Odkrywamy tajemnice, odkrywamy sens i znaczenia, odkrywamy samych siebie, odkrywamy świat na nowo, świat zaklęty między słowami...
wtorek, 28 lutego 2012
Ukryte godziny - Delphine de Vigan

Miejscem akcji jest tu Paryż – wielkie miasto pełne ludzi, pełne życia, zaskakujące. Jednak w szerszym znaczeniu to metafora miasta i miejskiej samotności, zniszczenia, ubezwłasnowolnienia, znieczulenia.

Tutaj mieszka Mathilde. Czterdziestoletnia wdowa wychowująca trzech synów. Miała doskonałą pracę, dzięki której, między innymi, podźwignęła się po śmierci męża. Była zastępcą prezesa, prawą ręką, autorytetem, doskonale zorientowana w dziedzinie marketingu. Tylko raz podważyła autorytet przełożonego, nie zgodziła się z nim publicznie, a on zamienił jej życie w koszmar. Powoli, krok po kroku zabierał jej obowiązki, uprawnienia, zadania i projekty, szacunek współpracowników, autorytet i poważanie, na końcu gabinet a nawet komputer. Wyniszczona psychicznie, zmęczona, pozbawiona woli życia i walki Mathilde nie ma już skąd czerpać siły, jest na granicy.

Thibault to lekarz, którego nieszczęśliwy wypadek pozbawił marzeń o zostaniu chirurgiem. Jako internista odpowiada na dziesiątki wezwań domowych dziennie, a większa część czasu spędza w korkach. Samotny, nieszczęśliwie zakochany w kobiecie, która odrzuca jego miłość przyjmując tylko seks.

Podobni do siebie, pokrzywdzeni, odrzuceni, jednak wciąż walczący. Czy starczy im sił? Czy los pozwoli im się spotkać. Poznajemy równolegle ich historie, ich losy.

W tej "kronice dwóch samotności" autorka szczegółowo analizuje przeżycia bohaterów. Pozwala dokładnie poznać ich myśli, wniknąć w świat wewnętrzny, obserwować jak powoli życie wymyka im się z rąk, tracą wszystko,

Ta powieść obnaża niezwykle brutalną prawdę o tym czym jest wielkie miasto. To machina niszcząca, udowadniająca jak bardzo człowiek może niszczyć drugiego człowieka. Firmy zmieniają ludzi w podłych i nieczułych, niesprawiedliwych oraz pełnych żalu i goryczy. W człowieku zmęczonym codziennością rośnie agresją, budzą się nieznane złe instynkty. Tempo życia miasta zabija w ludziach ludzkie odruchy i potrzeby.

Delphine de Vigan zaprezentowała doskonały obraz metropolii, prawdziwy, do bólu realistyczy: metro, ulice, korki, wszystko tętniące życiem;  wszędzie dookoła ludzie… których drogi nigdy się nie przetną, którzy tkwią w swoich beznadziejach, zmagają się każdego dnia z okrutną rzeczywistością, z własnymi lękami, starają się, by w końcu pewnego dnia ustąpić i poddać się. Miasto jako symbol samotności, jako swojego rodzaju metafora ludzkiego losu przeraża, smuci, wręcz szokuje.

Los robi z człowiekiem co tylko chce, daje złudne nadzieje, mami, pozwala uwierzyć w dobre zakończenia w nowe szanse, by potem po raz kolejny pozbawić nadziei i złudzeń.

Lekko aczkolwiek momentami wyniośle i zastanawiająco, z dużą dawką melancholii autorka pisze o smutku, samotności człowieka wśród ludzi. Często bardzo krótkimi zdaniami lub wręcz pojedynczymi wyrazami potrafi przekazać niezwykle silne emocje, opowiedzieć o traumie, przez jaką właśnie przechodzi bohater. Ładunek emocjonalny idealnie dopasowany do przekazywanej treści za każdym razem jeszcze bardziej potęguje odbiór, robi wrażenie. Depresyjna, przygnębiająca ale prawdziwa.

"Miasto zawsze będzie narzucać własny rytm, pośpiech i godziny szczytu, ż nadal będzie ignorować miliony samotnych ścieżek, na których skrzyżowaniu nie ma nic, nic poza pustką albo iskrą natychmiast gasnącą."

"Ludzie, których miłość jest większa niż uczucie otrzymywane w zamian, w końcu zawsze stają się ciężarem."

"Rana zadana przez miłość zawiera w sobie jednak wszystkie milczenia, porzucenia, żale, wszystko to zaś z biegiem lat się kumuluje, tworząc ogólny nieokreślony ból. Rana zadana przez miłość niczego wszak nie obiecuje: ani potem, ani gdzie indziej."

"(…) współczucie budzi się dopiero w chwili, gdy rozpoznajemy siebie w drugim człowieku, gdy uświadamiamy sobie, iż wszystko co dotyczy innego człowieka, może się przydarzyć również nam, dokładnie z taka samą siłą, z taką samą brutalnością. Dopiero gdy uświadamiamy sobie, że nic nas nie chroni, że możemy upaść równie nisko – wyłącznie wtedy – może się obudzić współczucie. Współczucie to nic innego jak strach o siebie."


Ukryte godziny / Les heures souterraines, przeł. Joanna Kluza, s. 320, Wydawnictwo Sonia Draga, 2010

poniedziałek, 27 lutego 2012
Jedenaście - Mark Watson

Czuję niesamowity dyskomfort i złość gdy nie mogę z braku czasu sięgnąć po książkę, która wręcz mnie przyzywa, woła i nakazuje czytać. Tak było w tym przypadku. Jedenaście od pierwszych stron mnie pochłonęła, zahipnotyzowała, zastanowiła i skłoniła do refleksji. Nie mogłam też nie zwrócić uwagi na formę powieści i styl, za które to autorowi należy się ogromne uznanie.

Taki sposób ujęcia tematu jest naprawdę oryginalny i nietuzinkowy. Autor zastosował tutaj typowy efekt motyla, przedstawiając jedno wydarzenia, które ma wpływ na życie wielu ludzi, nieznanych sobie i teoretycznie niezwiązanych ze sobą.

Xavier (Chris) Irelanda jest prezenterem radiowym, prowadzi nocną audycję "Rozmowy nocą", w której to udziela rad dzwoniącym. Wraz z przyjacielem i współprowadzącym Murrayem tworzą ciekawy duet. Pewnego dnia Xavier jest świadkiem pobicia chłopca. Początkowo staje w jego obronie ale po dokonaniu oceny potencjalnych swoich szans w starciu z kilkoma silniejszymi przeciwnikami odpuszcza i rezygnuje.

To wydarzenie uruchamia lawinę innych, które bezpośrednio dotykają 11 osób. Kolejno autor wprowadza na scenę nowych bohaterów, umiejętnie łącząc ze sobą ich historie, splatając ciągiem przyczynowo-skutkowym ich losy.

Bohaterów przybywa i każdy kolejny jest ciekawy, inny i w niczym nie podobny do poprzednich. Dzięki temu Watson stworzył całą gamę charakterów, uosabiających uniwersalne typy. Wplątuje ich w liczne wątki, przyciągające i w żaden sposób nie nużące. Wydarzenia sypią się błyskawicznie, przy czym udało się zachować realizm i prawdopodobieństwo. Wszystko jest prawdziwe, dlatego tym bardziej robi wrażenie.

Wszystko to, co obserwujemy daje nam możliwość zastanowienia się nad pewnym ważnymi sprawami. Przede wszystkim nad tym, iż nasze życie i nasze działania nie pozostają bez wpływu na innych ludzi, nawet na tych, których nie znamy. Wszystko, co robimy, nawet nieświadomie i przypadkiem ma jakiś cel i rzutuje na los innych. Wydaje się to nieprawdopodobne ale siła przypadku naprawdę jest ogromna. To on wraz z  przeznaczeniem w dużej mierze kierują naszym życiem, ustalają bieg zdarzeń. Ważne jest również to, na co zwraca uwagę Mark Watson, że to, co robimy wraca do nas. Jesteśmy odpowiedzialni za cierpienie i szczęście, jakie sprowadzamy na siebie i innych, zgodnie z założeniami karmy.

Cały ten ciąg niespodziewanych wydarzeń zakończony jest jeszcze większa niespodzianką. Naprawdę dobre zakończenie, otwarte, pozostawiające pole do refleksji, własnej interpretacji, do licznych dopowiedzeń i snucia potencjalnych scenariuszy.

Napisana lekkim językiem, w narracji trzecio-osobowej, z przeskokami między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością naprawdę robi wrażenie. Doskonale ukazuje czym jest przypadek, jak wielkie znaczenie może mieć jedna chwila, jedna nasza decyzja. Mówi wiele o przyjaźni i miłości ale także o ich utracie.


Jedenaście / Eleven, przeł. Grażyna Smosna, s. 288, Wydawnictwo Świat Książki, 2011

poniedziałek, 20 lutego 2012
Dziewczyna, która pływała z delfinami - Sabina Berman

Zarówno tytuł jak i okładka tej powieści nie mają nic wspólnego z jej zawartością. Tym bardziej nie wolno się sugerować opisem porównującym tę pozycję do Forresta Gumpa.

Dziewczyna, która pływała z delfinami jest powieścią bardzo nietypową zarówno jeśli chodzi o tematykę jak i ze względu na bohaterkę-narratorkę, którą jest dziewczynka autystyczna.

O autyzmie większość z nas wie niewiele. Na pewno tyle, że osoba autystyczna żyje w swoim własnym świecie, zamyka się na to, co na zewnątrz, ma problemy z przystosowaniem się do życia.

Kiedy małą Karen odnajduje jej ciotka Isabelle, dziewczynka nie ma imienia, nie mówi i jest dzika i niedostępna. Ciotka przybywa do Mazatlan, gdyż odziedziczyła przetwórnię tuńczyka Pociecha. Postanawia wprowadzić Karen do świata „normalnych” ludzi, ucywilizować, co jednak nie będzie proste, bo rozpocząć trzeba od podstaw czyli nauki mówienia. Osoba autystyczna różni się od innych, którzy to często okazują jej wrogość, niechęć, wyśmiewają, piętnują. Jej nieumiejętność zrozumienia praw rządzących światem: np. na uniwersytecie, w przetwórni etc, jej brak wyobraźni, postrzeganie świata na zasadzie czerni i bieli, traktowanie wszystkiego dosłownie sprawiają, że z trudem odnajduje się wśród społeczeństwa. Jednak jej zabawna głupota (choć może lepiej nazwać to prostotą myślenia i wyrażania emocji) idzie w parze z niezwykła inteligencją, zdolnością koncentracji, a jej pomysły, których nie byli w stanie zrozumieć wykładowcy uniwersyteccy doskonale znajdują zastosowanie przy hodowli i przetwórni tuńczyków, gdzie to ciotka Isabelle pozwala jej się wykazać.

Wszystko to możemy obserwować i śledzić właśnie z perspektywy Karen. Dzięki temu zabiegowi autorka pozwoliła nam rozumieć mechanizmy rządzące światem dziecka autystycznego, pozwoliła nam za sprawą prostego języka i pierwszoosobowej narracji wniknąć w życie tej niezwykłej dziewczynki potrafiącej niejednego zaskoczyć innowacyjnością swoich pomysłów, która często tkwiła w ich prostocie.

Jej inność jest widoczna ale w sposób subtelny i delikatny bo właśnie tym sposobem autorka chciała nam przekazać prawdę o rzeczach, o których w życiu codziennym zapominamy. Dziewczynka, która jest chora na chorobę, która powinna ją od świata izolować i odgradzać a co za tym idzie smucić, jest pełna energii, entuzjazmu i potrafi to wykorzystać w szczytnym celu jakim jest ratowanie przetwórni i zwierząt.

Niejeden człowiek mógłby brać przykład z Karen. Nie bała się swojej inności a wręcz uczyniła  niej atut, dzięki czemu nie bała się niczego, potrafiła dzielnie i uparcie dążyć do celu, idąc na przekór utartym schematom. Przebyła długą i żmudną drogę, z licznymi przeszkodami, jednak zawsze za sprawą swojego nietypowego sposobu myślenia potrafiła wybrnąć z opresji, podjąć odpowiednią decyzję. Myślę, że pokazała nam jak można postępować i myśleć nie opierając się na żadnych wzorcach, modelach, przykładach

Za sprawą tej niewielkiej objętościowo powieści debiutująca Sabina Berman zmieni coś w świadomości każdego czytelnika. Ta powieść ma w sobie coś z psychologicznej, coś z filozoficznej, a na pewno jest innowacyjna i nowa. Pozwala się zastanowić nad „innością”, której cząstkę nosi w sobie każdy z nas, a która ma w sobie wiele zalet.

Trochę może chaotyczna, niemało jest w niej niedokończonych myśli i wątków, co mnie trochę mnie męczyło ale w ogólnym rozrachunku nie gra to takiej dużej roli.


Dziewczyna, która pływała z delfinami / La mujer que bucéo dentro del corazón del mundo, przeł. Małgorzata Moś, s. 232, Wydawnictwo Znak, 2011  

czwartek, 16 lutego 2012
Umarli nie tańczą - Charles Martin

Jak to potrafi ten Charles Martin, że mówiąc o wszystkim, tylko nie o głównym temacie czy poruszanym problemie, uparcie wokół niego krąży, sygnalizuje i podkreśla silnie jego obecność. Potrafi w proste słowa ubrać poważne treści i pod przykryciem zwyczajności przemycić ważne przesłania.

Tym razem stawia swojego bohatera Dylana przed wyzwaniem: jak radzić sobie z życiem i rzeczywistością w obliczu możliwej straty ukochanej osoby? Skąd wtedy czerpać siły, jak odnaleźć tę niezbędną równowagę potrzebną do harmonijnego współgrania z otoczeniem i samym sobą?

Dylan i Maggie oczekują przyjścia na świat pierwszego dziecka, synka. To, co miało przynieść szczęście i spełnienie staje się dramatem i walką o życie. Synek rodzi się martwy, zaś Maggie zapada w śpiączkę a lekarze nie pozostawiają złudzeń: nie wybudzi się

Co pozostaje Dylanowi? Kłóci się w nim nadzieja ze zwątpieniem, agresja i bunt z bezsilnością i bezradnością. Jak ma odnaleźć siebie w tym świecie, kiedy nic nie można zrobić, kiedy los decyduje za nas, nie pozostawiając nam nawet odrobiny inicjatywy?

Choć wielokrotnie odczuwa bolesną i przygniatającą samotność, Dylan musi normalnie funkcjonować. Jego farma nie daje plonów wystarczających na utrzymanie, konieczne jest więc znalezienie innego sposobu zarabiania. Za sprawą swojego przyjaciela Amosa Dylan wraca do nauczania. Doktor Dylan Styles podejmuje pracę w college’u i wcale nie trafia na łatwą młodzież. Jego praca na tej uczelni swoim charakterem przypominała mi zmagania się Michelle Pfeiffer w filmie Młodzi gniewni. I była równie trudna, pełna przeszkód, które pokonać musieli zarówno uczniowie jak i ich nauczyciel.

Martin, jak to zwykle w swojej prozie, stawia pytania. Tutaj jedno chyba z najczęściej zadawanych, a dotyczących Boga: Czy Bóg istnieje? Jeśli tak to gdzie jest gdy spotyka nas coś złego? Dlaczego nie podejmuje z nami dialogu, nie słucha, pozwala na zło, na cierpienie? Doskonały monolog Dylana, gdy w krytycznej sytuacji wykrzyczał Bogu co myśli, co czuje zrobił na mnie ogromne wrażenie. Poruszył strunę, zmusił do refleksji, tym bardziej, że ja zadaję sobie podobne pytania.

Bardzo ciekawie zbudował autor swojego bohatera, prezentując jego słabości i mocne strony, jego walkę wewnętrzną, jaką musiał stoczyć, by znaleźć odpowiedzi na pytania o sens cierpienia, o sens doświadczania nas przez Boga. Może trochę zbyt wiele dobroci i empatii wlał w serca bohaterów. Wszyscy się kochają, wszystkich kocha Bóg, Alleluja jakby zaśpiewano w kościele gdzieś właśnie w Południowej Karolinie. Ale nawet to nie umniejsza znaczenia i wydźwięku tej powieści.

Charles Martin próbuje pokazać nam, co jest w życiu ważne, a co można przesunąć na dalszy plan. Chce przekazać czytelnikowi również optymistyczną myśl, że bez względu na to, co nas w życiu spotyka skaleczenia się zasklepiają i kiedyś zdrowiejemy… czy tak jest naprawdę a jeśli tak to ile czasu na to potrzeba, pozostawiam każdemu do rozważenia.


Umarli nie tańczą / The Dead Don’t Dance, przeł. Jacek Bielas, Wydawnictwo Wam, 2009

Charles Martin na moim blogu: 

http://miedzystronami.blox.pl/2011/12/W-pogoni-za-swietlikami-Charles-Martin.html

http://miedzystronami.blox.pl/2010/11/Kiedy-placza-swierszcze-Charles-Martin.html

wtorek, 14 lutego 2012
Drzwi do piekła - Maria Nurowska

Drzwi do piekła to mocna, odważna, erotyczna, brutalna, oparta na długich obserwacjach proza. To również, co charakterystyczne dla Marii Nurowskiej, genialne studium psychologiczne kobiety. To powieść przeciwieństw i kontrastów. Wciąga od pierwszej strony. Tak mogę w skrócie oddać swoje wrażenia dotyczące ostatniej powieści słynnej pisarki.

Zakład Karny dla kobiet w Kowańcu: to właśnie tutaj rozpoczyna się i toczy akcja powieści, której główną bohaterką jest Daria Tarnowska. I choć postaci ciekawych, znaczących i niebanalnych jest tu wiele to jednak wszystko toczy się wokół Darii. Intelektualistka, pisarka, człowiek literatury trafia do więzienia za morderstwo męża Edwarda.

Przenikając razem z Darią w głąb więziennego świata zagłębiamy się również w psychikę bohaterki, poznajemy jej historię i charakter. Dzięki nim powoli zaczynamy choć trochę rozumieć, początkową niezrozumiałą, zupełnie pozbawioną sensu i powodu zbrodnię. Wychowana bez rodziców, a tylko przez babcię, mieszkająca w domu popa (pochodziła z Białorusi, wyznania prawosławnego) nigdy nie miała odpowiedniego męskiego wzorca i nie potrafi do końca odnaleźć się w związku z mężczyzną. A jednak wychodzi za mąż za człowieka starszego od siebie, doświadczonego, będącego dla niej autorytetem; wydawca, redaktor wprowadził ją w świat kultury i literatury, silnie wspierał w początkowym okresie jej twórczość i ją samą. Wkrótce Daria inicjuje grę: literacką, erotyczną i perwersyjną, w którą wiele lat gra z Edwardem. Ich związek zaczyna się sypać, miłość zmienia się w nienawiść, zdrady na które pozwalała Daria, wymykają się spod kontroli a ona sama nagle znalazła się na marginesie ich związku, bez możliwości decydowania i wyboru. Zapomniała o tym, co najważniejsze, ustaliła sobie niewłaściwą hierarchię.

Szare życie więźniarki również nie było łatwe. Nieśmiała i wrażliwa intelektualistka była z góry skazana na przegraną. Więzienie to piekło, drzwi do niego są otwarte. Jak zawsze w takich miejscach jest z góry ustalona hierarchia i ten kto się jej nie podporządkuje nie przetrwa. Więźniarkami okazały się kobiety tak różne, że niemożliwym wydawało się, by funkcjonowały obok siebie. A jednak. Nieustanne walki charakterów, relacje oparte na seksie, chaos, walka o prywatność, walka o siebie samą to widzimy w Kowańcu każdego dnia.

I pośród tego wszystkiego Daria, której jednak udało się stworzyć wokół siebie przestrzeń ochronną, utrzymać pozostałe kobiety na dystans, oswajać we własnym tempie rzeczywistość, obserwować. Daria zyskuje szacunek i zaufanie współwięźniarek, dla których staje się swoistym "konfesjonałem", sumieniem więzienia, kimś, komu skazane, chcąc pogodzić się ze swoim losem i lękami, mogą opowiedzieć swoją historię. Tym samym bohaterka Nurowskiej przechodzi swoiste katharsis, pomagając innym, zmieniając inne kobiety, pomaga sobie, uczy się siebie w nowej odsłonie. Nie udałoby się jej to, gdyby nie opiekunka-wychowawca Iza, która okazuje Darii dużo zrozumienia, ciepła i sympatii. Autorka wyraźnie udowadnia nam, że więzienie to też miejsce do życia i paradoksalnie miejsce, gdzie można odnaleźć siebie, nadzieję.

Choć dominują w tej powieści kobiety (kobieca dusza z jej tajemnicami i zagadkami) to jednak zwróciłam uwagę na sylwetkę Edwarda. Niejednoznaczny, zaślepiony żądzą kariery, chcący przypodobać się panującej władzy, żądny uznana i poklasku od początku stanowił zbyt silne przeciwieństwo Darii, co tym bardziej podkreśla wyrazistość i realizm postaci i wydarzeń.

Obie linie narracyjne: więzienne życie i przeszłość Darii przeplatają się ze sobą. Brak jest akapitów, co utrudniało mi odbiór. Czasem naprawdę trudno było się zorientować, że kolejny fragment odnosi się do innych wydarzeń, do tej drugiej narracji z przeszłości. 

Mimo tego powieść nie pozwala się oderwać, intryguje oryginalnością opisywanego miejsca i wydarzeń, prostotą języka, ciekawymi bohaterami, autentycznością.

To bardzo prawdziwa, po brzegi wypełniona emocjami  powieść o życiu, które bez względu na miejsce może stać się piekłem; o przemianie, o wybaczaniu samemu sobie, o kolejnych szansach. To doskonała powieść o rzeczywistości więziennej, w której, w zależności od tego, jaką maskę założysz, możesz być kimś innym niż w rzeczywistości.


Drzwi do piekła, s. 270, Wydawnictwo Znak, 201

piątek, 10 lutego 2012
Kalinka - Andrzej Lipiński

Tę książkę, będącą zapisem dramatycznej walki z chorobą dziecka, każdy czytelnik odbierze inaczej, zinterpretuje w inny sposób. Bo tego typu wspomnień cierpiącego ojca nie da się oceniać, a nasz odbiór zależy w tym wypadku w dużej mierze od momentu życia, w jakim po nią sięgnęliśmy oraz od tego, co nas w życiu spotkało, czym nas los doświadczył.

Dla mnie jest to pozycja ważna ze względu na poruszaną problematykę, min. walki z chorobą, walki z góry skazanej na przegraną, pogodzenia się z losem, przygotowania na odejście kogoś, kogo się kocha i jednocześnie ślepej wiary w cud i odmiennego pojmowania śmierci.

Los chciał, że mała Kalinka, ukochana córeczka Andrzeja i Barki urodziła się z uszkodzonym genem, co wywołało u niej rdzeniowy zanik mięśni. Los rzucił wyzwanie, spośród 1 na 50 dzieci wylosował właśnie Kalinkę. Od pierwszych dni jej życia rodzice muszą podjąć walkę o nią i o każdy ich wspólny dzień,. Lekarze nie pozostawili złudzeń dając dziewczynce maxymalnie 6 lat życia. I oto rodzice, tak pragnący dziecka stają w obliczu nieuchronnej jego śmierci, pewnej, nieodwołalnej, a tylko odsuniętej w czasie. Bez względu na diagnozę i wyrok, mimo iż pogodzeni z losem i śmiercią, nie rezygnują, podejmują wyzwanie. Rozpoczynają trwająca ponad sześć lat walkę o każdy dzień małej Kalinki, o jej spokojny oddech.

Stopniowo oswajają nową rzeczywistość, tworzą nowy świat intensywnej terapii we własnym domu, samochodzie i właściwie wszędzie, gdzie się pojawią. Starają się na wszystkie sposoby poprawić komfort życia małej. Uczą się obsługi urządzeń, szybkiego działania w chwilach kryzysu, uczą się wspinaczki: tej fizycznej po schodach z wózkiem ale przede wszystkim wspinaczki metaforycznej… w życiu. Ich codzienność to z góry ustalony tryb zajęć skoncentrowany wokół dbania o zdrowie i komfort córki.

Każdy dzień to dla nich huśtawka nastrojów od nadziei i euforii, że coś się udało, że uratowało się małej życie, że lepiej oddycha po zniechęcenie i bezradność, w obliczu niemocy i niemożności uratowania własnej córki  Podziwiam ich za ten zapał i chęć działania, nieustanne poszukiwania ratunku wszędzie, byle by tylko działać i mieć poczucie celowości.

Trzeba wykazać się dużą odwagą, by podzielić się ze światem swoim cierpieniem i bólem. Trzeba mieć siłę i wytrwałość, konieczne do przechodzenia przez całą traumę dwukrotnie, wszak pisanie i wspominanie tego również boli. Może dla Pana Lipińskiego była to forma terapii, mająca przywrócić normalność? Autor bardzo obrazowo i dobitnie pokazuje nam jak różne pojęcie normalności istnieje w świadomości ludzi zdrowych i tych, którzy zmagają się z chorobą bliskich. Normalność to pojęcie wyjątkowo elastyczne i czasem sami możemy ją kreować.

Wiele tu miłości, miłości czystej, niewinnej, nieskalanej miłości do dziecka. Wiele piękna, nadziei, wiary, szczerości i prawdy ale i bólu.

Zycie pokazało mi jak błahe potrafią być problemy, które zaprzątają nam głowę na co dzień, pokazało jak niewiele w życiu zależy od nas, dlatego gdy naprawdę mamy możliwość decydować i zmieniać swoje życie to należy z tej szansy korzystać. To samo o życiu wie Andrzej Lipiński wraz z żoną, przeszli przez to, co najtrudniejsze. Człowiek, który nie doświadczył tego, nie wie co to znaczy.  Może jednak wyciągnąć bardzo ważną dla siebie naukę, by walczyć do ostatniego oddechu, ostatniego spojrzenia, by się nie poddawać do samego końca.

Lipiński zadaje wiele pytań, min tych najtrudniejszych o sens cierpienia w kontekście braku winy. Jakie są odpowiedzi? Zapraszam do lektury.


Kalinka, s. 235, Wydawnictwo Dobra Literatura, 2011



środa, 08 lutego 2012
W odbiciu - Jakub Małecki

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy: niezwykła plastyczność i żywość opisów, już od pierwszych stron, ciągnąca za sobą czytelnika, hipnotyzująca. Zaraz potem wielopłaszczyznowość tej powieści, połączenie realizmu z fantastyką, snu z jawą, prawdy z jej odbiciem. A na sam koniec wydźwięk i przesłanie: potwierdzenie braku równowagi i jednoznaczności w otaczającym nas świecie i rzeczywistości oraz pytanie o życie i jego sens.

W swojej powieści Małecki odwołuje się do różnych wzorców literackich. Bystrość i spostrzegawczość w odniesieniu do rzeczywistości, w której żyjemy sprawia, że powieść może być nazwana powieścią obyczajową. Balansowanie na granicy jawy i snu, mieszanie ich utrzymuje powieść w konwencji onirycznej. Elementy fantastyczne, elementy horroru, groteska – naprawdę jest tego wiele.

Mamy też wielu bohaterów i zarazem narratorów, dzięki czemu z różnych perspektyw poznajemy bieg wydarzeń. Wszystkie jednak łączą się ze sobą, drogi bohaterów się splatają, to, co ich spotyka jest zależne od siebie, jedno jest następstwem drugiego.

A wszystko zaczyna się od tajemniczego morderstwa w kamienicy na ul. Długosza gdzie uduszony zostaje starszy Pan. Karol Bryl, aktualnie bezrobotny, mąż Natalii, pasjonat „zwiedzania” bunkrów i jazdy na motorze przypadkiem dowiaduje się od kolegi Waldka o niewyjaśnionej zbrodni dokonanej na starszym Panu. Ciekawość nie pozwala Karolowi zapomnieć o dziwnym mieszkaniu, w którym podobno nie było ani łazienki ani kuchni. Karol odwiedza mieszkanie, w którym rzeczywiście jedynym sprzętem jest pianino. Od tego momentu zaczynają dziać się dziwne rzeczy, nieszczęścia dotykają jego samego i jego bliskich. Bohatera nawiedzają niewyjaśnione sny, zło wylewa się z każdego zakamarka, ludzie się zmieniają. Również w otaczającej rzeczywistości zwiększa się liczba wypadków, morderstw, pobić, gwałtów… czy to wszystko może mieć związek z mieszkaniem na Długosza? Co jest prawdą, a co tylko wytworem wyobraźni? Karolowi wyraźnie zaciera się granica między prawdą a urojeniami, jednak usilnie próbuje ratować swoje porwane życie jak i odnaleźć powiązania między tym, czego staje się świadkiem.

Oprócz Karola jest Waldek, Wafel, Pani Genowefa cierpiąca na guza mózgu i alkoholik Pielgrzym, którego nawiedzają halucynacje. Życie każdej z tych osób ulegnie zmianie. Łączy ich nie tylko mieszkanie na Długosza ale również fakt, iż w pewnym momencie muszą zdecydować, jaką decyzje podjąć, jaką drogą pójść. Tylko czy na pewno każda historia ma wiele odbić? Czy być może ustalony z góry jest jeden scenariusz i każda historia ma jedno odbicie? W odbiciu nie wszystko jest takie samo. Inaczej wyglądamy w oczach innych, inaczej w swoich własnych gdy patrzymy na coś, co zrobiliśmy i na siebie po fakcie lub z perspektywy czasu.

W niektórych momentach czułam się trochę jak u Bułhakowa: poprzez sposób zmiennej narracji, połączenie różnych wątków, elementy groteskowe, niedopowiedzenia. W innych, bohater walczący z niezrozumiałym światem, prostota i chłód w opisie najdziwniejszych snów i wydarzeń sprawiały, że miałam poczucie odrealnienia żywo zaczerpnięte z Kafki.

Dziwna aczkolwiek wciągająca i fascynująca proza. Polecam!


W odbiciu, s. 300, Wydawnictwo Powergraph 2011

niedziela, 05 lutego 2012
Paweł Pollak - Gdzie mól i rdza

Wracam do twórczości Pawła Pollaka - tym razem w moje ręce trafiła wyczekana kolejna powieść autora. Wyczekana, gdyż naprawdę po ostatniej, a właściwie po wszystkich, czułam niedosyt i z niecierpliwością śledziłam zapowiedzi wydawnicze.

Tym razem przenosimy się do Wrocławia, gdzie komisarz Marek Przygodny musi rozwikłać zagadkę tajemniczego morderstwa. Otóż w bardzo niespotykany i spektakularny sposób ginie Mateusz Majewski, samotny staruszek, stroniący od ludzi, żyjący pośród czterech ścian swojego domu. Odnaleziony denat jest oskalpowany, a w ciele jego tkwi strzała. Ta zbrodnia, przypominająca obrządek i kulturę Indian, staje się początkiem szeregu równie nietypowych morderstw, których ofiarami są starsi panowie. Nie tylko wiek ich łączy ale również osoba Piotra Ratajczyka, pielęgniarza, który opiekował się każdym z nich. Ten jednak posiada na czas zbrodni niepodważalne alibi. Czy jest tym, za kogo się podaje? Jak należy interpretować narzucające się skojarzenia religijne? Który trop okaże się właściwym, a który wyprowadzi komisarza Przygodnego i jego aspiranta Gajdę na manowce?

W błędzie jest ten kto uważa, iż powieść kryminalna to tylko intryga, napięcie i śledztwo. Paweł Pollak prezentuje nam kolejne elementy, tworzące razem z wyżej wymienionymi idealną całość. Do zawiłej i niezwykle ciekawej intrygi, fachowego, pełnego szczegółów, niejasności i zagadek śledztwa dokłada trafne spostrzeżenia na temat rzeczywistości i realiów życia w Polsce. Kolejne tropy i poszlaki często dość humorystycznie łączy ze specyfiką i stylem pracy policjantów (o której większość osób wiedzę czerpie z seriali kryminalnych, a które, jak udowadnia autor, niewiele mają wspólnego z rzeczywistością) oraz z życiem prywatnym komisarza.

Właśnie! Komisarz i inni bohaterowie. Nie są tylko uczestnikami śledztwa, to ludzie z krwi i kości, posiadający własne życie, problemy i rozterki, co wraz z rzetelnością prowadzonego dochodzenia stanowi o autentyczności powieści. Miałam wrażenie, że problemy małżeńskie Przygodnego naturalnie wpisywały się w przebieg śledztwa, nieodłącznie szły w parze: im więcej zagadek i tropów, tym więcej przemyśleń komisarza natury prywatnej.

Nie mogę nie wspomnieć o koniecznym elemencie powieści kryminalnej. Napięcie. Tutaj rozkłada się inaczej niż zazwyczaj w kryminałach. (To chyba kolejna cecha charakterystyczna twórczości pana Pollaka, za co myślę należy mu się uznanie.) Napięcie budowane stopniowo i powoli, nie kumuluje się, nie przytłacza choć wciąż utrzymuje odpowiedni poziom emocji, a jednocześnie pozwala dostrzec inne elementy powieści, daje możliwość spojrzeć szerzej, w kontekście kulturowym i społecznym na opisywane wydarzenia.  

Język prosty, inteligentny dowcip, cięty język (chociażby patologa Małeckiego) cynizm, zauważony przeze mnie już wcześniej w twórczości tego autora, tylko dodają smaku tej powieści.

Tytuł wpisuje się w symbolikę, kontekst i specyfikę opisywanych wydarzeń i bohaterów. Myślę, że trafne dobranie tytułu do tekstu również zasługuje na uwagę i uznanie, a panu Pollakowi po raz kolejny się to udało. 

Żadnych wątpliwości: polecam i czekam na kolejne części przygód komisarza Przygodnego, aspiranta Gajdy i mało błyskotliwych posterunkowych Wójcika i Wojtkiewicza.

Za egzemplarz powieści dziękuję Panu Pawłowi Pollakowi i Wydawnictwu Oficynka

"Jak cię boli brzuch czy głowa , to sobie ulżysz, skulisz się albo rozmasujesz skronie, ale kiedy rozrywa ci serce , ból możesz zagłuszyć tylko innym bólem…"

"Są w życiu człowieka zdarzenia, po których nic już nie jest tak jak wcześniej. Od których Czas liczy się na nowo."


Gdzie mól i rdza, s. 384, Wydawnictwo Oficynka, 2012

Są w życiu człowieka zdarzenia...

"Są w życiu człowieka zdarzenia, po których nic już nie jest tak jak wcześniej. Od których Czas liczy się na nowo."

Stąd moja nieobecność na blogu i brak recenzji. A książki, które zawsze wydawały się doskonałym lekarstwem na wszystko, odskocznią i odpoczynkiem, tym razem nie pomagały...

Ale chyba wracam powoli.

A cytat pochodzi z powieści Gdzie mól i rdza Pawła Pollaka, która właśnie w moich rękach. Lada moment recenzja.

Teraz czytam
A zaraz potem KONKURS ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~~~~~~~~~~~~~~~~ ~ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Spis moli
~~~~~~~~~~~~~~~~~