia swoich zasług i dla podkreślenia swojego znaczenia, postanawia przyznać sam sobie nowe specjalne odznaczenie Generalissimusa – najwyższe w państwie. W tym celu powstaje również order odpowiadający temu tytułowi. Zlecono to najlepszemu jubilerowi. Z rąk Stalina trafia on w ręce szejka kuwejckiego jako początek wspaniałej współpracy i nawiązania dobrych stosunków. Przez kolejne lata aż do 2005 roku order przechodzi przez różne ręce, interesuje się nim zarówno rosyjski wywiad jak i FBI ale nie tylko. Trwa pogoń za czymś, czego nikt prawie nie widział, a każdy pragnie. Powodując wiele szczęśliwych i nieszczęśliwych wydarzeń dla swoich posiadaczy staje się również obiektem zainteresowania samego pisarza, który jakby tworzy tym samym powieść w powieści. Referuje czytelnikowi to, o czym będzie traktowała jego powieść, igra z czytelnikiem, mieszając fikcję z pozorną prawdą.

Jurij Drużnikow na pewno musiał wykazać się dużą wiedzą, doświadczeniem i fantazją. Od historii radzieckiej, przez rosyjską teraźniejszość, do amerykańskiej realności, autor doskonale odzwierciedla realia charakterystyczne dla każdego okresu w historii w każdym z tych miejsc. Zestawia ze sobą świat zachodu i wschodu, nie stroniąc od elementów groteski i satyry w ich ukazaniu. Z dużą dawką ciętego humoru przekłada swoje wersety na przeróżne gatunki i style literackie. W tej sensacyjno-obyczajowo-polityczno-autobiograficznej powieści łączy tematykę społeczną, polityczną, historyczną, szpiegowską, miłosną. Elementy komiczne wplata pomiędzy wątki poważne czy dramatyczne, porusza problemy ogólnoludzkie, prowadzi dysputę na temat ludzkiej egzystencji (między Bogiem a Diabłem)

Mi najbardziej spodobały się rozdziały poświęcone Stalinowi czyli te z 1945. Duże zainteresowanie wzbudza we mnie postać Stalina, zarówno z punktu widzenia historycznego, jako wodza jak i jako człowieka. Tutaj właśnie Drużnikow doskonale przedstawia charakter przywódcy radzieckiego. Opisuje wnikliwie jego przemyślenia, prezentuje jego poglądy na bieżącą sytuację polityczną i społeczną. Do tego jeszcze zgłębia istotę, charakter Rosji, Związku Radzieckiego i rosyjskiej duszy:

"Rosyjska dusza to jedna wielka zagadka: najbardziej konsekwentna w swej absurdalności, najtrwalej dążąca do celu, chociaż nie ma pojęcia, gdzie tego celu szukać, najbardziej oddana temu, czego nigdy nie było albo już dawno nie ma. Wielokrotnie już nastawał dla Rosji pierwszy normalny dzień, ale go nie zauważyła i za każdym razem okazywała się nieprzygotowana do reszty swojego życia – nie była w stanie zrezygnować z fetyszy, odwiecznych mitów, wodzów na ścianach i w brązie, z gwiazd wysadzanych brylantami, ukrywających nędzę."

Jeden dzień reszty życia to powieść inteligentna, wielopłaszczyznowa, intertekstualna, bogata wielością wydarzeń, dostarcza rozrywki na wysokim intelektualnym poziomie.

"W dzieciństwie mówi się każdemu, że wszystkie drogi stoją przed nim otworem, a potem powoli każdą z tych dróg, jedną po drugiej, się zamyka i zapędza się ofiarę ślepy zaułek – tam gdzie z całą pewnością się nie wybierała. Świat, do którego trafiasz, jest płaski i ograniczony. Los gra i zawsze wygrywa, a człowiek jest niezmiennie przegrany. Szczęśliwi są ci, którzy… umieją się z tym pogodzić i pokornie ciągną swój wózek."


Pierwszy dzień reszty życia / Первый день оствышейся жизни, przeł. Piotr Fast, s. 504, Wydawnictwo W.A.B., 2010

środa, 16 marca 2011
Życie teoretycznie - Magdalena Zarębska

Dom "Pod dębami" to najlepszy w Polsce dom starców, tu właśnie rozgrywa się akcja powieści. To przybytek, na miejsce w którym trzeba bardzo długo czekać wpisując się na długą listę. Miejsce, gdzie na pobyt pozwolić sobie mogą jedynie bardzo bogaci ludzie, lub ci posiadający bogate dzieci. to doskonałe miejsce, by doczekać kresu swego żywota. Zamieszkujący go ludzie są ekscentryczni i specyficzni, z różnymi fanaberiami i humorami. Ludzie, którzy uważają, że za pieniądze mogą mieć wszystko. Ze tylko w takim domu warto spędzać starość. Rozpaczliwie odrzucając myśli o śmierci, oszukują samych siebie. Nie tylko być mieszkańcem tego domu jest prawie niemożliwością. Jeszcze większym osiągnięciem jest otrzymać tam pracę. Udaje się to jednak głównej bohaterce Sabinie, która otrzymuje posadę rehabilitantki.

Pełna entuzjazmu i werwy, z wygórowanymi czasem wręcz chorymi ambicjami co do swojej roli w domu opieki próbuje stanąć na wysokości zadania i sumiennie wykonywać swoje obowiązki. Jednak nie wszystko układa się po jej myśli, rzeczywistość ją zaskakuje na każdym kroku,  najprostsze zadania są ponad jej siły.

Nadgorliwość, przesadna chęć niesienia pomocy przeradzająca się we wtrącanie w nie swoje sprawy przysparza Sabinie wiele kłopotów. Do tego Sabina jest manipulowana i zdominowana przez rodziców. Źle pojmując wdzięczność za wychowanie i wszystko, co dla niej zrobili, daje sobą rządzić, pozwala sobie rozkazywać i dyktować warunki i sposób życia. To oni często za nią decydują pod pozorem „doradzania”, wpędzają ją w poczucie winy, gdy zrobi coś nie po ich myśli. A ona się biernie poddaje. Nie potrafi kontrolować swojego życia, oddaje je w ręce innych. Najważniejsze, by rodzice byli z niej zadowoleni, dumni.

Szczerze mówiąc od początku bohaterka mnie przeraźliwie drażniła. Swoją chwiejnością emocjonalną, swoją poddańczością wobec rodziców, swoją usłużnością niepotrzebną i niechcianą. Prawdziwa z niej służbistka, świetny teoretyk, naiwna idealistka chcąca wcielać w życie idee niesienia pomocy ludziom, którzy jej nie potrzebują, walcząca o prawdę i uczciwość. Zasadnicza i przesadnie ułożona irytowała mnie swoim brakiem nawet odrobinki spontaniczności, szaleństwa.

A do tego nie mogę zrozumieć jej niemożności czy niechęci odcięcia się od rodziców i do życia swoim życiem i na własny rachunek. Sama sobie zapracowała na swój los własną bezradnością, a być może pewnego rodzaju upośledzeniem społecznym ( za które mogłaby podziękować rodzicom). Zakończenie powieści idealnie podkreśla i puentuje całość.

Magdalena Zarębska prezentuje nam świetny portret Sabiny, której przemyślenia i analizę wszystkich wydarzeń możemy śledzić w najmniejszych szczegółach. Autorka podeszła do tematu bardzo profesjonalnie, ujęła zachowania i motywacje bohaterki psychologicznie. To postać bardzo wyrazista, nie można wobec niej pozostać obojętnym. Powieść czyta się lekko i z dużą ilością emocji, a to duży plus. Problemy poruszone tu również zastanawiają i stanowią pewną naukę, ostrzeżenie dla rodziców i dzieci.


Życie teoretycznie, s. 239, Wydawnictwo Prozami, 2010

wtorek, 15 marca 2011
Cieszę się twoim szczęściem - Lucinda Rosenfeld

O cieniach i blaskach przyjaźni, o cenie jaką przychodzi płacić za jej utrzymanie i zachowanie a także o prawdziwym obliczu kobiet pisze w swojej pierwszej powieści Lucinda Rosenfeld.

Bohaterki to Wendy i Daphne. Powiedziałabym, dość typowy duet, jakich na pewno wiele w szkołach, na studiach etc, gdzie jedna przyjaciółka żyje w cieniu drugiej. Tak jest z Wendy. Wiecznie zapatrzona w piękną i wspaniałą Daphne, wiecznie się do niej porównująca, próbująca się jej przypodobać, gotowa biec do niej na każde zawołanie. Ale to właśnie Wendy ma bardziej ułożone życie. Ma męża, pracę, do szczęścia brakuje jej tylko dziecka, o które usilnie się stara od wielu miesięcy. W swojej pogoni za powiększeniem rodziny Wendy całkiem zapomina, że mąż – Adam ma służyć nie tylko do prokreacji, a seks nie musi być obowiązkiem i tym bardziej można go uprawiać częściej niż tylko podczas owulacji. Adam całkowicie zostaje odstawiony na bok, a Wendy tylko wiecznie narzeka, szuka dziury w całym, wymyśla sobie nieistniejące problemy, nie mogąc odnaleźć się w towarzystwie przyjaciółek z dziećmi, lub które tych dzieci się spodziewają. Sytuacja dramatycznie się pogarsza gdy wiecznie nie mogąca sobie ułożyć życia Daphne nagle wchodzi w nowy etap w swoim życiu, zakochuje się szczęśliwie wychodzi za mąż i jej życie diametralnie się zmienia.

Niby proste i naprawdę nie wymagające czytadło, a jednak autorka porusza ciekawy temat przyjaźni damsko – damskiej. Widzimy jak stopniowo przyjaźń, trwająca od lat, prawdziwa i szczera zamienia się w fałsz i udawanie, a dlaczego? Bo we wzajemne relacje wkrada się zazdrość i zawiść. Bo przecież dlaczego komuś ma się układać lepiej, tym bardziej, jeśli przyszło mu to tak łatwo?

W codziennym życiu bardzo łatwo jest na wszystko narzekać, jakże proste jest porównać się z kimś, kto ma lepszą pracę, nowy samochód, ładniejsze ubrania czy „coś”, co my mamy gorszego lub tak nam się wydaje. Dlaczego tak trudno jest cieszyć się tym, co mamy, co los nam zesłał, rodziną, domem, osiągnięciami? Tak trudno jest zrozumieć, że patrząc na siebie i swoje życie przez pryzmat innych nigdy nie osiągniemy szczęścia, nigdy nie zrealizujemy swoich planów i nie spełnimy się na żadnym polu działania. Bo zawsze humor i radość z naszego sukcesu popsuje nam większy sukces któregoś ze znajomych. Zawsze chcemy więcej, zawsze nam mało i stoimy w miejscu. Oczywiście, niektórym pewne rzeczy przychodzą łatwiej ale czyż nie lepiej smakuje ciężko zapracowany sukces?

Dlaczego w takich chwilach czujemy się zobowiązani mówić przyjaciołom coś, co nie jest prawdą, czego nie czujemy,  a wręcz uważamy całkiem odwrotnie. Dlaczego trzeba wypowiadać słowa "cieszę się twoim szczęściem" kiedy w środku tak naprawdę wszystko się w nas gotuje?

W tej gorzkiej powieści debiutująca autorka pokazuje jak w przyjaźni postępować nie wolno. W co może zmienić się przyjaźń, gdy człowiek da się ponieść pysze, chciwości i zazdrości. Wreszcie widzimy jak podłe i podstępne potrafią być kobiety. To one właśnie potrafią dopiec innym jak nikt. To one w błyskawicznym tempie potrafią rozsiać plotki i to najlepiej dotyczące jakiegoś złego wydarzenia z życia przyjaciółki bo o tym, że komuś coś się udało już nie tak przyjemnie plotkować.

Przyjaźń kobieca nie zawsze jest idealna, a wręcz uważam, że w doskonały sposób Lucinda Rosenfeld ukazała jej cienie, bo mam wrażenie, że opisywane zjawisko jest dość powszechne i popularne. Może warto by przeczytały tę powieść kobiety, które nie wierzą w siebie, które wiecznie porównują się do przyjaciółek, ale również wszystkie inne bo to przyjemna lektura z ciekawym morałem.


Cieszę się twoim szczęściem / I’m so happy for you, przeł. Edyta Stępkowska, s. 296, Wydawnictwo Prozami, 2010

niedziela, 13 marca 2011
...zabiorę cię ze sobą - Niccolò Ammaniti

Czy to jest historia dwóch miłości, tak jak mówi to opis na okładce? Ja bym tego tak nie nazwała. To historia przyjaźni nastolatków może z kiełkującym uczuciem. To opowieść o poszukiwaniu miłości, o niemożności jej odnalezienia, jak i odnalezienia samego siebie. To w końcu powieść o byciu sobą, o tym, jak ważne jest, by nie ulec otoczeniu.

W powieści mamy dwa główne wątki reprezentowane przez dwóch bohaterów: Pietro to nieśmiały i nadwrażliwy dwunastolatek z ubogiej, dysfunkcyjnej rodziny, gdzie matka niczym się nie interesuje, ojciec pije za dużo, brat trzy razy powtarza klasę. Pietro stroni od ludzi, przez dyrekcję uznawany za nieprzystosowanego do życia w społeczeństwie, wśród innych uczniów. Oceniany przez pryzmat rodziny, szykanowany przez silniejszych chłopców – łobuzów, ma jedną cenną rzecz- przyjaźń z Glorią, córką jednego z najbardziej wpływowych ludzi w miasteczku.

Graziano to Casanova po czterdziestce, słynący z wielu romansów i "znajomości" z kobietami. Wykorzystuje je tylko w jednym celu, do czasu gdy sam nie wpadnie w sidła miłości. Tylko czy to właśnie jest to prawdziwe uczucie? To postać śmieszna i tragiczna zarazem, jego podboje i pomysły zakrawają o absurd, są po trosze nierealne.

W powieści mamy doskonale oddane przeżycia i uczucia bohaterów. Są niezwykle barwni, różnorodni, czy pozytywni czy negatywni ale na pewno świetnie sportretowani. Można utożsamiać się z nimi, wybrać sobie ulubionego. Są w większości głęboko nieszczęśliwi, niezrozumiani i nie mogący odnaleźć drogi do samych siebie, do własnego szczęścia.

Ammaniti bardzo obrazowo przedstawia małe włoskie miasteczko Ischiano Scalo, włoską społeczność i jej mentalność.

Sporo tu elementów groteski, niektóre wydarzenia aż ocierają się o absurd. Ammaniti manipuluje czytelnikiem, zwodzi go, urozmaica akcję coraz to nowymi nieprzewidywalnymi wydarzeniami. Dzięki temu czyta się błyskawicznie. Ale to również za sprawą świetnego humoru, który czasem wręcz rozśmiesza do łez, w innych chwilach zadziwia przesadą. To humor niezwykle bystry, jadowity, wyważony i inteligentny. Dodać należy do tego soczysty język, czasem może zbytnio okraszony wulgaryzmami w opisie seksu, ale wyrazisty i konkretny oraz lekką i zabawną manierę pisania. Wszystko to przekłada się na wielobarwny obraz włoskiej rzeczywistości i pozwala czytelnikowi całkowicie się zatracić w lekturze.

Autor opisywanymi wydarzeniami na wpół poważnymi i dramatycznymi, na wpół wesołymi, humorystycznymi przekazuje jednak pewne przesłanie, przekazuje prawdy życiowe, skłania do refleksji nad życiem, porusza i budzi lekki niepokój.

Z przyjemnością przeczytałam i polecam!


…zabiorę cię ze sobą / Ti prendo e Ti porto via, przeł. Dorota Duszyńska, s. 424, Wydawnictwo Muza, 2002

piątek, 11 marca 2011
Ziemia kłamstw - Anne B. Ragde

Ziemia kłamstw oferuje nam wiele: małomiasteczkowy klimat, skandynawski chłód (zarówno w opisach przyrody jak i w sposobie pisania), obraz toksycznych relacji pewnej rodziny, szczegółowe charakterystyki postaci, pytania o własną tożsamość, pragnienia i korzenie.

Anna Neshov jest głową rodziny, matką trzech synów. Wylew, jakiego doznaje, jest przyczyną spotkania jej potomków. Od razu widać, że ta rodzina jest rodziną skłóconą, dysfunkcyjną, toksyczną, jej członków właściwie nic nie łączy, oprócz niezapomnianych win, żalu tkwiącego w sercu każdego z nich. Czy potrafią się porozumieć? Czy te wszystkie lata ( nie widzieli się dwadzieścia lat) nie stanowią zbyt wielkiej przepaści? Czy światy, w jakich żyją, tak odmienne są w stanie choć na moment się przeniknąć?  Więzi rodzinne dawno uległy degradacji, są tylko niedopowiedzenia, nieporozumienia, niewyjawione żale, ukryte i mocno stłumione emocje.

Autorka prezentuje szeroko rozbudowane portrety psychologiczne swoich postaci ( poznajemy je lepiej również dzięki narracji prowadzonej z perspektywy każdego z nich). Pierwsza część powieści to charakterystyka każdego z braci poprzez jego styl życia, pracę, jaką wykonują, miejsce i środowisko w jakim się obracają. Każdy z braci jest inny, każdy budzi inne emocje, przeróżne;Erlend – najmłodszy syn, homoseksualista, artysta, nigdy nie zaakceptowany przez rodzinę, odtrącony i niezrozumiany. Od braci odróżnia go wystawny tryb życia, luksusy, odrobina snobizmu i przesady; Margido – przedsiębiorca pogrzebowy, chyba najsłabiej został przedstawiony, zdystansowany, wyizolowany, oddany swojej pracy, stanowczy ale głęboko samotny; Tor – najstarszy z braci, najmocniej związany z matką, bo mieszkający z nią. Prowadzi gospodarstwo i to właśnie temu poświęca cały swój czas i całe swoje życie. Dlatego z takimi szczegółami autorka opisuje prowadzoną przez niego hodowlę świnek, którym jest głęboko oddany.

O matce wiemy tyle ile dowiemy się ze wspomnień i relacji braci. Dla każdego z nich jej choroba jest czymś innym. Jest jeszcze ojciec, przedziwna postać, z którą nikt się nie liczy, na którą nikt nie zwraca uwagi. Żyje jakby obok, zaniedbany, sprawia wręcz wrażenie upośledzonego, całkowicie żyjącego w innej rzeczywistości.

Każdy z braci prezentuje pewną formę ucieczki. Przed dawnym życiem, przed brakiem akceptacji, przed dorosłym niezależnym życiem, przed światem i rzeczywistością. Dla każdego to spotkanie rodzinne jest jakimś przełomem. Bohaterowie coś sobie uświadomią, zrozumieją pewne fakty z przeszłości, jak i lepiej zrozumieją samych siebie.

Co charakterystyczne, widzimy tutaj jak różne zdania i opinie mają bracia na ten sam temat, nie wszystko jest takie jakie się na pierwszy rzut oka wydaje. Nie wszystko jest takie, jakim my je widzimy. Tym samym autorka podkreśla różnorodność i odmienność związanych tylko więzami krwi braci.

Wszystko opisane językiem dość prostym i oszczędnym, typowym dla prozy skandynawskiej. Na uwagę zasługuje "akcentowanie" niesktórych wyrazów, poprzez wytłuszczenie. Nadaje tym samym autorka im szczególną moc. Powieść jest prawdziwa, naturalistyczna i pełna szczerości. Za co wielki plus. Z każdej strony bije chłód i przebija ogromna samotność postaci.

Ale oceniając całokształt – mam mieszane uczucia. Poznając po kolei każdego z bohaterów, skupiając się potem na chorobie matki, zastanawiałam się co dalej, jaki to wszystko ma sens? Do czego to prowadzi i czy to, co wydarzy się na końcu ( im dalej tym dłużej nic przełomowego się nie działo, więc założyłam, że chodzić tu będzie o zakończenie) jest w stanie obronić całą powieść. Zakończenie jest zaskakujące, podobało mi się, jest nie do przewidzenia, dziwne. Ale czy to wystarczy, by wybronić całość?

To powieść o poszukiwaniu własnych korzeni, o ich poznawaniu na nowo, odkrywaniu przeszłości. Powieść ambitna i mądra, z pewną tajemnicą i ciekawie budowanym napięciem. Mimo mojego niejednoznacznego odbioru tej pozycji, polecam bo to dobrze spędzony czas.

 


Ziemia kłamstw / Berlinerpoplene, przeł. Ewa M.Bilińska, s. 288, Wydawnictwo Smak Słowa, 2010

 

 
1 , 2
Teraz czytam
A zaraz potem KONKURS ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~~~~~~~~~~~~~~~~ ~ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Spis moli
~~~~~~~~~~~~~~~~~