Odkrywamy tajemnice, odkrywamy sens i znaczenia, odkrywamy samych siebie, odkrywamy świat na nowo, świat zaklęty między słowami...
wtorek, 10 stycznia 2012
Język sekretów - Dianne Dixon

Problem oderwania od przeszłości i poszukiwania własnej tożsamości jest dość popularny obecnie w literaturze. Porusza go także Dianie Dixon w swojej debiutanckiej powieści Język sekretów.

Justin Fisher prowadzi dość spokojne życie u boku żony Amy i synka Zacka. Jednak męczą go luki w pamięci dotyczące jego przeszłości i rodziny. Nie pamięta większości faktów, nie wie też dlaczego jego kontakt z bliskimi został zerwany.
Kiedy przeprowadza się do Kalifornii, przeszłość wraca jak bumerang i oto Justin musi zmierzyć się z tym, czego od dawna unikał. Postanawia odwiedzić swój rodzinny dom, który okazuje się należeć już do kogoś innego. Odnaleziona siostra go nie poznaje, a na cmentarzu obok grobu rodziców odnajduje swój własny, a data śmierci wskazuje iż miał zaledwie cztery lata. Justin musi stanąć twarzą w twarz ze swoją przeszłością i bolesnymi wspomnieniami, które w tej sytuacji fragmentami wracają do jego świadomości, nie pozwalając się uwolnić i żyć nowym, dorosłym życiem.

Co kryje przeszłość Justina? Jak wyglądało jego życie i kim naprawdę jest? Bezradność i wrażliwość małego chłopca walczą w nim z odwagą i konsekwencją.  Podjęta psychoterapia pozwoli mu stopniowo odkrywać prawdę i docierać do najdalszych zakamarków pamięci i umysłu aż w końcu dotrze do prawdy wydarzeń sprzed 30 lat.

Powieść rozpoczyna się zwyczajnie, jak wiele powieści obyczajowych i przyznam, że Justin i jego  odkrycie na cmentarzu nie szokowały mnie tak bardzo. Zainteresowałam się bardziej kiedy rozpoczęła się linia narracyjna Caroline – matki Justina ( narracja z perspektywy kilku bohaterów). Wracamy do lat 70-tych, poznajemy życie Caroline i Roberta, jej lęki, obawy, problemy. To jej życie, jej błędy, jej pobudki i jej postać bardziej do mnie przemówiły.
Uwikłana w życie, namiętności i niespełnione marzenia była po prostu ciekawsza. Justin nie podobał mi się i nie trafiał do mnie ze swoimi decyzjami i przemyśleniami.

Wszyscy członkowie rodziny, uwikłani w tę trudną przeszłość są ukazani niezwykle szczegółowo, autorka precyzyjnie zgłębia zakamarki ich psychiki, prezentując pobudki jakimi się kierowali, myśli i emocje, jakie nimi targały. 
Jedni ukrywają coś świadomie, inni wyparli to ze swojej pamięci. Jednak język sekretów koduje wszelkie zło, błędne decyzje, nierozwiązane sprawy i zadawnione spory i problemy. Tajemnice, sekrety z przeszłości wciąż męczą, wciąż palą i potwierdzają fakt, iż nie zawsze można całkowicie uwolnić się od przeszłości, a jedna prawda jest osłonięta wieloma innymi.

Historia zdrady i nienawiści, historia tajemnicy rodzinnej, która musi wyjść na jaw, historia błędnie ulokowanych uczuć, historia zbyt szybko przemijającej młodości, historia nieszczęśliwego rozczarowanego chłopca, porzuconego, oddawanego z rąk do rąk, którego marzenia nie spełniły się, a życie okazało się zbyt okrutne, by nadzieja mogła przetrwać.

Akcja toczy się szybko, napięcie budowane stopniowo, potem przyspiesza, nakręcając zainteresowanie czytelnika. To jest plus. Jak również nieoczekiwane zakończenie.
Mimo tego, nie powiem, że ta lektura mnie porwała. Poruszyła ważne tematy i to w sposób błyskotliwy i ciekawy, ale to jednak nie wszystko. Dość przewidywalna, schematyczna staje się rozrywką. Tylko rozrywką.


Język sekretów / The Language of Secrets, przeł. Jacek Illg, s. 304, Wydawnictwo Videograf, 2011

sobota, 07 stycznia 2012
Kołysanka dla wisielca - Hubert Klimko - Dobrzaniecki

Hubert Klimko-Dobrzaniecki potrafi w charakterystyczny sposób przenieść czytelnika do odrealnionej rzeczywistości, wciągnąć go w bieg wydarzeń oraz zadziwić bohaterami, tak szczerymi i oryginalnymi, że nie da się ich nie lubić. Styl pisarski tego autora mnie zachwyca. Prostota w połączeniu z melodyjnością i pięknem słowa porusza. O zwykłych wydarzeniach mówi oryginalnie i pięknie, o tych zaś ważniejszych bez napuszenia, bez zbędnego patosu a zarazem oddając doskonale istotę.

Tym razem wraz z autorem przenosimy się do różnorodnej, kolorowej ale zarazem przygnębiającej Islandii, gdzie bohaterowie jako emocjonalni rozbitkowie, poszukujący swego miejsca i sensu egzystencji próbują ułożyć sobie życie. Wyspa jawi się jako szansa na ucieczkę, z której to skorzystało wielu obcokrajowców. I tak bohaterowie, tak różni od siebie, a zarazem posiadający wiele cech wspólnych, fascynowali mnie od samego początku. Każdy z nich to indywidualność, którą jednak nie łatwo zrozumieć. Zamknięci w świecie swoich problemów, depresji, lęków i dziwactw zaskakują coraz to nowymi pomysłami, poglądami, decyzjami.

Pochodzący z Chorwacji Boro (Boriwoj Kapor) to stały pacjent szpitala psychiatrycznego. Szalony, wesoły, nie potrafiący odnaleźć siebie malarz, który pogrywa na organkach, posiada własną orkę. Tajemniczy Szymon Kuran – podobnie jak narrator pochodzi z Polski i jest skrzypkiem. Posiada niesamowitą wrażliwość, zarówno na muzykę jak i przyrodę. Niestety, cierpi na depresję i również nie rzadko przebywa w szpitalu. Narrator zaś, dopełnia pozostałą dwójkę swoim niezdecydowaniem, poszukiwaniem właściwej drogi, nieprzewidywalnymi pomysłami

To trzy bratnie dusze, które połączyła dość specyficzna przyjaźń. Łączy ich też swoista umiejętność patrzenia poza to, co widoczne gołym okiem, odnajdywanie w rzeczywistości tego, co nie jest oczywiste i proste. Stworzyli ekscentryczny, ale własny świat, w którym współistnieli tworząc naprawdę zgrane trio. Ich przyjaźń wymyka się normom i zdrowemu rozsądkowi, tym bardziej jednak jest szczególna.

Autor powoli, niespiesznie opowiada nam historię bohaterów. Nie napędza akcji, nie przyspiesza, nie wzbogaca jej sensacją. Tu o wartości tej mikropowieści stanowią ludzie, styl, liryczność i poetyckość. Jest wiele emocji. Bo zarówno humor pozwala się śmiać, cieszyć ale smutek, żal, nostalgia i melancholia jednak dominują.

Klimko-Dobrzaniecki zawarł w tej powieści wiele elementów własnego życia, pewnie też dlatego nie chciał zdradzać wszystkiego – takie odniosłam wrażenie- choć na pewno mógłby przedłużyć opowieść na wiele stron…

Polecam! Warto poznać męski punkt widzenia na przyjaźń, miłość, samotność, chorobę, czy sztukę


Kołysanka dla wisielca, s. 96, Wydawnictwo Czarne, 2007

Hubert Klimko-Dobrzaniecki na moim blogu:

http://miedzystronami.blox.pl/2011/05/Bornholm-Bornholm-Hubert-Klimko-Dobrzaniecki.html

piątek, 06 stycznia 2012
Smakowanie raju - Icek Erlichson

Temat GUŁAG-ów – sowieckich systemów obozów pracy przymusowej zajmuje mnie od dawna. Szeroko opisywany przez Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Aleksandra Sołżenicyna, Warłama Szałamowa, współcześnie Annę Applebaum, był też przedmiotem mojej pracy magisterskiej. Tym chętniej sięgnęłam po Smakowanie raju. Widzimy tutaj, iż system nastawiony na zniszczenie jednostki ludzkiej, upadlający, upokarzający, zmuszający do nieludzkiej pracy, niestety, działał doskonale, choć pełen był absurdów, nieścisłości i zaprzeczeń. Zwraca na nie uwagę Icek Erlichson, którego historia, choć zupełnie odmienna, ukazująca inne ważne elementy systemu, dobrze wpisuje się w nurt zapoczątkowany przez poprzedników.

Icek pochodził z Wierzbnika, (aktualnie będącego przemysłową częścią Starachowic) a w momencie wybuchu wojny miał 17 lat. Marzył o normalnym życiu, bez upokorzeń związanych z żydowskim pochodzeniem, o wykształceniu, błyskotliwej karierze i dobrobycie, a które to zdawał się oferować Związek Radziecki. Wszyscy upatrywali w nim raj, więc i Icek uległ jego urokowi, popełniając największy swój błąd. Po przekroczeniu granicy sowieckiej wstąpił na przeklętą ziemię, dobrowolnie stał się częścią okrutnej niszczycielskiej machiny. Bardzo szybko trafił w ręce NKWD, jako Żyd nie miał możliwości uniknięcia kary. Kary, ktoś zapyta "kary za co"? Tu przecież nie jest potrzebna wina. Icek rozpoczyna swoją tułaczkę przez więzienia we Lwowie, Smoleńsku, Chersoniu i łagry: Starobielsk, Kołyma, Katyń, Magadan. Jako więzień, jeniec wojenny, człowiek skazany na pracę przymusową, wolny osiedleniec reprezentuje różne grupy obywateli.  Z Katynia udało mu się uciec i stał się mimowolnym świadkiem nieznanej dotąd zbrodni w lasach katyńskich. Jej opis nie jest obszerny ale dla takich wydarzeń nie potrzeba wielu słów… ogrom okrucieństwa oraz emocji naocznego świadka wystarczą…

Ta książka różni się od wnikliwej relacji Sołżenicyna, czy rzetelnych opisów faktów Applebaum. Icek, owszem, opowiada o okrucieństwie, terrorze, przemocy, zbrodniach, nieludzkich warunkach więzień i obozów ale przede wszystkim skupia się na ukazaniu ogromu i ilości jednostek systemowych w Sowieckiej Rosji oraz o rządzącej nimi absurdalnej rzeczywistości. Począwszy od bezpodstawnego aresztowania, wymyślenia najdziwniejszego zarzutu, przez wszechobecne łapówkarstwo, znajomości, obłęd zaprzeczających sobie przedstawicieli NKWD.

Muszę tu przytoczyć pewien cytatu, który, choć opisuje życie bohatera poza obozem, to jednak doskonale oddaje istotę:

"Oto wysyła się troje ludzi z 54 beczkami wódki na ogromną odległość. Taszczy się ten ładunek przez góry i niziny, wodą i lądem, pociągami, statkiem, samochodami. Przez cały czas z kadzi tych ubywa alkoholu, a przybywa wody. Ciągną z nich nieuczciwy konwojent, naczelnicy stacji, oficerowie Armii Czerwonej i NKWD, milicja kolejowa, dyrektorzy fabryk, urzędnicy państwowi, robotnicy i chłopi, na koniec zaś odbierający ładunek magazynier. Jedni te alkohol kupują, inni wymuszają wódczany haracz.

Ta podróż z wódką była w gruncie rzeczy wyprawą przez sowiecką rzeczywistość. Gdyby ktoś chciał o tej wyprawie zrobić film, powstałby najwierniejszy i najprawdziwszy obraz Związku Sowieckiego. Nie byłoby w nim okropności łagrów, więzień terroru, Ale znalazłby się cały obłęd systemu sowieckiego. Bo Związek Sowiecki to państwo nie tylko okrutne, ale i śmieszne. Aż do obłędu."

Icek był kolejnym, zadającym pytanie o sens i istotę kary, jaką ponosiły miliony ludzi w więzieniach i obozach Związku Radzieckiego. Nie ma tu odpowiedzi bo ten system nie potrzebuje argumentów, procesów, dowodów.  Potrzeba jest odpowiednia ilość aresztowanych, ludzi, pracujących w obozach. Trzeba przelewać krew i na niej oraz na ludzkich kościach wznosić kolejne miasta, budować linie kolejowe i miasta.

Nie mogę się wyzbyć uczucia pewnej "inności" tego dzieła. Nie ulega wątpliwości, że choć już nie skupia się na szczegółach, detalach życia w łagrach, to porusza, wzburza, burzy spokój i nie unika ukazywania przeżyć i przemyśleń bohatera – narratora.

Symboliczny i ironiczny tytuł od samego początku uderza. Icek nie posmakował raju czy to brnąc przez śniegi Syberii, przekraczając bramy kolejnych więzień, czy obozów i nawet końcu spacerując po samej Moskwie. Poznał za to smak prawdziwego piekła.


Smakowanie raju / Maine fir jorn in Sowietn Forband, przeł. Adam Rok, s. 240, Wydawnictwo Rebis, 2010

wtorek, 03 stycznia 2012
Pokochaj mnie mamo - Cassie Harte

Wielokrotnie podczas czytania historii Cassie miałam ochotę krzyczeć ze złości, wściekłości i bezsilności. Nie potrafię przejść obojętnie nad cierpieniem małych dzieci. Dlaczego takie niewinne istoty są krzywdzone przez osoby, które powinny je kochać, przytulać, wspierać, być przy nich, stawać w ich obronie? Matka Cassie teoretycznie powinna wiedzieć czym jest macierzyństwo i do czego zobowiązuje bo ma już troje dzieci, starszych od Cassie i jedną córkę młodszą. Ale to właśnie Cassie jest tym „niefortunnym” dzieckiem, znienawidzonym, niepotrzebnym, które, jak twierdzi jej mama zniszczyło jej całe życie.

Nie jestem w stanie sobie wyobrazić jak spośród kilkorga dzieci można wybrać jedno i go szczerze nienawidzić, szykanować, poniżać, upokarzać i pozbawiać na każdym kroku złudzeń co do możliwości otrzymania jakiejkolwiek matczynej opieki i troski. Skąd w matce tyle zła, bezduszności i radości z  zadawania bólu i cierpienia?

Cassie opowiada nam swoją historię od wczesnego dzieciństwa, przez okres dojrzewania po dorosłość. Ta wrażliwa dziewczynka, którą pozostała chyba na całe życie, dzieli się z czytelnikiem swoim traumatycznym losem, nie do końca rozumiejąc to, co ją spotyka. Pomijana w życiu swojej rodziny, odrzucona, wiecznie słyszy, że jest zbędna, że przeszkadza, że do niczego w życiu nie dojdzie i nic nie umie. Jest jednak ktoś, kto okazuje jej uwagę, uczucie i przywiązanie. To jej ojciec chrzestny Bill. Jednak szybko jego miłość okazuje się molestowaniem seksualnym, które trwało kilkanaście lat. Oprawca Cassie doskonale wiedział jak wywołać w niej poczucie winy, jak sprawić, by milczała bojąc się jeszcze większego odrzucenia i upokorzenia. Wykorzystywał to przez wiele lat, a ja po każdym kolejnym fragmencie, gdy to Bill odbierał Cassie z zajęć pozalekcyjnych i proponował jej „zabawę” nie mogłam wytrzymać. Ta lektura boli i drażni, bo takie rzeczy dzieją się pewnie w wielu rodzinach, a małe dzieci cierpią w imię chorej psychiki dorosłego.

Najbardziej poruszające w tej historii było to, że Cassie przez wszystkie lata wciąż wierzyła, że matka jednak ją pokocha. Kierowała się jakąś ślepą nadzieją, że pewnego dnia matka zrozumie. Dlatego nawet w dorosłym życiu często chcąc uzyskać pomoc czy radę w trudnej sytuacji dzwoniła do mamy, by usłyszeć tylko, że ma to, na co zasługuje lub że jej rodzina się jej wyparła. Cassie robiła wiele chcąc uzyskać choć odrobinę ciepła  akceptacji, chcąc usłyszeć słowa pochwały czy zobaczyć uśmiech na twarzy mamy. Czy jej się to udało?

Pewnie wielu zadaje sobie pytanie:  jak po takim traumatycznym dzieciństwie wstąpić w dorosłość i normalnie funkcjonować, kiedy nie wyniosło się z dzieciństwa żadnych wzorców, kiedy życie było jednym wielkim pasmem nieszczęść. A jednak Cassie się to udało. Długą drogę musiała pokonać, połknąć setki antydepresantów, poślubić kilku mężczyzn, by na koniec odnaleźć spokojną przystań. Nie łatwo jest uwolnić się od przeszłości. Czy to w ogóle możliwe?

To trudna powieść. To rozpaczliwe błaganie małej dziewczynki o miłość, o to, co należy się każdemu dziecku: szczęśliwe dzieciństwo. Ta powieść to, obok wstrząsającego dramatu dziecka, również opowieść o nadziei…


Pokochaj mnie mamo / I did tell, I did, przeł. Aleksandra Kamińska, s. 312, Wydawnictwo Hachette, 2011

niedziela, 01 stycznia 2012
Coś do ukrycia - Dominique Barbéris

To nie jest kryminał, jak sugeruje recenzja na okładce. Bardzo ma niewiele w sobie z kryminału ta powieść, którą określiłabym jako psychologiczną, nostalgiczną i melancholijną powieścią o przemijaniu, o smutku i samotności o świetności minionego świata i nijakości obecnego.

Marie - Hélene jest potomkinią rodziny, której losy przez dziesiątki lat nie schodziły z ust mieszkańców miasteczka N. Również o niej, gdy przyjeżdżała do rodziny na wakacje, mówiło się naprawdę wiele i niekoniecznie pozytywnie. Pewnego dnia pojawia się na nowo w małym miasteczku jako kobieta wytworna, z klasą, elegancka, chce uporządkować sprawy spadkowe. Odwiedza miejscowe muzeum, gdzie zauważa ją bohater-narrator, dla którego spotkanie jej po latach staje się pretekstem do swoistej podróży w przeszłość, do świata lat młodzieńczych, gdzie wszystko było inne, piękniejsze, łatwiejsze, pełne blasku i sensu. Teraz świat tego znudzonego człowieka ogranicza się do stania na danej sali w muzeum po tym jak nie udała mu się kariera malarza. Melancholijnie i smutno wracamy do lat młodości, gdy to Marie – Hélene łamała męskie serca, jednocześnie trzymała adoratorów na dystans. Prowokowała, wzbudzała rozmaite emocje ale pozostawała chłodna  i przede wszystkim tajemnicza. Również naszego narratora ta kobieta urzekła swoim wdziękiem i fascynuje go do dziś.

Marie – Hélene zostaje zamordowana i ten właśnie wątek stanowi o nikłej podstawie do nazwania tej powieści kryminalną. To jakby maleńki kamyk, który wywołuje lawinę wspomnień i stawia pytanie o to, co każdy ma do ukrycia. Przy czym nie możemy liczyć, że autorka udzieli nam jakichkolwiek odpowiedzi.

Dominique Barbéris wyraźnie kontrastuje ze sobą dwa światy, w których żył narrator. Ten dawny jest wciąż opłakiwany jako bezpowrotnie utracony, a tak wspaniały, pełen możliwości rysujących się na horyzoncie, marzeń. Ten dzisiejszy nie ma już nic do zaoferowania, jest szary, przegrany. Nastrój przeszłości i teraźniejszości odzwierciedlony jest doskonale w pogodzie. Jasne barwy dominują w młodości, zaś bieżąca akcja wypełniona jest szarościami, poprzez kłębiące się na niebie deszczowe chmury. Wiele miejsca poświęca się opisom krajobrazów, miejsc, przedmiotów. Język malarski i plastyczny sprawia, że widzimy to własnymi oczami.

Nic tu nie jest jednoznaczne, nie ma żadnych gotowych odpowiedzi czy rozwiązań. Autorka pozostawia dużo miejsca na domysły, spekulacje, na przemyślenia, pobudza wyobraźnię. To lektura dość dziwna, musze przyznać, spodziewałam się czego innego, a tu zaskoczenie. Ale nie negatywne, o nie. Po prostu trzeba naprawdę wczuć się, zatracić w opisach, oddać się atmosferze małego prowincjonalnego miasteczka N. i historii jego mieszkańców.


Coś do ukrycia / Quelque chore à cacher, przeł. Joanna Polachowska, s. 144, Wydawnictwo Muza 2010

Teraz czytam
A zaraz potem KONKURS ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~~~~~~~~~~~~~~~~ ~ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Spis moli
~~~~~~~~~~~~~~~~~