Odkrywamy tajemnice, odkrywamy sens i znaczenia, odkrywamy samych siebie, odkrywamy świat na nowo, świat zaklęty między słowami...
sobota, 19 lutego 2011
Willa - Magdalena Zimniak

"Wolność jest możliwością wyboru, ale żeby go dokonać, należy zrozumieć siebie." Jak silna jest potrzeba wolności w człowieku? Jaką cenę przychodzi za nią zapłacić bohaterom?

A głównymi bohaterkami są Marzena i Ewa ale przede wszystkim willa na warszawskim Żoliborzu. Willa, kryjąca jakąś mroczną tajemnicę i dzięki Marzenie, odkrywająca ją powoli przed czytelnikiem. Ten dom odkrywa prawdę o przeszłości, o ludziach, którzy tam mieszkali ale i o tych, którzy są teraz jego właścicielami. W Willi bowiem nakładają się na siebie dwie przestrzenie czasowe. A "Przeszłość wyjaśniała teraźniejszość i odwrotnie, obie mieszały się z przyszłością."

Teraźniejszość – rok 1998. Bohaterką jest Marzena, niepewna siebie, zahukana żona Artura, człowieka, który związek z nią buduje na całkowitej zależności, na kontroli i zabranianiu posiadania jakiegokolwiek prywatnego życia. Marzena ma za sobą trudne dzieciństwo, wychowywała się w domu dziecka, nie zna swoich rodziców, przez wielu była odrzucona i zawsze czegoś od niej wymagano. Jej życie określone jest przez dwa magiczne słowa „staraj się”. Słyszała je wielokrotnie w dzieciństwie, słyszy je też od swojego męża.

Przeszłość to rok 1967. Bohaterką jest Ewa szalenie i z wzajemnością zakochana w Maćku, a to wszystko na tle przełomowych wydarzeń politycznych. Kiedy Maciek zostaje aresztowany Ewa, by go ratować decyduje się zostać żoną partyjnego dygnitarza Piotra Załęskiego, jednocześnie będącego jej przyszywanym wujkiem i zamieszkują tę samą żoliborską posiadłość. Piotr – człowiek bezwzględny i surowy szantażuje ją, jest okrutny i stosuje wobec niej przemoc fizyczną jak i psychiczną.

Co łączy te bohaterki? Za sprawą domu te dwie rzeczywistości się przenikają, nakładają się na siebie losy dwóch kobiet, żyjących w cierpieniu i udręce. Zaczyna się dziać coś dziwnego a miejscem, które szczególnie łączy te kobiety i te dwie rzeczywistości staje się piwnica starej willi.

Trudno mówić o tej powieści, żeby nie wyjawić za wiele treści, bo naprawdę warto odkrywać i poznawać ją samemu. Niektóre elementy fabuły nie przypadły mi do gustu, zbyt banalne i wymuszone, samo zakończenie "sprawy" Ewy na przykład ale w patrząc na całość znikają one gdzieś pomiędzy dobrze poprowadzoną akcją, naprawdę zgrabnie nałożonymi na siebie historiami z przeszłości i teraźniejszości i fakcie, że by zrozumieć teraźniejszość trzeba cofnąć się do tego, co było.

To powieść głęboko psychologiczna, prezentująca różne postawy dwóch kobiet, ukazująca relacje kobieta – mężczyzna i mechanizm zależności między ofiarą i jej katem. Wiele tu się mówi o miłości, miłości czystej i pięknej, w imię której można robić naprawdę dziwne, a czasem przerażające rzeczy ale też o miłości chorej, o miłości obsesyjnej i nienormalnej, bo podszytej strachem, nienawiścią i brakiem pewności siebie czy niską samooceną. Czy miłość naprawdę rządzi się innymi prawami, nie można w nią ingerować i nad nią zapanować? Czy miłość może tłumaczyć okrucieństwo? W wielu momentach zachowanie Marzeny wywoływało we mnie prawdziwą wściekłość, nie mogłam zrozumieć jak można dać się tak traktować? Nawet miłość tego nie usprawiedliwi, nie da podstaw i nie jest w stanie zatrzeć śladu w sercu.

Reakcje i zachowania obu bohaterek na pewno budzą kontrowersję, wywołują wiele emocji, skłaniają do refleksji, do zadania sobie kilku pytań. Podobnie jak zachowania męskich postaci, które jednak wypadają blado na tle kobiet, tym bardziej, że są ukazane trochę może zbyt łopatologicznie - podzieleni według schematu czarny – biały, bez odcieni szarości w osobowości każdego z nich a tak nigdy się nie dzieje.

W tej ciekawej powieści miesza się wiele gatunków na granicy powieści obyczajowej, społecznej, historycznej i kryminalnej. Powieść wciąga i w pewien sposób hipnotyzuje. Magdalena Zimniak roztacza przedziwną atmosferę tajemniczości i melancholii, zadaje pytania i nurtuje. Warto przeczytać.


Willa, s. 350, Wydawnictwo JanKa, 2010

piątek, 18 lutego 2011
Ostatni raz - Anna Gavalda

Po powieściach Po prostu razem czy Pocieszenie spodziewałam się tej Anny Gavaldy, która tak mnie urzekła, pełnej przeżyć, emocji, treści, pełnej pytań bez odpowiedzi. Nie wszystko udało mi się odnaleźć…

Jest to opowieść rodzeństwie: Simon, Garance i Lola urywają się z nudnego wesela, by odwiedzić najmłodszego brata Vincenta i wykorzystać to spotkanie jako okazję do wspomnień, do powrotu do przeszłości i do dzieciństwa.

I tu w tej pozornej beztrosce pojawia się obawa, że to już koniec młodości, że każdy z nich  musi dorosnąć, że nic już nie będzie takie jak kiedyś. Że czasu mniej, że inne podejście do życia, obowiązki etc.

Cały ten pomysł nie wydaje mi się mieć jakiekolwiek podstawy. Dlaczego to ostatni raz? Dlaczego nie mają już wrócić do tego? Poza tym, to, co mówią, co robią przy tym spotkaniu nie robi na mnie takiego wrażenia, jak powinno robić to „coś” szczególnego, co ma miejsce prawdopodobnie ostatni raz w życiu. Nie trzeba zamykac akurat tego etapu w swoim życiu, kontakty z rodzeństwem są i będą, można o nie dbać. Można spędzać razem czas.. może inaczej ale bez przesady.

Owszem jest tu trochę tej Gavaldy, którą tak lubię, która potrafi pięknie pisać o emocjach, o rzeczach ważnych w życiu każdego z nas, potrafi oczywiste prawdy oddać w jakiś szczególny sposób. Jest piękna relacja rodzeństwa, które porozumiewa się bez słów, które doskonale zna się nawzajem, jest sobie życzliwe i przyjazne, zawszę wyrozumiałe i chętne do pomocy. Z obecności brata czy siostry oni czerpią siłę, moc, wiarę i optymizm. Mają w nich całkowite oparcie. Ale czy coś jeszcze?

Narratorką jest Garance. Jak to u Gavaldy narracja pocięta jest na małe kawałki (uwielbiam ten zabieg), co pozwala nam, tym samym, odczuć upływ czasu, pokazuje kawałeczki rzeczywistości teraźniejszej i tej z przeszłości, układające się w jedną całość. Jest sporo humoru, dialogi są naturalne i spontaniczne.

Czytelnik wraca do swojej przeszłości, do tego czasu beztroski, gdy wszystko było proste, inne. To na plus tej powieści. Porusza pewne struny, skłania do refleksji, pozwala docenić rodzeństwo, jeśli się je ma.

Może Gavalda sprawdza się bardziej w skomplikowanych większych obyczajowo-psychologicznych powieściach? Sama nie wiem.

A może gdyby oryginalny tytuł został zachowany inaczej bym to odbierała? ( Piękna ucieczka - chyba bardziej adekwatny)


Ostatni raz / L’échappée belle, przeł. Magdalena Krzyżosiak, s. 120, Wydawnictwo Świat książki

Anna Gavalda na moim blogu:

http://miedzystronami.blox.pl/2010/01/Po-prostu-razem-Anna-Gavalda.html

http://miedzystronami.blox.pl/2010/04/Pocieszenie-Anna-Gavalda.html

http://miedzystronami.blox.pl/2010/04/Pocieszenie-Anna-Gavalda.html

czwartek, 17 lutego 2011
Bar dobrych ludzi - J.R. Moehringer

Bar dobrych ludzi wzrusza i czaruje. Ta autobiograficzna powieść autora nagrody Pulitzera porywa i przenosi w inny świat.

Ta powieść opowiada o kształtowaniu się charakteru mężczyzny, o trudnym dorastaniu, weryfikowaniu planów i marzeń przez rzeczywistość. Opowiada o bolesnym okresie dojrzewania, popełniania wielu błędów i pomyłek na drodze do zrozumienia siebie i otoczenia, na drodze do kariery i prawdziwego życia. Podczas tej drogi poznajemy ogromną ilość bohaterów, z którymi coś połączyło główną postać - JR. Ludzi, od których czerpie wiedzę, od których się uczy, którzy stają się dla niego mentorami, wzorcami.

Bo takiego wzorca postępowania mu zawsze brakowało. Wychowywał się bez ojca, który żył gdzieś w „radiowym” świecie i JR znał jego głos jako prezentera. Zasłuchiwał się w nim, marzył o poznaniu go ale to matka była tą, która o niego dbała i która wychowała go na mądrego i wrażliwego człowieka. Jednak jak każdy dorastający chłopiec poszukiwał męskiej akceptacji, uznania. Owszem, miał w swoim otoczeniu kilku mężczyzn ale Ci najważniejsi, u których znalazł akceptację, nie byli członkami jego rodziny, tzn. stają się nimi, jednocześnie stając się wiernymi i prawdziwymi przyjaciółmi.

To członkowie „rodziny pubu” Dickens, potem przemianowanego na Publicans. ( Manhasset na Long Island). To właśnie w tym pubie JR dorasta. Poznał bar jako mały chłopiec i doczekał się w końcu momentu gdy jako pełnoletni staje się pełnoprawnym członkiem tej wspólnoty, zdobywszy sobie szacunek i sympatię starszych kompanów. Ci starsi koledzy stali się dla JR opoką, to oni nauczyli go czym jest bezinteresowna pomoc, przyjaźń, wsparcie, wielkie serca gotowe i zawsze otwarte.

Prowadząc nas przez swoje życie od dzieciństwa po dorosłość JR ukazuje zmiany, jakie w nim zachodzą, widzimy jak rozumie coraz więcej, jak buduje swoją przyszłość. Jest przykładem tego, jak dzięki uporowi, silnej woli i wierze we własne siły, oraz wsparciu i wierze bliskich można osiągnąć cel. I choć tak naprawdę marzenia o przyszłości wciąż się mu zmieniały, to szedł przed siebie, dostał się na studia, mimo problemów skończył je, podejmował różne pracy poszukując swojego miejsca, wiele razy się mylił, wiele razy żałował podjętej decyzji ale potrafił iść dalej. Wiele się w jego rzeczywistości zmieniało, zmieniały się też kobiety, do których nie miał szczęścia ale jedno pozostawało niezmienne – pub Publicans. Punkt orientacyjny na mapie życia. Do niego zawsze mógł się odnieść. Tam mógł zawsze wrócić, tam mógł zawsze się schronić. To był jego azyl… myślę, że to była jego ucieczka, to było miejsce, gdzie mógł się schować, odpocząć od przytłaczającego problematycznego świata, zebrać myśli, znaleźć odpowiedzi na pytania, skonfrontować swoje zdanie z opiniami przyjaciół i przeć dalej. Nigdy nie uciekał tu przed życiem, zbierał siły, by na nowo stawić mu czoła.

Autor w tej powieści stworzył niezwykle barwną i arcyciekawą społeczność małego, uroczego baru. Dobrał do siebie charaktery tak różne i kontrastujące, że dzięki temu każdy czytelnik odnajdzie tam siebie. I nie mówię tu o grupie pijaków, przesiadujących tylko za barem przy drinku, bo owszem, alkohol był tu ważnym elementem ale cały pub i jego istota mają tu wymiar symboliczny. Publicans to drugi dom, to miejsce, za którym się tęskni czytając o nim.

J.R. Moehringer w niezwykły sposób mówi tu o rzeczach zwyczajnych. To proza nostalgiczna i pełna emocji, pełna bólu i smutku ale też radości i pięknych przeżyć.

Bar dobrych ludzi to powieść z gatunku tych, przy których nie czuje się upływu czasu. Urzeka liryczność i jakaś taka magia, jakby z nutką fantastyki i baśniowości… ale jednocześnie bez oderwania od prawdy i realności.

Ze smutkiem przekręca się ostatnią stronę tęskniąc już za atmosferą małego, pełnego wszystkich emocji i przeżyć pubu. Trudno opisać słowami klimat tego miejsca, a tym samym klimat tej powieści. Polecam!


Bar dobrych ludzi / The tender bar, przeł. Maciej Potulny, s. 552, Wydawnictwo Sonia Draga, 2009

 

wtorek, 15 lutego 2011
Koniec tygodnia - Bernhard Schlink

To moje drugie spotkanie z Bernhardem Schlinkiem i kolejne rozliczenie z przeszłością  Niemiec, jakiego dokonuje autor. Przeszłością trudną i pełną wielu dramatycznych zwrotów.

Głównym, a właściwie jedynym z głównych bohaterów jest Jorg, członek RAFu anarchistycznej lewicowej organizacji, który po dwudziestu latach wychodzi z więzienia. Odsiedział wyrok za dokonanie czterech morderstw, a teraz został ułaskawiony przez prezydenta. Jego siostra Christiane chce go powitać na wolności i w swoim domku na wsi organizuje spotkanie jego dawnych przyjaciół, współtowarzyszy w buncie, którzy jednak nie zdecydowali się na tak drastyczne i skrajne kroki jak morderstwa, mimo cienkiej linii oddzielającej ich od tego.

Jak w nowej rzeczywistości, w nowym systemie, po tylu latach wypadnie spotkanie tych ludzi? Wszak wraz z sytuacją polityczną zmieniły się ich poglądy, podejście do problemu terroryzmu, do otaczającego ich świata. To, co kiedyś potępiali, z czym się kiedyś nie zgadzali stało się ich rzeczywistością i codziennością. Teraz prowadzą spokojne i ułożone życie. Czy mogą się porozumieć i zrozumieć człowieka, która w imię ideałów, w które wierzył zabijał niewinnych?

To spotkanie staje się przyczynkiem do rozgrzebywania przeszłości, do skonfrontowania jej z teraźniejszością. Bohaterowie muszą spojrzeć na siebie z perspektywy czasu, na siebie z tamtych młodzieńczych lat, muszą rozliczyć się ze swoimi niespełnionymi marzeniami i planami. Rozpamiętują i roztrząsają całą istotę i sens tego rewolucyjnego buntu, porównując swoją sytuację z tą, w jakiej znalazł się Jorg. Stają się w pewnej chwili jednocześnie znowu młodzi, pozostając starymi i całkowicie odmienionymi. Tak jak Jorg, każdy z nich wytyczył kierunek swojemu życiu i muszą się z tym teraz zmierzyć.

Czy coś jeszcze ich łączy? Czy pozostają już dla siebie całkowicie obcymi ludźmi? Wszystko tu kręci się wokół decyzji i wyborów, tych z przeszłości i tych, których należy dokonać teraz.

Walkę z samym sobą musi stoczyć Jorg. Ten bohater jest dla mnie nijaki, bez wyrazu, zmęczony już życiem i wypalony i drażnił mnie. Jednak musi stanąć twarzą w twarz z rzeczywistością. Najpierw musi odpowiedzieć na pytanie czy czuje skruchę? I jest to pytanie dość uniwersalne, dotyczy nie tylko tego jednego terrorysty, ale mam wrażenie oddać ma to, co dzieje się ogólnie w umysłach ludzi postępujących tą drogą. Czy skrucha w ogóle jest możliwa? Jorg musi wybrać między dawnymi ideałami, wierząc w nie i przyznając im słuszność albo uznając je za fałszywe i żałować popełnionych czynów. A jeśli wybierze się drugą drogę, czy oznacza to, że wszystko spisuje na straty, że całe życie przeżyte według tych prawd i ideałów musi iść na zmarnowanie? Czy można po latach zmienić całkowicie podejście, obrócić się o 180 stopni i nie być przegranym?

Te i szereg innych pytań stawia Schlink w tej powieści czyniąc ją dość kontrowersyjną i zastanawiającą a jednocześnie ciekawą. Nie ukrywam, momentami również zbyt płaską i nudnawą w niektórych rozdziałach i dialogach. Czegoś mi brakowało. Nie ma tu oceny autora, a tylko obiektywizm w relacjonowaniu pewnych wydarzeń z historii Niemiec. Temat mi w ogóle nieznany i na pewno jeszcze wiele powinnam się dowiedzieć w tej materii ale to całkiem niezły początek.


Koniec tygodnia / Das Wochenende, przeł. Marta Szafrańska-Brandt, s. 184, Wydawnictwo Muza, 2010

Bernhard Schlink na moim blogu:

http://miedzystronami.blox.pl/2010/01/Lektor-Schlink-Bernhard.html

poniedziałek, 14 lutego 2011
A million little pieces ( Milion małych kawałków) - James Frey

James Frey jest zarazem autorem i bohaterem powieści – dziennika A Milion Little pieces. Przez długi czas nie mogłam znaleźć nigdzie tej książki w języku polskim ale, ku mojej radości, natknęłam się na oryginał. I chyba nawet bardziej się z tego cieszę.

W swoim wstrząsającym dzienniku – spowiedzi, pokazuje czym jest nałóg, do czego może doprowadzić, jak może zniszczyć człowieka fizycznie ale przede wszystkim jak się odciska na psychice.

Frey jest wrakiem człowieka, każda kolejna dawka narkotyku czy alkoholu może doprowadzić go do śmierci. Lekarze dziwią się, ze jeszcze żyje. Nie pozostaje mu nic innego.

Podejmuje decyzję o odwyku i dzielnie walczy. Walczy realnie w najlepszym Ośrodku, walczy przede wszystkim w swoim umyśle i to jest najtrudniejsza wojna, jaką przychodzi mu stoczyć. A myślę, że ma od samego początku trudniej, gdyż nie tylko nie godzi się na wszelkie obowiązujące w ośrodku reguły, łamiąc je, ale odrzuca też jedyne (według lekarzy i specjalistów z tego ośrodka) metody, umożliwiające wyleczenie, czyli słynne „Dwanaście kroków” oraz pokładanie wiary w Bogu lub jakiejkolwiek sile wyższej. Otóż, ani w Boga ani inne siły James nie wierzy, zostaje przy swoich wartościach i przekonaniach. Oddziela zdecydowanie życie od śmierci. Potem już nie ma nic, więc nie ma się co nad tym zastanawiać. Trzeba żyć, życiem jakie się ma. James wierzy, że doskonale sobie poradzi bez Boga. Bo w kwestii uzależnienia nie ma nikogo, kto tu może pomóc, kto jest temu wszystkiemu winien, poza nim samym. Frey nie szuka winy w innych, w środowisku, w zbiegach okoliczności, nieszczęśliwym dzieciństwie etc. Wie, że jest ofiarą samego siebie. I, co bardzo ważne, odrzuca pogląd, że alkoholizm i wszelkie uzależnienia są chorobą i mają cokolwiek wspólnego z genetyką. Wygłasza on niezwykle ciekawy monolog – to właściwie tok myślowy, w którym udowadnia, że chorobą jest rak czy Alzheimer, a nałóg zaczyna się i kończy tylko na naszym indywidualnym wyborze. Robisz, co chcesz, sam o tym decydujesz i od Ciebie zależy, którą drogą pójdziesz. Jeśli wybierzesz niewłaściwą, wtedy zaczyna się nałóg. I nie możesz zrzucić na nikogo i na nic odpowiedzialności, a to właśnie się dzieje, gdy opieramy się na genetyce czy predestynowaniu do pewnych uzależnień. Frey wybiera bardzo odważną metodę leczenia, ale twardo obstaje przy swoich poglądach, negując wszelkie inne teorie. Człowiek musi walczyć, musi uwierzyć, że to od jego decyzji zależy jego życie, musi nauczyć się odpowiedzialności za swoje czyny. Musi zrozumieć, jak ważny w życiu jest honor i godność i nie zapominać o nich na co dzień.

A jak to jest przekazane?

Bez ubarwień, bez metafor, ostro i brutalnie, z całym okrucieństwem bólem i cierpieniem. Co ważne! Dociera to tym bardziej do czytelnika bo Frey używa do bólu zwyczajnego języka, a zarazem poraża formą. Pisze bez interpunkcji, bez wydzielonych dialogów, podziału na to, kto co mówi, pisze w krótkich urywanych zdaniach, używa  pojedynczych wyrazów, wykrzykników, które mówią tak wiele, znacznie więcej niż potok słów. Wszystko, co mówi, myśli bohater jest do bólu oszczędne, wręcz ascetyczne, a dociera głęboko do mojej świadomości, zatrzymuje się i nie daje spokoju. Emocje rosły z każdym słowem, autor zwinnie nimi manipulował, kładąc nacisk na pewne zwroty czy wyrażenia, powtarzając je po kilka razy, inne osłabiając. Genialny zabieg, który w przypadku książki o takiej treści sprawdza się jak najbardziej.

To powieść o niezłomności ludzkiego charakteru, o sile człowieka, który z wielu sytuacji potrafi się podnieść. To opowieść o przyjaźni, która nawet w takim miejscu, może połączyć ludzi z tak przedziwnymi i zniszczonymi życiorysami. To wreszcie powieść o miłości, która nakręca wolę walki o „trzeźwość” i odwrotnie.

Wiele granic fizyczno – psychicznych przekracza autor w doskonałych scenach: opis leczenia kanałowego u dentysty, kiedy znieczulenie nie było możliwe, ze względu na uzależnienie bohatera – przekraczamy tu całkowicie barierę bólu; swoista „spowiedź” jakiej dokonuje Frey przed rodzicami, opowiadając historię swoich uzależnień. I wiele innych. Książka jest pełna mroku, brudu i bólu ale również piękna i nadziei. Język i forma potęgują wrażenia.


A milion little pieces / Milion małych kawałków, przeł. Patryk Gołębiowski, s. 383, Wydawnictwo  Nan A. Talese / G+J (polskie wydanie), 2003/2006

 

sobota, 12 lutego 2011
Nie odstępuj ode mnie - Elizabeth Strout

Nie odstępuj ode mnie to powieść psychologiczno – obyczajowa poprzedzająca głośne ostatnio Okruchy codzienności.

Do małego miasteczka w Nowej Anglii przybywa nowy pastor Tyler Caskey wraz ze swoją żoną Lauren. Wszystkie oczy zwrócone są na nowo przybyłych i wiadomo, że zostaną oni poddani surowej ocenie. Wiadomo, nie łatwo jest wejść do szczelnie zamkniętego środowiska, zdobyć zaufanie i szacunek. Lauren całkowicie różni się od wszystkich członków społeczeństwa, jako pochodząca z bogatej rodziny, rozpieszczona i spędzająca czas głównie na zakupach nie potrafi odnaleźć się wśród Kółek Dobroczynności czy Kółka Religijnego. Jest zbyt napuszona, zbyt wytworna i wyniosła. Tyler - mężczyzna zwracający uwagę, przystojny i młody stara się za wszelką cenę wkupić się w łaski mieszkańców.

Oboje są dla, zmęczonych życiem i codziennymi problemami, mieszkańców zbyt doskonali, zbyt błyszczący i idealni. Oni źle się czują w obecności kogoś tak kryształowego. Muszą mieć pastora – człowieka, jak oni, który ich zrozumie, a nie wygłosi nowatorskie niezrozumiałe kazanie. Mimo wszystko Tyler stara się.

Wszystko zmienia się, kiedy żona pastora umiera, a on zostaje sam z dwiema córkami. Nagle, pogrążony w żałobie, nie jest w stanie znaleźć wspólnego języka z nikim z wiernych jego kościoła, nie potrafi się z nimi porozumieć. Przemęczony, targany wątpliwościami i nie może zapanować nad swoimi słabościami. Nie wie też jak zadbać o starszą córkę, która zamyka się w sobie, przestaje mówić, staje się agresywna i wykazuje objawy niezrównoważenia i wrogości wobec wszystkich. Musi zmierzyć się teraz z samym sobą i przede wszystkim z istotą powołania do roli kapłana.

Autorka doskonale oddaje małomiasteczkowy, klimat w  niezwykły sposób ujmując  społeczność jako całość oraz bohaterów indywidualnie. Co ważne: bohaterów zwyczajnych, normalnych, nie upiększonych. Miasteczko, jakich wiele, mieszkańcy żyją problemami nie tylko swoimi ale i problemami innych. Nie trudno więc o plotki, o skandale, o pomówienia. Tym bardziej, jeśli nareszcie można dokuczyć komuś, kto był tak idealny. Tym bardziej jeśli wyczuje się słabszy moment u kogoś, kto przecież powinien być silny, powinien być podporą dla innych. Ktoś był tak wspaniały, przez co zadzierał nosa i odstawał od innych, a teraz sprawia im zawód, więc kiedy można „coś znaleźć” na niego, to jak najbardziej, trzeba wykorzystać okazję. Jest to tym łatwiejsze, im więcej ma się własnych grzeszków i win. Najłatwiej jest oceniać innych.

Strout ukazuje jak działa zawiść ludzka. Pokazuje jak można zniszczyć człowieka, ale również jak błędnie można odczytać czyjeś intencje, pomylić się w ocenie i tym samym wyrządzić wielką krzywdę. Widzimy, do czego może posunąć się człowiek głęboko zraniony i nieszczęśliwy, a takich jest wielu w tej powieści. Na szczęście wskazuje też na siłę pojednania i wybaczenia. Daje nadzieję i wzrusza. Wiele jest tu wiedzy o człowieku, o jego naturze, o emocjach i pragnieniach, o nas samych…

Prowadzona sennie i powolnie narracja pozwala wniknać w klimat powieści, a jednocześnie nie daje się znudzić.

Elizabeth Strout świetnie sprawdza się w powieściach obyczajowych. Cały wątek obyczajowości małego miasteczka w powieści Okruchy codzienności jest jeszcze bardziej rozbudowany, bogatszy o kolejne typy postaci. Uniwersalizm bije z obu tych powieści.

Polecam na powolne, leniwe popołudnie.


Nie odstępuj ode mnie / Aide with me, przeł. Ewa Westwalewicz – Mogilska, s. 302, Wydawnictwo Świat Książki, 2008

Elizabeth Strout na moim blogu:

http://miedzystronami.blox.pl/2011/01/Okruchy-codziennosci-Elizabeth-Strout.html

Kanalia - Paweł Pollak

Intrygowała mnie okładka – zimna, surowa i tajemnicza. Intrygował mnie tytuł. I przede wszystkim chciałam zatrzeć niemiłe wrażenie, jakie pozostawił we mnie poprzedni polski kryminał Instytut. Jakie efekty? Myślę, że fakt, iż zaczęłam wieczorkiem i nie odłożyłam dopóki nie przekręciłam ostatniej strony mówi sam za siebie.

Kanalia jest kryminałem psychologicznym. Otóż mamy do czynienia z trzema morderstwami: w rzece znaleziono zwłoki młodej kobiety zabitej strzałem w tył głowy; w slumsach ubogiej dzielnicy odkryto ciało narkomana uderzonego tępym narzędziem w głowę; i wreszcie w domu policja odnajduje zmasakrowane torturowane ciało kobiety – pani architekt.

Czy coś łączy te morderstwa? Miały miejsce w odstępie kilku dni, w miesiącu marcu. Na pozór każda z ofiar pochodziła z różnego środowiska, co tym bardziej wykluczało jakiś związek miedzy ich śmiercią. Jak jest naprawdę?

Do pracy rusza policja, śledztwo prowadzone jest przez trzech policjantów. Inspektor Markowski to agresywny, niesympatyczny stary „wyjadacz”, znający się dobrze na swojej pracy ale z utartym sposobem działania. Podobnie jak jego towarzysz komisarz Senik.  Dołącza do nich „żółtodziób” aspirant Lepka, młody, po studiach, skromny idealista, działający zgodnie z zasadami, nie do końca jeszcze odnajdujący się w systemie i w policji.

Pollak doskonale zestawił tych bohaterów zwracając uwagę na całkowitą amatorszczyznę Lepki, pozwalając mu popełniać wiele błędów, wprowadzając nas w świat jego naiwnych myśli i planów, które snuje jako niedoświadczony i nie znający życia świeżak w policji. Sytuacje, z jakimi przychodzi mu się zmierzyć autor okrasza odpowiednią dawką humoru i ironii, sprawia, że czytelnik darzy sympatią tego bohatera i mu kibicuje, mimo iż wydaje się, iż nie do końca praca w policji to jego powołanie.

Na uwagę zasługują niezwykłe ciekawe dialogi bohaterów. Naturalne, bogate i co ważne, niezwykle humorystyczne. Żywe i plastyczne, pozwalają poznać bliżej każdego z bohaterów i podążać za nim, jego tokiem myślenia i postępowaniem. Język jest barwny i prawdziwy, z nutką cynizmu i sarkazmu.

Fabuła zakręcona ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Dzieje się naprawdę wiele i to w bardzo szybkim tempie. Nie jest to kryminał z typu strasznie trzymających w napięciu, w których ze strachem przekręcamy kolejną stronę. On wykracza trochę poza stereotypy. To kryminał z genialnie, misternie prowadzonym i opisanym szczegółowo śledztwem. Czytając zagłębiamy się coraz bardziej, zachęceni możliwością rozwikłania tej zagadki. Doskonałe źródło poznawcze jeśli chodzi o sposób prowadzenia śledztwa. Autor raczy nas dużą ilością szczegółów, procedur, zwyczajów, przedstawia tok myślenia policjanta znającego się na rzeczy. Nie spotkałam się z tym jeszcze w kryminale.

Oprócz świetnej akcji mamy tu też jednak refleksję nad człowiekiem i potwierdzenie słów, że od miłości do nienawiści naprawdę niewielki krok a siła miłości potrafi być ogromna. Zakończenie mi się podobało, nie spodziewałam się i nie odkryłam kto, co i dlaczego. A to w kryminałach lubię najbardziej – element zaskoczenia.

Rzeźba z okładki okazała się symboliczna i wielce wymowna. Wyjaśnienie tytułu również na plus.

Potrzebowałam rozrywki i Kanalia Pawła Pollaka mi ją zapewniła.

 


Kanalia, s. 256, Wydawnictwo Jacek Santorski & Co Agencja Wydawnicza, 2006

 

piątek, 11 lutego 2011
Dzieci Ireny Sendlerowej - Anna Mieszkowska

Dzieci Ireny Sendlerowej to nowe wydanie książki Matka dzieci Holocaustu. Historia Ireny Sendlerowej. Ten kto spodziewa się tu znaleźć wielką grozę wydarzeń wojennych ten się rozczaruje. To książka – dokument, książka – wspomnienie.

Co tu znajdziemy: ogromną ilość faktów z życia społeczności żydowskiej, statystyki i porównania, nazwiska (nazwiska osób ratowanych – dzieci Holocaustu, ich relacje po latach, nazwiska osób wspomagających działalność Sendlerowej); odnośniki do innych wydawnictw (w tym autorstwa uratowanych) na temat Holocaustu i wreszcie obszerną lekcję historii - nazwy wszystkich organizacji, daty powstania, szerokie opisy kręgu, wspomagającego Żydów.

Anna Mieszkowska - historyk teatru, dokumentalistka, pracownik Archiwum Polskiej Akademii Nauk w Warszawie, nie tylko zebrała i doskonale przedstawiła materiał historyczny i dokumentalny. ( korzystając z wielu dokumentów, notatek, zapisków prywatnych,  udostępnionych przez bohaterkę z jej archiwum). Przedstawiając biografię i działalność Ireny rzuciła naprawdę jasne światło na zjawisko Holocaustu i oddała choć część z rzeczywistości życia w getcie.

Jednak Dzieci Ireny Sendlerowej to nie tylko suchy dokument, to jakby powieść, pełna uczuć, pełna człowieczeństwa i ludzkich odruchów. W parze z bohaterstwem i odwagą szło tu wielkie serce, altruizm, wrażliwość na los innych, odporność na przeciwności losu, wielka siła i wola walki, wola przetrwania w walce o zwycięstwo dobra nad złem.

Każdy w pewnym momencie swojego życia będzie miał okazję pokazać, jakim człowiekiem jest, co w nim w środku siedzi, czym się kieruje i jakie wyznaje wartości. Irena Sendlerowa pokazywała to przez całe swoje życie, kierując się tym, że najważniejsze są w nim "miłość, tolerancja i pokora". To cała prawda i cała mądrość.

Miłość rozdawała Pani Irena wszystkim dookoła; Tolerancja przyświecała jej w każdym momencie życia. Dla niej, bez względu na wiek, pochodzenie czy wyznanie człowiek pozostawał człowiekiem i w sytuacji zagrażającej jego zdrowiu czy życiu należało mu pomóc. "Ludzie dzielą się na dobrych i na złych. Narodowość, rasa, religia nie mają znaczenia. Tylko to jakim się jest człowiekiem." Z pokorą Sendlerowa znosiła przeciwności losu, znosiła biedę i tortury na Pawiaku, z pokorą przyjmowała potem podziękowania i nagrody za swoje życie wojenne.

Ta pełna miłości i heroizmu kobieta to autorytet moralny, wzór postępowania. Pokazywała jak żyć po ludzku nawet wtedy gdy człowiek jest skazany na unicestwienie. Ocaliła wiele pokoleń, bo nie tylko blisko 2500 małych dzieci ale całe ich przyszłe rodziny. Rozdawała „cud ocalenia”, pozostając przy tym skromną  - całe życie nie uznawała swojej działalności za coś wielkiego, pozostając cichym bohaterem.

"Jedyną drogą do odrodzenia ludzkości jest wszechpotężna miłość. Nienawiść rodzi zło, a tylko miłość ma moc trwałą i rokującą nadzieje człowieka. Tylko przez miłość odrodzi się świat."

Tym się kierowała ta waleczna kobieta. Niech to będzie lekcją dla każdego z nas. Daje wiarę w człowieka, przypomina że w tych czasach też byli ludzie, którym zależało na innych, którzy za cenę własnego życia gotowi byli walczyć i starać się dla innych.


Dzieci Ireny Sendlerowej, s. 376, Wydawnictwo Muza SA, 2009

środa, 09 lutego 2011
Spokój doskonały - Amos Oz

Kibuc jest wspólnotą mieszańców, zakładającą połączenie wszelkich aktywności życiowych, wspólne uczestniczenie w życiu społeczności, w życiu innych. Ludzie tu tworzą jedność, żyjącą na wzajem swoim życiem - brak tu prywatności i intymności, rozumianej w ten sam sposób jak u nas. O wszystkim decyduje sekretarz kibucu, zezwala na jego opuszczenie lub nie, przydziela pracę i obowiązki. Z założenia wartościami nadrzędnymi są tu braterstwo, radość, wolność, sprawiedliwość. Ale nie brak również zwyczajnej ludzkiej zawiści, zazdrości, skandali i plotek.

Właśnie w kibucu rozgrywa się akcja powieści, tutaj ludzie żyją innym rytmem, inaczej pojmują świat i życie. W kibucu mogą osiągnąć tytułowy spokój doskonały, poprzez życie w zgodzie z samym sobą i otoczeniem. Kibuc narzuca jednak pewien sposób życia, normy i zasady, którym trzeba się podporządkować. A nie każdy chce żyć stylem życia narzuconym przez środowisko i otoczenie. Tak jak Jonatan Lipszyc, główny bohater powieści, choć w rzeczywistości jest ich tu wielu.

Jonatan znudził się swoją egzystencją w tym hermetycznym, zamkniętym i uporządkowanym środowisku. Ma dość rutyny, chce odpocząć od nakazów, wyznaczających tor jego życia. Ma wciąż poczucie zmarnowanego czasu, braku sensu i celu. Żyje „obok” ze swoją żoną Rimoną, która wciąż opłakuje nieudaną ciążę i śmierć ich córki. Jonatan chce uciec, wierzy, że gdzieś ktoś lub coś na niego czeka i musi się spieszyć, żeby się nie spóźnić. Bo każdy człowiek musi taką decyzję podjąć, jeśli czuje, jeśli wie i nie potrafi już dłużej trwać przy dotychczasowym życiu. W Jonatanie trwa prawdziwa gonitwa myśli. Wielokrotnie autor przedstawia nam tok jego rozumowania, pozwala zapoznać się ze wszystkimi „za” i „przeciw”, ukazuje, co kieruje bohaterem, co go powstrzymuje. Trwa to dość długo, bo nawet sam przed sobą Jonatan nie chce się do pewnych rzeczy przyznać, nie chce ich nazwać, a tym bardziej wypowiedzieć je głośno.

Z decyzją zwleka również kiedy to przybywa do ich kibucu nieznajomy - Azaria Gitlin. Azaria jest całkowitym przeciwieństwem Jonatana. Entuzjasta, pełen życia i energii o nieznanej, aczkolwiek na pewno trudnej, przeszłości, marzący o życiu w tej społeczności. Zdecydowanie przemądrzały, wielbiący porządek i nie wierzący w przypadek. Sprawia wrażenie zarozumiałego, a w rzeczywistości samotny, pragnący bliskości i zrozumienia. Wie, czego chce, pewny jest siebie i zna swoją wartość. Ambitny, czasem aż do przesady.

Jonatan akceptuje jego obecność, toleruje jego relacje z żoną, które przemieniają się w najzwyklejszy romans. Akceptuje to, bo to pozawala osiągnąć wszystkim ten właśnie upragniony spokój. A Jonatan podejmując ostateczną decyzję o odejściu ma czyste sumienie, oddając żonę i wszystko, co posiada w dobre ręce. Mamy tutaj zaprezentowany klasyczny trójkąt, przedziwny jak dla mnie, nie rozumiem zupełnie postępowania głównego bohatera, lekkości, z jaką oddaje wszystko obcemu człowiekowi. Ale chyba tylko na taką okazję czekał. Wyruszywszy w końcu w podróż, w poszukiwaniu siebie, Jonatan odkrywa skrywane w sobie i nieujawnione wcześniej emocje, widzi dokładnie niespełnione marzenia, rozwiane złudzenia. Czy osiąga spokój? Czy rzeczywiście poza kibucem jest w stanie go odnaleźć i być szczęśliwym?

Na tle i w cieniu przeszłych i nadchodzących wydarzeń wojennych w konflikcie Izraela z Syrią, gdy bohaterowie uczestniczyli w wojnie i wciąż nią żyją i ona żyje w nich, narrator opisuje skomplikowane relacje międzyludzkie, przedstawia konflikt pokoleń między ojcami i synami, z których Ci pierwsi kierują się innymi wartościami, jako że sami tworzyli i budowali swój kraj, a nie mogą zrozumieć beztroskich i bezideowych młodych.

Narracja jest prowadzona bardzo wolno, z perspektywy wielu bohaterów. Czasem gdy rozpoczyna się kolejny akapit, nie wiadomo, kto mówi, trzeba poczekać, wczytać się w jego przemyślenia, domyśleć się. Niesamowicie podobały mi się „dialogi” jakie prowadzą bohaterowie. To jakby dialog w monologu, gdy słowa płyną jednym strumieniem, a osoba mówiąca, mówi również za swojego rozmówcę, jednocześnie powtarzając jego pytania lub uprzedzając je i od razu na nie odpowiadając. Bardzo ciekawy zabieg. Mnóstwo tu słów, każde jest starannie dobrane. Wielokrotnie układają się zarówno w niezwykle barwne i obszerne (czasem może zbyt) opisy np. przyrody, otoczenia, lub długie ciągi biegnących myśli, które doskonale oddają charakter jakże żywych i prawdziwych bohaterów.

Wiele pytań: Czy rzeczywiście konieczne jest podporządkowanie się normom i rutynie? Czy to nie od człowieka zależy jak będzie żył, jak będzie w danym miejscu się odnajdywał? I czy uda mu się zrealizować marzenia? Czy człowiek może żyć tak, by uniknąć poczucia straconego czasu, by nie żałować, że czegoś nie zrobił albo że postąpił niewłaściwie? A odpowiedzi i interpretacja należą tylko do czytelnika i nie są proste.

Oprócz realiów życia w kibucu znajdziemy tu wiedzę o zwykłym człowieku. O jego zagubieniu, o poszukiwaniu odpowiedzi na pytania, o jego próbie wybrania tego, co dobre i potrzebne, o popełnianiu błędów. Nie czyta się łatwo. Można zagubić się w obszernych przemyśleniach, kiedy wątki i tematyka wielokrotnie się zmieniają. Trzeba mieć czas, trzeba się całkowicie poświęcić lekturze. Mi ułatwiła to bezsenna noc.


Spokój doskonały / A perfect peace, przeł. Magdalena Sommer, s. 496, Świat Książki, 2010

 

wtorek, 08 lutego 2011
Moje drzewko pomarańczowe - José Mauro de Vasconcelos

Moje drzewko pomarańczowe to przepiękna, wzruszająca, pozornie tylko prosta historia małego chłopca, głównego bohatera Zeze, pochodzącego z ubogiej, wielodzietnej brazylijskiej rodziny. Gdy trudno wiązać koniec z końcem często też trudno być optymistą, trudno cieszyć się życiem, a jednak Zeze to potrafi, jest pełen wiary i entuzjazmu. Jest niezwykle bystry i sprytny, a do tego bardzo inteligentny, np. sam nauczył się czytać. Ciekawy świata, żądny wiedzy na każdym kroku.

Jest chłopcem bardzo wrażliwym, spragnionym miłości i niezrozumianym, łatwo go skrzywdzić, choć on sam nie poddaje się lekko. Bardzo troszczy się o swoich bliskich, jest zawsze gotowy do poświęceń, do pomocy innym - biednym czy zwierzętom. Skąd więc w tym małym wrażliwym chłopcu ta jedna wada - nieodparty pociąg do wszelkiego rodzaju psot oraz zdolność do pakowania się w kłopoty? Rodzina uznaje go za prawdziwe zło wcielone.

Jego sposób myślenia, momentami tak rozczulający i do bólu naiwny wzbudza ogromną sympatię, wywołuje uśmiech choć nie pozbawiony łez i sprawia, że przypomniałam sobie swoje "filozoficzne" podejście do niezrozumiałych i nowych rzeczy w dzieciństwie, swoje przemyślenia i wątpliwości. A jednak mimo swoich pięciu lat, Zeze rozumie niezwykle wiele ze świata dorosłych, często też przejmuje się problemami, które normalnie powinny zaprzątać głowę tylko rodzicom, dbającym o cały dom i swoje dzieci.

Zeze żyje po trosze w swoim pięknym świecie marzeń, w świecie fantazji, magicznej iluzji, w który ucieka przed złą rzeczywistością. Drzewko pomarańczowe, rosnące na terenie ich nowego ogrodu, jest głównym elementem tego świata. Staje się powiernikiem chłopca, „rozmawia” z nim.

Mały Zeze doświadcza zbyt wcześnie cierpienia i bólu, odebrana mu zostaje dziecięca wiara i entuzjazm. Autor daje nam wyraźnie do zrozumienia, że w życiu nic nie trwa wiecznie, wszystko mija, jest to nieuniknione i znikają też dziecięce złudzenia. Ale Jose Mauro de Vasconcelos nie tylko o smutku i smutnych rzeczach mówi. Pisze pięknie o przyjaźni i miłości, mówi o sile i wadze czułości, ciepła i życzliwości w stosunkach międzyludzkich.

Bardzo prawdziwie oddaje autor realia, mówi o rzeczach smutnych bez zbędnego sentymentalizmu, nie pretensjonalnie, prosto ale magicznie. Tak, że aż coś ściska w sercu, wzrusza, łzy się cisną do oczu. Możemy oderwać się całkowicie od rzeczywistości i zatopić w świecie Zeze. Jest on postacią żywą, możemy dokładnie wczuć się w niego, być przez chwilę nim, czuć jego cierpienie i jego ból. Możemy na powrót poczuć się dziećmi, ożywić wspomnienia, dziecięce wizje i plany, możemy dać się ponieść marzeniom…


Moje drzewko pomarańczowe / O Meu Pé de Laranja Lima, przeł. Helena Czajka, s. 192, Wydawnictwo Muza, 2008

 
1 , 2
Teraz czytam
A zaraz potem KONKURS ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~~~~~~~~~~~~~~~~ ~ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Spis moli
~~~~~~~~~~~~~~~~~