Odkrywamy tajemnice, odkrywamy sens i znaczenia, odkrywamy samych siebie, odkrywamy świat na nowo, świat zaklęty między słowami...
poniedziałek, 29 listopada 2010
Dziewczyna z zapałkami - Anna Janko

Można napisać coś banalnego ale pięknie, tak, żeby urzekło i skłoniło do refleksji.

To powieść o tym, co możemy zobaczyć na co dzień w swoim otoczeniu. Małżeństwo bez miłości, on nijaki i mdły, bez ambicji i bez uczuć, chce by jego żona również taka się stała. A już na pewno musi być kobietą mu podporządkowaną, dbającą o dom i dzieci, a jednocześnie zarabiającą na dom. A ona ? Ma inne myśli, ma marzenia, nie odnajduje się w tym świecie, jest dla niej za płaski, zbyt przyziemny. Chciała, próbowała stać się przeciętną, niewymagającą żoną, kobietą bez marzeń i ambicji, chciała być pospolita i zwykła. Nie umiała. Więc powoli się wypala, jej dusza umiera powoli aczkolwiek skutecznie.

Niszczy ją smutek, samotność i niezrozumienie. Ale nie uzewnętrznia tego tylko dalej ciągnie swoją marną parodię życia. Na stronach powieści dzieli się tym, co przeżywa, rozpatruje i analizuje przyczyny tej osobistej katastrofy, czuje żal po niezrealizowanych planach, popełnia te same błędy, po kolei umierają kolejne złudzenia, wyobrażenia o wspólnej pięknej przyszłości nie wytrzymują starcia z rutyną i codziennością. Może tylko trochę zbyt długo, jak dla mnie, bohaterka tkwi w tej rzeczywistości, której nienawidzi, przy mężu, z którym nic jej nie łączy, nie chce niczego postanowić, odmienić życia. Po co tyle? Ile można? Są granice! Skoro sama w to weszła z pełną świadomością i sama teraz zdaje sobie sprawę, że chce to skończyć…  Widzimy jak

Cała powieść jest niezwykle szczera, a bohaterka autentyczna i prawdziwa aż do bólu we wszystkim, co przeżywa. Wszystko jest wyłożone na stół wprost, czasem to boli i doskwiera, czuć to jak na sobie. Ale nie jest to prośba o współczucie o litość, wręcz przeciwnie.

Niby zwykła historia, banał przedstawiający szarą i brzydką rzeczywistość, po co o tym pisać. Ale jednak… To przekaz niezwykle ciekawych i bogatych doświadczeń jakie być może wielu czytelników zna ale nie dostrzega, nie uświadamia sobie do końca, jak to wygląda.

Sekretem tej powieści jest jednak język, który wręcz momentami powala. Jest soczysty i bardzo twórczy, pobudza wyobraźnię. Do tego, bohaterka jest pisarką więc jej twórczość zlewa się z tekstem Anny Janko. To jakby powieść w powieści, a na pewno poezja zamknięta w prozie. Autorka stosuje wiele eksperymentów lingwistycznych, wstawia błyskotliwe spostrzeżenia, autoironię.  Hanka również wielokrotnie odwołuje się do myśli słynnych filozofów, cytuje je i próbuje odnieść do swojego życia, co też jest ciekawym zabiegiem.

Jakie wnioski płyną z tej historii? Czasem warto iść za głosem serca a nie rozsądku, czasem warto pomyśleć o sobie a nie tylko o innych. Czasem i siebie trzeba uczynić szczęśliwą. Trochę odwagi, wiary w siebie. To mądra powieść, powieść rozrachunkowa, smutna ale z ogólnym wydźwiękiem bardzo pozytywnym. Może trochę powieść – podręcznik, powieść – ku przestrodze.

Wiele tu myśli, które zaznaczyłam, czytałam po kilka razy nad którymi się zastanawiałam. Oczywiście dzielę się niektórymi, będzie sporo:

"Czas biegnie zawsze w przeciwną stronę niż my. Gdybyśmy szli razem z czasem, nie mijałyby nas minuty, godziny, dni, lata. Mielibyśmy je wszystkie przy sobie. I zdążalibyśmy z nim do morza czasu. Ale tak nie jest. Idziemy pod prąd dni, a więc im szybciej żyjemy, tym prędzej wszystko przemija, bo przecież dodają się dwie prędkości, nasza i czasu."

"Przybywa ból i niweczy nasze „ja”. Pozbawia nas imienia i nazwiska. Wspomnień i marzeń. Planów na przyszłość. I przejmuje dowodzenie nad „porzuconą jednostką."

"Młodość jest jak wyrok, od którego można odwołać się dopiero po latach."

"Milczymy tajemniczo, by nie mówić głupio. Ile razy tak było? Ludzie chętnie nazywają milczenie złotem, by ukryć pustkę, którą mają w głowie, albo i w sercu. Więc lepiej nie zmuszajmy do mówienia tych, co uciekają w milczenie. Zachowajmy złudzenie…"

"Dusza to jest album ze zdjęciami z całego życia, a najdelikatniejsze są półprzejrzyste bibułki przedzielające kartonowe stronice lat. Bez nich wszystko się parzy, przykleja do siebie, przebarwia. One są bardzo ważne, to ekrany, które ratują od unicestwienia."

"Ale od złych słów, które się usłyszało, nie można się uratować, choć tak bardzo by się chciało. Niby wszystko wraca do normy, pojednanie następuje, ale ponad tymi słowami, które się tymczasem zagnieżdżają głęboko, na dnie duszy. I czekają, by w odpowiedniej chwili powrócić i znów coś zaznaczyć, coś niszczyć, i powtarzać się tak długo, aż rozpadnie się wszystko, jak złudzenie."

"Bo naprawdę mocno być - można tylko wobec kogoś. Czy nie jest tak, że w pustym mieszkaniu, sami dla siebie, jesteśmy tylko psychiczną chmurą, która na przykład zasłania lub odsłania słońce, z której pada deszcz (łez), albo biją wściekłe pioruny?
To inni nadają nam kształt. To dla innych trzymamy formę. Dlatego samotność bywa tak zabójcza. Dlatego ludzie trwają w złych związkach tak długo, jak się da, aż z nich samo nie oblezie to obce ciało, partnera, który jest może najgorszy z możliwych, ale jest. Bo jak to tak, odejść do NIKOGO? Rozpadu się boimy, dezintegracji osobowości, bezimienności. Chyba że ktoś lub coś nas wyrwie, wyzwoli, na nowo stworzyć."


Dziewczyna z zapałkami, s. 264, Wydawnictwo Nowy Świat, 2007

sobota, 27 listopada 2010
Kolekcjoner - Evelyn Grill

Jeśli każdy  nas rozejrzałby się trochę w swoim najbliższym otoczeniu na pewno znalazł by choć jednego człowieka, który wydaje mu się dziwakiem, który swoim zachowaniem odbiega od tego, co ogólnie przyjęte jest za normę. To ludzie jakby trochę oderwani od rzeczywistości, zamknięci w swoim świecie, uciekający od realności w swoje światy, zainteresowania i potrzeby.

Takim dziwnym osobnikiem jest Alfred Irgang, bohater powieści Kolekcjoner. To postać dość specyficzna, niesamowity indywidualista i ekscentryk a jednak ujął mnie czymś…  Z pozoru włóczęga, kloszard, jednak w rzeczywistości jest milionerem, dzięki odziedziczonemu po rodzicach spadkowi.

A dlaczego sprawia takie wrażenie? Powoduje to jego dziwne hobby - kolekcjonerstwo. Ale nie jest to typ: zbieracz pocztówek czy znaczków. Alfred zbiera wszystko: od gazet i książek, przez ubrania, akcesoria, bibeloty, protezy. Jego nieodłącznym atrybutem są siatki wypełnione po brzegi rzeczami, które po drodze znajduje. Wszystko to magazynuje w swoim mieszkaniu i kilku piwnicach. A po co ? Właśnie.

Bo taką ma potrzebę, bo wszystko może się kiedyś przydać, bo każdy z tych przedmiotów na pewno ma swoją historię i nie może tak marnieć na śmietniku.

Bo jego świat i życie właśnie na tym polega, to stanowi sens jego egzystencji, bo ona ma duszę kolekcjonera i zbieracza.

Bo dzięki tym rzeczom może zatrzymać czas, to daje mu poczucie, że zwycięży nad przemijaniem, ulotnością przedmiotów i świata.

Każdego dnia wyruszając w kolejny tour po mieście ma nadzieję na nowe niesamowite znaleziska, które wszak pozwalają lepiej poznać świat i otaczającą rzeczywistość.

Niestety nikt nie podziela niezwykłego hobby Alfreda. Ani dozorca jego bloku, którego drażnią góry śmieci oraz robactwo wylęgające się w mieszkaniu lokatora. Ani przyjaciele Alfreda, z którymi spotyka się co tydzień na wieczornej kolacji i opowiada o swoich nowych zdobyczach. Dlatego towarzystwo podejmuje bez wiedzy Irganga walkę o „normalność” towarzysza, o jego powrót do czystego zwyczajnego życia, jakie powinien wieść milioner.

Jaki efekt przyniesie uszczęśliwianie „na siłę” i czy jest w ogóle możliwe? Czy można siłą zmusić kogoś do tego, czego on nie akceptuje, do życia jakiego nie chce prowadzić? Jak czułby się każdy z nas, gdyby w jednej chwili ktoś za niego zadecydował co do tego, jak ma żyć, gdzie mieszkać, gdyby narzucił nam obowiązek życia takiego a nie innego, bo tak trzeba…

To powieść bardzo nietypowa, mało komercyjna i nieszablonowa. Sam pomysł już zaskakuje. Może trochę za bardzo autorka rozciągnęła temat zanim przeszła do drugiej fazy. Utrudniła też czytanie poprzez całkowite wyeliminowanie zaznaczenia dialogów. Każda wypowiedź to oddzielny akapit, brak kresek dialogowych staje się uciążliwy. Ale w pewien sposób pasuje do całego dziwactwa bohatera.

A może to nie on jest dziwakiem w tej opowieści?


Kolekcjoner / Der Sammler, przeł. Sylwia Kurant, s.232, Wydawnictwo Wesper, 2007

czwartek, 25 listopada 2010
Nielegalne związki - Grażyna Plebanek

Grażyna Plebanek w swoich powieściach Dziewczyny z Portofino oraz Przystupa bohaterkami uczyniła kobiety. Tym razem chciała dokonać zmiany. W powieści Nielegalne związki przedstawiła temat zdrady, ale z perspektywy rzadziej omawianej bo ze strony mężczyzny.

Zazwyczaj jeśli to mężczyzna zdradza w małżeństwie to wszystkim kojarzy się to z potrzebą większej ilości seksu, po prostu ze zwierzęcymi potrzebami i instynktami. To kobieta jest tą, która może się zakochać, może czuć się zagubiona w swoim związku i może być niezdecydowana rozerwana, między kochanka a męża. A jak jest u Plebanek?

Mamy  tutaj Jonathana, męża pięknej i inteligentnej Megi i ojca dwójki dzieci. Po uzyskaniu awansu przez żonę z konieczności przeprowadzają się do Brukseli, gdzie ona oddaje się całkowicie pracy w Radzie Europejskiej, a on staje się gospodarzem domu, opiekuje się dziećmi. On, dziennikarz ale obecnie pisarz bajek, prowadzi kurs twórczego pisania, w ślad za żoną wkracza w świat urzędników, prawników, pogoni za karierą, w świat nudnych i obowiązkowych przyjęć. Na jednym z nich spotyka Andreę i coś się zaczyna między nimi dziać. Powoli nieczęsty kontakt zmienia się w pełne namiętności uczucie, w którym on całkowicie się zatraca i od którego się uzależnia.

Czy odnajduje się w tej sytuacji? Co go najbardziej martwi, co boli i jakie wyrzuty sumienia dokuczają i nie dają spokoju? Czy to, że zdradza kobietę, o której inni marzą, czy to że chciałby mieć je obie, czy to, że sam jest zły na siebie za zbytnie zaangażowanie w relacje z kochanką, która potrafi być zimna i oschła, czy też to, że w całej tej sytuacji boi się skrzywdzić swoje dzieci?

To prawdziwe życie, bardzo realne. Sytuacja, których na pewno wokół nas pełno, których pełno w filmach, są normą. Temat stary jak świat, wydawać by się mógł banalny. Jednak przy tym temacie zdrady Plebanek przedstawia nam, różniące się od dotychczasowego, pojęcie kobiety i mężczyzny. W dzisiejszym świecie w małżeństwie partnerzy nie mają ściśle określonych i przypisanych raz na zawsze ról. One się mogą zmieniać w zależności od potrzeb i sytuacji życiowej. Muszą być partnerami, są tak samo odczuwającymi, wrażliwymi istotami.

Autorka stawia przed czytelnikiem szereg pytań i zmusza do refleksji nad niby prostymi rzeczami, ale o których często się zapomina. Co jest w życiu najważniejsze, jak o to dbać i zabiegać? Czym się różnią od siebie rzeczy i stany tymczasowe i ulotne od tych stałych?

Tak naprawdę na przykładzie Jonathana widzimy, jaką rolę w życiu każdego człowieka odgrywa przypadek, jak łatwo się zgubić, jak łatwo dać się ponieść chwili. Obserwujemy jak trudno czasem odnaleźć się w rolach, które chcąc nie chcąc musimy odgrywać, jak różne normy i struktury społecznie ograniczają wolność człowieka.

A sam Jonathan ? Bohater podobał mi się choć nie zawsze przekonywały mnie jego rozterki, jego cierpienie, niezdecydowanie i przewidywalność. Był niekonsekwentny, motywacja jego zachowania do mnie nie trafiała, momentami ocierał się o sztuczność. Bardziej w tym przypominał kobietę, myślał i zachowywał się jak ona. Choć w tej kwestii o zdanie powinnam zapytać jakiegoś mężczyznę, może oni właśnie tak to odczuwają.

Co zapiszę „in minus”? Język, niektóre metafory owszem, ale ogólnie przesadzone. Opisy scen erotycznych pozbawione całkowicie erotyzmu, nie oddawały klimatu, zbyt płytkie, zbyt… czegoś im zabrakło. Poza tym, zdecydowanie było ich za dużo.

No właśnie, erotyzm. Całe to uczucie Jonathana do Andrei. Niby bohater się zakochał, ale wszystko opierało się tylko na seksie. Choćby oboje chcieli porozmawiać o czymś poważnym zaczynali i kończyli seksem, często bez rozmowy. To znowu sprowadza się do tego stereotypu zdradzającego mężczyzny. On biedny, nie zaspokojony przez żonę, znalazł u innej to, czego mu brakowało. Nie do końca odnalazłam w tym nielegalnym związku miłość, jakiekolwiek podłoże psychologiczne. Nie ma na czym się oprzeć, sam seks i fizyczność to za mało, miało być trochę inaczej.

Ciekawe przedstawienie Brukseli, jako miasta władzy i kariery, ale również jako miasta, gdzie ludzie, szukają samych siebie, gdzie gubią to, co najważniejsze.


Nielegalne związki, s. 326, Wydawnictwo WAB, 2010

środa, 24 listopada 2010
Underdog - Torbjörn Flygt

Underdog jest powieścią jednocześnie zabawną i głęboką, poważną i lekką, co charakterystyczne dla prozy skandynawskiej: wstrzemięźliwą, wypełnioną chłodem i konkretami, nastawioną na wywołanie odpowiednich uczuć i wrażeń. Bez zanudzania czytelnika, bez zbędnych komentarzy, bez zmuszania do przesadnego analizowania, a jednak w tym wszystkim nie pozbawioną tematów poważnych, skłaniających do refleksji.

Już sama okładka wydała mi się taka swojska, znajoma… Kryje za sobą historię nastolatka Johana z typowego szwedzkiego blokowiska, zmagającego się z problemami dojrzewania, brakiem ojca i bałaganem rewolucji społecznej.

Wiele tu obrazów z życia typowego dorastającego chłopca, które to pokazują, że dzieciństwo może wyglądać różnie. Jest zabawne i radosne, gdy spędzane na zabawach z podwórkowymi kolegami, jest poważne i ciężkie, gdy dotyczy trudnych tematów odrzucenia, pedofilii, poszukiwania własnej wartości, w końcu tragiczne gdy nie można odnaleźć się w świecie, znaleźć swojej roli, właściwiej dla siebie i swoich potrzeb. Ale wspomina się je zawsze z taką samą nostalgią, pewnym żalem, za tym, co przeminęło…

Pozornie powieść przedstawia historię rodziny Kraftów, jej zwykłe życie, które mogłoby się stać udziałem każdego: praca, problemy finansowe etc. Ale jak zajrzeć głębiej, dostrzeże się ból matki samotnie wychowującej dzieci. To kobieta niezwykle bohaterska, która wiele już przeszła, wciąż wiele potrafi znieść, przy tym nigdy nie pozwala by zabrakło jej czasu dla dzieci. Śledzimy jej skomplikowane relacje z dziećmi, oraz te między bratem i siostrą, którzy tak bardzo różni od siebie, potrafią się porozumieć, żyjąc obok siebie, są ze sobą o są dla siebie, mogąc na siebie liczyć. Ta rodzina potrafi doskonale sobie pomóc nawzajem.

Trochę głębiej pod powierzchnią odnajdziemy również prawdziwe życie młodych ludzi. Wydawało by się, nic w tym szczególnego, a jednak, brak idealizacji, sama prawda taka, jaka naprawdę jest. Ci młodzi bohaterowie to przykład tytułowego Underdoga, ludzie, którzy wchodząc w dorosłość rozczarowują się, poszukują, błądzą, uczą się radzić sobie z odrzuceniem, niespełnieniem, z niemożnością wybicia się i zmiany swojego życia.

Wszystkie te perypetie opisane są językiem prostym, szybko trafiającym do czytelnika. Czuje się powiew czegoś zwyczajnego, widzi się obraz własnego podwórka sprzed nastu lat. Tłem są zachodzące w latach 70-tych i 80-tych w Szwecji przemiany społeczno – polityczno – kulturowe. Kryzys gospodarczy, zwiększające się bezrobocie, emigracja ze wsi do miast, amerykanizacja społeczeństwa – wyraźnie wpływają na życie bohaterów.

Niestety efekt psują trochę liczne błędy językowe i interpunkcyjne. Cała powieść wypełniona jest zdaniami wielokrotnie złożonymi i brak jest oddzielonych dialogów, co w połączeniu z błędami naprawdę utrudnia czytanie.

Jednak warto zapoznać się z tym obrazem dzisiejszych prawników, dziennikarzy i tych, którym jakoś się udało, jak i tych, którym los nie sprzyjał i źle skończyli. Warto prześledzić tę drogę, jaką wszyscy musieli przejść, jak radzili sobie z presją środowiska, jak nauczyli się oddzielać dzieciństwo od dorosłości i od marzeń o niej.


Underdog / Underdog, przeł. Elżbieta Jasińska – Brunnberg, s. 429, Wydawnictwo Słowo / Obraz Terytoria, 2006

poniedziałek, 22 listopada 2010
Wyjście z Egiptu - André Aciman

Bardzo chciałam przeczytać tę powieść. Intrygował mnie jej krótki opis, a do tego ta okładka… która trochę może jednak mylić i nastawić nieodpowiednio do lektury. A tak naprawdę Wyjście z Egiptu jest ciepłą, wzruszającą powieścią o tym, co minęło, o życiu jakie wiodła pewna rodzina sefaradyjskich Żydów. Jest też powieścią o przywiązaniu, o rodzinie, o serdeczności.

Historia zaczyna się w latach 20-tych XX w przybyciem rodziny z Konstantynopola do Aleksandrii. Autor dokładnie i bardzo błyskotliwie opisuje po kolei każdego członka swojej rodziny. Są to ludzie niezwykle barwni, różnorodni, wręcz kolorowi. Sprawiają wrażenie realnych, prawdziwych, jakby żywych. Poznajemy każdego bohatera, jego osobowość i charakter, jego poglądy i stosunek do wielu spraw, jego relacje z innymi członkami rodziny. A wszyscy są sami w sobie już specyficzni, reprezentują różne nacje, (tzn. każdy czuje się kim innym), odmienne religie i poglądy polityczne. Nawet tradycje i zwyczaje mają tu różne znaczenia i sens. A do tego wszyscy w rodzinie wciąż się spierają, dyskutują, śmieją i krzyczą, powodują gwar i hałas, próbują się porozumieć ze sobą w wielu językach tworząc niesamowitą mieszankę.

Autor opisuje to bardzo plastycznie i z dużym poczuciem humoru i dystansem. Pełno jest tutaj zapachów, dźwięków i kolorów, czuje się atmosferę tego otoczenia, klimat tych czasów. Momentami aż przerażała mnie ilość szczegółów, ilość ciotek i wujków, ilość języków, jakimi się posługiwali, ilość rzeczy, jakimi się zajmowali… ale nie można było się zgubić, jest jasno i przejrzyście. Bo największą zaletą tej powieści jest właśnie różnorodność, wielość szczegółów, malutkich detali, składających się na fascynującą całość. Rzeczy, które na co dzień można ominąć, przez przypadek po prostu nie zauważyć.

Bohater opowiada nam o swoim dawnym życiu z pewną dozą nostalgii, żalem za tym, co utracił, za tym, czego już nie ma. Ale przede wszystkim przebija tu jednak humor i wesołość, radosny dystans i serdeczność a to wszystko przedstawione w bajkowej i zaczarowanej scenerii.

Książka jest też pięknym wspomnieniem Aleksandrii – miejsca, gdzie autor nauczył się żyć. I mimo, iż z czasem to miasto całkowicie się zmienia, w sercu głównego bohatera pozostaje tym miastem szczególnym. Wędrujemy po ulicach i zakątkach Aleksandrii, wspominamy zwyczaje i historię egipskiej społeczności żydowskiej. Zwiedzana pieszo lub tramwajem kosmopolityczna Aleksandria pozostawia przyjemny, pachnący ślad w pamięci czytelnika. Tak jak cała powieść.


Wyjście z Egiptu / Out of Egypt: A Memoire, przeł. Elżbieta Jasińska, s.320, Wydawnictwo Czarne, 2009

niedziela, 21 listopada 2010
Kiedy płaczą świerszcze - Charles Martin

Kiedy płaczą świerszcze to niezwykle poetycka powieść o miłości. Ale nie łzawa historia o pięknym spełnionym uczuciu… to historia miłości trudnej i ciężkiej, miłości naznaczonej chorobą. Miłości zdominowanej przez walkę o życie osoby chorej, zdominowanej przez lęk, nieustanny niepokój i strach. Ale też zdominowanej przez jedno najważniejsze marzenie, pomóc, odmienić jej los, dać nowe życie.

Nie chcę zdradzać treści, bo ją trzeba stopniowo poznawać, zagłębiać się w przeszłe życie głównego bohatera, powoli dowiadywać się, co doprowadziło go do momentu, w jakim się znalazł. Autor dawkuje nam tę wiedzę, przeplatając przeszłość Reese'a z teraźniejszym jego życiem, które złączyło się z życiem siedmioletniej Annie. Reese to facet, który swoje w życiu przeszedł, cierpiał i nie może się pozbierać, wciąż ogląda się za siebie. Annie to mała chora dziewczynka, która walczy o życie ze względu na chore serce, które może przestać bić w każdej chwili. Ich losy się połączą, ich drogi zejdą się w jedną. Jaki będzie skutek?

Poznając koleje losu Reese'a poznajemy jego charakter, zgłębiamy jego psychikę i często, ze względu na niezbyt szybkie tempo opowieści stawiamy się w jego sytuacji. Może stawiamy sobie pytanie o swoje reakcje w danej chwili, o swoje odczucia. Mamy czas, by się głębiej zastanowić, przemyśleć… A naprawdę książka skłania do refleksji…  ukazuje prawdziwe piękno życia, pokazuje czym jest odwaga, czym jest siła marzeń, czym jest upór i silna wola.

Ale pokazuje też jak trudno wykorzystać niektóre dane nam szanse, a jednocześnie jak łatwo je zmarnować i przegapić coś ważnego w życiu tylko dlatego, że żyło się przeszłością, oglądało wstecz i nie czuło się sensu i potrzeby prawdziwego teraźniejszego życia. Czy w takiej sytuacji można jeszcze odkupić swoje winy? Jak płaci się za niewykorzystane szanse, za zmarnowane okazje, za nasze błędy? I czy to jest w ogóle możliwe? I za jaką cenę…

Kiedy płaczą świerszcze to poetycka, ciepła powieść o utracie bliskiego człowieka, o tym, jak można radzić sobie z tym bólem, jak można żyć i czy można? Czy możliwe jest osiągnięcie spokoju ducha, radości życia i chęci do życia po tak wielkiej stracie?

W powieści  jest nawiązanie do słynnego Robinsona Crusoe, które uważam za niezwykle trafne. W prostych słowach autor mówi nam, że każdy człowiek w pewnym momencie swojego życia czuje się zagubiony, nie wie, co się wokół niego dzieje, nie wie jak sobie poradzić, nie widzi wyjścia z sytuacji.

"Pewnego dnia wszyscy budzimy się na plaży, z głowami pokrytymi piachem, morska piana szczypie nas w oczy, kraby skubią nas w nos i smak soli delikatnie przywiera do naszych warg… i czy nam się to podoba, czy nie, to właśnie tam uświadamiamy sobie, że wszyscy potrzebujemy tamtego piątku, aby nadszedł i w końcu ocalił nas, zabierając z wyspy, ponieważ nie znamy języka  i nie potrafimy odczytać wiadomości w butelce."

Do tego w tle poezja, wiele cytatów zaczerpniętych od największych mistrzów czyni tę powieść tym bardziej szczególną

Oprócz sfery duchowej jest tez fizyczna - wiele tu profesjonalnej wiedzy medycznej. Czysto teoretycznej jak i tej praktycznej, gdy przechodzimy z bohaterami przez poszczególne etapy operacji. Myślę, że to też pozycja, która dość specyficznie mówi o transplantologii, o przeszczepach serca, o dramatach z tym związanych. Dla osoby zupełnie nie mającej rozeznania w tej kwestii, jak ja, było to niezwykle ciekawe i pouczające.

Niezwykle wyraziści bohaterowie, zarówno pierwszo jak i drugoplanowi (moim faworytem jest Charlie) tworzą całą zgraję przemiłych i prawdziwych ludzi.

Pamiętać należy, że: "Nawet pod powierzchnią najbardziej złowieszczych rokowań żyje nadzieja." I tu mowa nie tyle o chorobie, a właściwie nie tylko ale przede wszystkim o życiu jako całości, o każdym jego aspekcie.


Kiedy płaczą świerszcze / When Crickets cry, przeł. Jacek Bielas, s. 432, Wydawnictwo WAM, 2008

piątek, 19 listopada 2010
Prywatne życie Pippy Lee - Rebecca Miller

Pippa Lee jest dobrą i przykładną żoną swojego męża, starszego o 30 lat Herba. Mają dwoje dzieci, bliźniaki Grace i Bena. Mieszka z mężem w uroczej dzielnicy dla starszych ludzi i z obawą patrzy jak jej osiemdziesięcioletni mąż powoli gaśnie (tak jej się wydaje, przepełnia ją lęk). Z pozoru szczęśliwa i zadowolona z tego co ma, spotyka się z przyjaciółmi, każdy dzień jest podobny do drugiego, uporządkowany. I pewnego dnia, cyk, coś się zmienia, coś przestaje jej pasować w tej idealnej układance... Dlaczego?

Na powieść składają się cztery części, z których jedna (część druga) to powrót do przeszłości, opis dzieciństwa i młodości Pippy. Widzimy, co ją ukształtowało, jak tworzyły się jej relacje z ludźmi, jak niszczyły się jej relacje z rodziną. W końcu potem możemy to odnieść do jej teraźniejszego życia, które obserwujemy w trzech pozostałych częściach.

Wydaje mi się, że tytułowa Pippa nie miała jednego życia, miała ich kilka ( bardzo trafny tytuł oryginalny). Widać to dokładnie w każdym kolejnym rozdziale. Rozerwana między chęcią bycia złą a dobrą, między nowym życiem a tęsknotą za przeszłością, otwarta na ludzi, towarzyska a zarazem mroczna i zamknięta w sobie, prowadzi kilka egzystencji w różnych momentach swojego życia. W żadnym z nich nie może się odnaleźć, nie może znaleźć odpowiedzi na pytanie, dlaczego jej życie toczyło się w takim a nie innym kierunku.

Czytając tę powieść moje odczucia zmieniały się, od zainteresowania, zaintrygowania, fascynacji przez zniechęcenie do nudy (szczególnie w części o przeszłości, która zupełnie mnie nie przekonała i nie trafiła do mnie) i irytacji. Irytował mnie styl i trudno mi powiedzieć dlaczego ale przeszkadzał. Czułam się dziwnie. Bardzo chciałam przeczytać Prywatne życie Pippy Lee ale chyba mimo wszystko spodziewałam się czegoś innego. Podobała mi się ale zostawiła jakiś niedosyt a na pewno lekki niepokój.

To proza mocna, ostra i gorzka. Ale niesie ze sobą spory przekaz. Wyrzuty sumienia i żal można uciszyć ale nie wyeliminować ze swojego życia. Nic złego, co zrobiliśmy w przeszłości nie uda nam się zatuszować dobrocią w przyszłości. Niestety to nie tak działa. Życie nie jest po to by grać, by udawać kogoś kim się nie jest, bo to na dłuższą metę się nie sprawdzi i sami sobie ze sobą i z tą grą nie damy rady. Długo można oszukiwać otoczenie i bliskich ale samego siebie? To znacznie trudniejsze. Każdemu człowiekowi jest trudno ale co można z tym zrobić? Jak te swoje kilka żyć wykorzystała Pippa Lee, jak się ze sobą łączyły, jak wcześniejsze zachowania i relacje z ludźmi wpłynęły na jej przyszłość? Czy udało jej się zerwać z przeszłością, zapomnieć o niej i stać się kompletnie kimś innym? I na koniec czy mamy tu happy end czy wręcz przeciwnie? Tych odpowiedzi musi sobie udzielić każdy czytelnik indywidualnie.

W 2009 roku nakręcono na podstawie książki film, z Robin Wright Penn, Keanu Reevesem i Winoną Ryder.

 


Prywatne życie Pippy Lee / The Private Lives of Pippa Lee, przeł. Jędrzej Polak, s. 264, Wydawnictwo Muza, 2010

czwartek, 18 listopada 2010
Południca - Julia Franck

Helena przez całe życie była samotna i odrzucona. Samotna w domu rodzinnym w Budziszynie, gdzie znienawidzona przez matkę, była przez nią piętnowana. Selma była z pochodzenia Żydówką, a do tego była chora psychicznie i nie akceptowała nikogo, po tym jak po narodzinach Marty, a przed narodzinami Heleny straciła czterech synów. „Oślepła na serce”, stała się nieczuła dla innych, żyła w swoim świcie. Pozornie Helena znajdowała oparcie w siostrze. Tylko do momentu, gdy ta nie poczuła się pewnie w innym towarzystwie, gdy poczuła, że dziewięć lat różnicy między nimi to jednak wiele. Samotna była w domu ciotki, w Berlinie, gdzie jako za młoda odsuwana była od życia towarzyskiego, lekceważona, nie obdarzona szacunkiem i zaufaniem ciotki, nie mogła znaleźć swojego miejsca. Do tego, okazuje się, że Berlin, wymarzony i upragniony nie jest rajem. Nie łatwo tu o pracę, o jedzenie. Trzeba być członkiem zamożnej rodziny, by móc w pełni korzystać z życia.

Przez chwilę szczęście uśmiecha się do Heleny. Poznaje Carla i razem chcą zacząć wspólne życie. Spełnia się w pracy, czuje się potrzebna i użyteczna. Wielkie szczęście nie jest im jednak dane. Zraniona, po wielkiej stracie Helena zagłębia się po raz kolejny w otchłań samotności i odrzucenia. Życie jej nie rozpieszcza, a do tego ktoś sobie przypomina o żydowskim pochodzeniu mieszkańców Berlina.

Czy Wilhelm jest jej szansą na szczęście? Czy może być jej jedyną szansą na życie? Czy mógł odmienić jej los, czy dobrze zrobiła wychodząc za niego za mąż?  Czysto praktycznie z wiązek z nim wiele jej pomógł, nowe dokumenty, nowa tożsamość ale Wilhelm nie był dobrym człowiekiem. Sprawił, że Helena, która już w pewnej chwili nabrała dystansu do życia, stanęła na nogi, znowu całkowicie się od kogoś uzależniła a przy tym, temu komuś wcale na niej nie zależało.

Helena wciąż przed czymś musi uciekać. Z rodzinnego Budziszyna, z Berlina, ze Szczecina. Ucieka też przed swoją przeszłością, pochodzeniem, samą sobą. Ucieka w pracę pielęgniarki, która w pewien sposób może pozwala jej zapomnieć o jej własnym cierpieniu i ranach, jakie odniosła, gdy może zająć się innymi ludźmi i skupić na ich bólu. Ale to tylko pozorna ucieczka. Ta praca również tylko utrwala w niej tę wielką traumę, jaką przeżyła.

Helena urodziła się w złym czasie, w złej rodzinie, zbyt wiele nieszczęśliwych zbiegów okoliczności i przypadków kształtowało jej los. Nie dane jej było być naprawdę szczęśliwą i kochaną, nie zdążyła się tego nauczyć i do tego przyzwyczaić. Można by powiedzieć, że w tych trudnych czasach to nic dziwnego a jednak ta historia jest przejmująca i boli. Tym bardziej, że Helena swoją życiową traumę, nieszczęście przekazuje swojemu synowi, Peterowi. Od samego początku jest skazany na taką samą samotność jak jego matka. Czy miało to związek z tym, jak jej matka ją traktowała, czy też życie tak wpłynęło na jej zachowanie? Czy może Helenę również dotknęła ślepota serca?

Julia Franck w mistrzowski sposób zgłębia psychikę swojej bohaterki, motywację jej postępowania, wyborów. Bohaterka jest specyficzna, wzbudza mieszane uczucia, ale śledzi się z wypiekami na twarzy jej losy. W danej sytuacji można ją zrozumieć, tak silnie umotywowane jest jej postępowanie. Ale oczywiście nie trzeba się z tym zgadzać i często się nie zgadzałam.

Śledzimy historię jednej kobiety o dwóch tożsamościach a zarazem historię i panoramę społeczeństwa niemieckiego. Historię przedstawioną na tle wydarzeń wojennych w Niemczech. Wiemy wiele o tych wydarzeniach, jednak tak naprawdę wprost się o nich nie mówi. Cała polityka jest jakby z boku, przyćmiona życiem osobistym bohaterów. Do tego wszystko na tle przemian społecznych, kryzysu, antysemityzmu, narodowego socjalizmu, przemian kulturowych.

Narracja prowadzona jest z perspektywy Heleny. Niezwykle drobiazgowe opisy życia, osób, przeżyć zwracają uwagę. Może trochę męczący jest brak wyróżnionych w tekście dialogów. Jeden akapit może być opisem sytuacji i jednocześnie rozmową.

To poważna i dość ambitna literatura. Myślę, że mało znamy literaturę niemiecką i warto się z nią zapoznać.


Południca / Die Mittagsfrau, przeł. Krzysztof Jachimczak, s. 460, Wydawnictwo WAB, 2010

Nadobna dziewica - Joyce Carol Oates

Zachęcona do twórczości Joyce Carol Oates przeczytaną niedawno powieścią Gwałt. Opowieść miłosna sięgnęłam po kolejną książkę autorstwa tej pisarki. W tym wypadku mój zachwyt już był  trochę mniejszy.

Katya Spivak spędza swoje wakacje pracując jako niania – opiekuje się dwojgiem dzieci zamożnego małżeństwa w kurorcie nad Atlantykiem. Jest zwyczajną, nieobytą, przeciętną szesnastolatką, która może zbyt wielką uwagę przykłada do pieniędzy. Sama pochodzi z rodziny, gdzie ich ciągle brakowało i może stąd jej pęd za pieniądzem.

Podczas jednego ze spacerów poznaje Markusa Kiddera, (starszy Pan w wieku 68 lat), który zaczepia ją przed jedną z witryn sklepowych. To mężczyzna z zupełnie innego świata, zamożny artysta, kompozytor, autor książek dla dzieci. Od tego momentu nawiązuje się między bohaterami jakaś dziwna relacja, oparta na zainteresowaniu i fascynacji z jednoczesnym obrzydzeniem i odrazą, jaką w stosunku do Markusa czuje Katya. Raz czuje się zupełnie zniesmaczona i odpycha Marcusa od siebie, innym razem, owładnięta dziwną siłą nie potrafi zrezygnować ze spotkań z dziwnym i tajemniczym bogaczem. Przekonana o pożądaniu i chęci wykorzystania jej seksualnie Katya powoli doszukuje się w ich „związku” czegoś głębszego, choć sama nie zdaje sobie sprawy, co to by mogło być.

Nie jest to jakaś nieapetyczna opowieść o związku lubieżnego starca z trzpiotowatą nastolatką bo nie o seks czy erotyzm tu chodzi. Choć na pierwszy rzut oka autorka właśnie na taki trop chciała nas naprowadzić, pozwalając swoim bohaterom spotkać się przed witryną sklepu z bielizną. Marcus wciąga Katyę w przedziwną ekscentryczną grę psychologiczną, a rozwiązanie jej jest zaskakujące i właściwych motywów Kiddera nie sposób było odgadnąć.

Oates szczegółowo rysuje portret psychologiczny swoich bohaterów. Katya jest jak najbardziej przekonująca ale w całym swoim niezdecydowaniu bardzo mnie drażniła. Sama nie wiedziała, czego chce, jakie uczucia wywołuje w niej jest adorator i wielbiciel. Marcus Kidder silnie motywuje swoje zachowanie, jest w tym prawdziwy i szczery ale nie mogłam znieść języka, jakim się posługuje. Rozumiem, ze względu na swój wiek, nobliwość staruszka i odniesienie do baśni „The Ballad of Barbara Allen” i legendy o królu taki właśnie miał być. Tym bardziej ostro kontrastował z zachowaniem i językiem prostej, czasem nieokrzesanej dziewczyny. Dobrze udało się Oates zestawić różnice kulturowe, ukazać wpływ różnicy wieku i statusu na relacje między ludźmi.

Nie odnajduję tu mrocznego, gotyckiego stylu prozy, o jakim mowa na okładce. W samej motywacji działania Markusa nie doszukuję się niczego gorszącego i strasznego. Bardzo mi się podobało takie rozwiązanie. Podobał mi się początek powieści, potem samo wyjaśnienie motywacji Kiddera jednak zakończenie było trochę za bardzo oderwane od rzeczywistości. I za mało tu emocji, które podobno są cechą charakterystyczną psychologiczno-obyczajowej prozy tej autorki.


Nadobna dziewica / A Fair Maiden, przeł. Bartłomiej Zborski, s.200, Wydawnictwo Bellona, 2010

Joyce Carol Oates na moim blogu:

http://miedzystronami.blox.pl/2010/11/Gwalt-Opowiesc-milosna-Joyce-Carol-Oates.html

środa, 17 listopada 2010
Za kwietnymi polami - Jun'ichi Watanabe

Japonia, druga połowa XIX w, to czas kiedy role mężczyzn i kobiet były ściśle określone przez tradycję a chłopców i dziewczynki separuje się od 7-go roku życia, by w przyszłych mężczyznach wypracować pojęcie wyższości. Rola kobiety ogranicza się tylko do roli „żony”, czyli prowadzenia domu, dbania o męża i gospodarstwo. Tym zasadom dyskryminacji nie chce się podporządkować jednak Ginko Ogino.

Wcześniej już wywołuje skandal odchodząc po trzech latach małżeństwa od swojego męża, który zaraził ją rzeżączką. Po dwóch latach choroby i cierpień, wraca do domu rodziców i chce się rozwieść.

Rozwód to jedno, a choroba to co innego. Ginko musi przejść bolesne i długotrwałe leczenie i poddać się przykrym badaniom, przeprowadzanym przez mężczyzn. Upokarzana i poniżana nie mogła zapomnieć, jak była traktowana i jej celem i marzeniem staje się zawód lekarza, a wspomnienie przykrych chwil jest dla niej ciągłą motywacją do walki o marzenia. Tym samym chciała też zadbać o zdrowie kobiet, oszczędzić im wstydu, dać im poczucie godności.

Kobieta nie powinna nawet otwierać książek nie mówiąc już o jakiejkolwiek nauce czy rozwoju intelektualnym. Do szkół nie przyjmowano kobiet, było to wbrew prawu. Lekarzem zostać mógł tylko mężczyzna - to zawód elitarny i prestiżowy. Tym bardziej Ginko chce udowodnić wszystkim, że to nieprawda, że to tylko utarte zwyczaje i mylne stereotypy wywodzące się ze strachu i zacofania.

I tak Ginko rozpoczyna swoją walkę. Walkę ze skostniałym systemem, z uprzedzeniami, ze stereotypami i zwyczajną ludzką niechęcią i zawiścią. A tego nie brakuje. Jest ona przedstawicielką kobiet, które w tym czasie zaczęły walczyć o swoje prawa. Obserwujemy jak wiele zmian zaszło w Japonii na przestrzeni dziesięcioleci, jak kobiety były stopniowo dopuszczane do szkół, do męskich zawodów, mogły udzielać się publicznie i społecznie. Ale zanim to się stało, Ginko musiała wywalczyć swoje. Właśnie ona dała początek ruchom kobiet, upominającym się o swoje prawa, walczącym o pozycję nie poddanej i uzależnionej od mężczyzn bezbronnej niewiasty ale świadomej własnej wartości i intelektu kobiety, która również samodzielnie może sobie poradzić.

Dodać należy, iż Ginko wyróżniała się niezwykłym talentem i inteligencją. Swoim umysłem i inteligencją wyprzedzała epokę. Gdy dołożyć do tego mądrość, systematyczność, wielki upór i determinację, z jaką dążyła do wyznaczonego celu, możemy zobaczyć już cały obraz pierwszej kobiety – lekarza.

Za kwietnymi polami to powieść – biografia. (Ginko Ogino 1851 – 1913) Czasem jest to zwykła powieść z fabułą a czasem typowa biografia z danymi, datami i chronologią wydarzeń. To również powieść obyczajowa i szczegółowy szkic epoki, rys historyczny ustroju społecznego, zwyczajów i tradycji. Z tego pomieszania różnych gatunków wynika też różnorodność językowa w powieści. Nastrój powieści nie do końca łączy się z nagłym reporterskim i chłodnym przekazywaniem faktów.

Zastrzeżenia mam do drugiej części powieści, od momentu kiedy w życiu Ginko pojawia się Shikata. Nie tylko uważam cały ten wątek chrześcijaństwa za zbędny ale również  nie podoba mi się, że w tym momencie Ginko jakby całkowicie się zmienia i zapomina o tym, do czego tak wytrwale dążyła, czemu poświęciła życie, o co tyle lat walczyła. Przeczy sobie i wyznawanym przez siebie wartościom. Jak to się skończy? Więcej nie mogę powiedzieć, by nie zdradzić treści. Może już za dużo powiedziałam.

Jest orientalnie, z kulturą i tradycją wschodu, jest barwnie i ciekawie. Ginko Ogino była niesamowitą kobietą, podziwiam ją za to, czego dokonała. Jej życie może być przykładem, jej postawa może być silnie motywująca w chwilach zwątpienia, gdy chcemy się już poddać i zrezygnować z marzeń. I gdy ktoś mówi nam, że nasze marzenia są nierealne – nie wolno mu wierzyć.


Za kwietnymi polami / Hanauzumi, przeł. Ludwik Stawowy, s. 328, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2009

 
1 , 2 , 3
Teraz czytam
A zaraz potem KONKURS ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~~~~~~~~~~~~~~~~ ~ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Spis moli
~~~~~~~~~~~~~~~~~