Odkrywamy tajemnice, odkrywamy sens i znaczenia, odkrywamy samych siebie, odkrywamy świat na nowo, świat zaklęty między słowami...
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Mucha - Jacek Skowroński

Nie jest mi łatwo zrecenzować Muchę nie porównując jej w jakiś sposób z debiutanckim Był sobie złodziej, którą to powieść czytałam niedawno i byłam zachwycona. Spróbuję.

Oto poznajemy Apoloniusza, agenta ubezpieczeniowego, który zupełnie przypadkowo staje się świadkiem egzekucji w gangsterskim półświatku i w ten sposób staje się celem jednego z przestępców - tytułowego Muchy – Muńka. Mucha chce zlikwidować niewygodnego świadka ale nie zdaje sobie sprawy, że Apoloniusz nie jest takim po prostu amatorem i potrafi całkiem nieźle się bronić, wykorzystując swój spryt i intelekt. W jednej chwili całe uporządkowane życie Apoloniusza wywraca się o 180 stopni i teraz będzie tylko ciekawie i gorąco.

Po tych pierwszych scenach, zawiązujących akcję powieści bohater jakby staje w miejscu. Wie, że musi kombinować i uciekać, ochronić jakąś rodzinę ale nie robi zupełnie nic. Szlaja się po mieście, wciąż pije i korzysta z uciech cielesnych, mimo posiadanej żony i córki. Denerwował mnie, a fabuła była po prostu nudnawa. Czekałam aż Poldek zabierze się do działania i przyznaję, jak już zaczął dostarczył mi wiele przyjemności. Szereg czynności mających na celu wykończenie psychiczne gangstera, wyobraźnia i pomysłowość bohaterów zasługuje naprawdę na uznanie. Nie można się oderwać, w oczekiwaniu na kolejne wybryki i złośliwości, jakie przyjdzie znosić Musze.

Wiele tu autor wprowadził nietuzinkowych, wyrazistych postaci. Sam świat gangsterski jest przedstawiony z niezwykłą precyzją, do tego w niczym nie ustępuje mu świat meneli i mój idol Zenek (jego monolog – groźba pod adresem jednej z redakcji gazety zwalił mnie z nóg), informatyk, prawie nie odchodzący od komputera, przedstawiciele świata zakazanego handlu na bazarze Różyckiego i wiele innych.

Jak to u Skowrońskiego, wydarzenia mają jakiś posmak absurdalności, niemożliwości ale na tym polega ich urok. Pomysł na zawiązanie fabuły bardzo mi się podobał, znowu nie taki prosty i banalny, coś innego i oryginalnego. Czyta się lekko, po prostu przepływa się z jednej strony na drugą. Język prosty i potoczny sprawia, że dziejące się wydarzenia łatwiej nam zrozumieć i łatwiej w nie uwierzyć, tym bardziej, że mają miejsce w świecie przestępczym czy świecie jakże uroczych i uczynnych meneli.

Humor i akcja ( choć nie tak trzymająca w napięciu jak w debiutanckiej powieści) nieprzewidywalne zwroty, nieprzewidywalni bohaterowie i ich wyobraźnia wciągną nas w świat tej doskonałej powieści kryminalnej. Skowroński ma wyjątkowy dar opowiadania, dar wymyślania niezwykle ciekawych i wciągających wydarzeń, potrafi oczarować intrygą i trzymać w napięciu. Doskonała rozrywka i żal kiedy przewraca się ostatnią stronę…

Plus dla wydawnictwa za urozmaiconą szatę graficzną. Niby skromna ale dodaje uroku i charakteru całej powieści.


Mucha, s. 336, Wydawnictwo Oficynka, 2010

Jacek Skowroński na moim blogu:

http://miedzystronami.blox.pl/2011/01/Byl-sobie-zlodziej-Jacek-Skowronski.html

sobota, 29 stycznia 2011
Zawieszeni - Marta Zaraska

Zjawisko emigracji zarobkowej wśród Polaków nie jest już tak popularne i głośne jak to było kilka lat temu. Ale prawda jest taka, że tysiące naszych rodaków wyjechało do różnych krajów, z czego tylko mała część wróciła do Polski. A pozostali? Toczą swoją walkę o normalne życie w obcym kraju, starają się pozbyć przydomku „obcy”, niektórzy może całkiem wsiąkli i zapomnieli o tym, co zostało za nimi…

Ewa Werner w wyniku swojej pomyłki traci pracę w Warszawie. A jest to czas, gdy bezrobocie w Polsce wciąż rośnie, ludzie wykształceni, ze znajomością języków muszą zasiąść w kolejce po zasiłek w urzędzie pracy ramię w ramię, z szarymi "Panami Kazikami", których jedynym zajęciem jest pociąganie z butelki. Wszystko jest drogie, podatki wysokie, nikt nie potrafi docenić prawdziwych starań i rzetelnej wiedzy, nie ma sprawiedliwości. Czyli standardowe narzekanie na naszą polską rzeczywistość – tego tu nie brakuje.

Ale co takiego tkwi w Polakach, że całe życie potrafią narzekać na to, jak im źle, ale w momencie gdy ktoś, tak jak Ewa, zechce odmienić swoje życie i poszukać szczęście w innym kraju, to odzywa się w nich duch patriotyzmu, pojawia się troska o obowiązek wobec ojczyzny, o pieniądze, jakie z podatków poszły na wykształcenie… Czy to zazdrość tych, którzy sami nie mają odwagi podjąć tak drastycznej decyzji i wprowadzić w swoim życiu diametralnych zmian? Czy to lęk przed tym, ze komuś się powiedzie, a im nie? Czy to ten powszechny lęk przed zmianami? Zawsze mnie to zastanawiało.

Ale Ewa nie uległa ani rodzicom, ani znajomym. Ona chce udowodnić światu, że stać ją na więcej. Wyjeżdża do Kanady. Zupełnie sama, tylko licząc na pomoc przypadkowo poznanego w Polsce Kuby. Odważnie, brawurowo wręcz ale chorobliwa ambicja nie pozwala jej zwlekać, nakazuje jej wręcz walczyć o karierę o sukcesy, których nie osiągnie w ojczystym kraju.

Dla osoby opuszczającej Polskę, wszystko, co w niej zostawia jest złe - przecież dlatego właśnie wyjeżdża, a kraj docelowy wydaje się rajem. Jak wielu się myliło? Przechodzimy z bohaterką przez kolejne stadia: entuzjazm wywołany nowym miejscem, zachwyt nad jego pięknem i wszystkim, co „lepsze” z założenia; negacja ze względu na nieznajomość zwyczajów, kultury; zwątpienie po kolejnych nieudanych próbach w poszukiwaniu pracy; radość, gdy się udaje; ciągle huśtawki nastrojów, gdy okazuje się, że wszystko ma swoją cenę, za wszystko trzeba zapłacić. I odnaleźć się nie jest wcale tak łatwo… Brak więzi z kulturą, zasadnicze różnice kulturowe, oderwanie od miejscowej społeczności i ta tęsknota. Nie można się jej wyzbyć. Chwile, gdy nie ma się z kim cieszyć z sukcesów, gdy nie ma się komu wypłakać, gdy samotność przybija i sprawia, że serce aż boli…

Wszystko to może brzmi trywialnie ale jest opisane w takim sposób, że momentami naprawdę dech zapierało. Nie dość, że autorka obrazowo opisuje polską mentalność, polską rzeczywistość, nawyki i stereotypy, wszystkie te polskie narzekania, wymówki, tłumaczenia nazywa jasno i krótko po imieniu, to jeszcze jakim językiem. Miesza styl wysoki z niskim, elementy humorystyczne z poważnymi, okraszając to dodatkowo ironią i cynizmem, czasem nutką patosu. Genialne!

Problem tożsamości, problem niemożności odnalezienia miejsca, problem „zawieszenia” dotyczą nie tylko Ewy, ale i Kuby, który nie wie kim jest, Marka, który przybity polską rzeczywistością, tkwi w niej bo musi, dotyczy wszystkich.

Ciekawe spostrzeżenia dotyczące roli Internetu w naszej kulturze, jak również zestawienie dwóch kultur tylko na plus.

Tematyka niezbyt oryginalna, historia dość prosta i w podobny sposób opowiedziana ale w połączeniu z językiem i mistrzostwem słowa autorki czyni z tej powieści naprawdę ciekawą pozycję.


Zawieszeni, s. 344, Wydawnictwo Muza, 2007

Dziewczynka w czerwonym płaszczyku - Roma Ligocka

Powstało już wiele książek, wspomnień i autobiografii dotyczących wojny i holocaustu. Wszystkie są wstrząsające, bolesne, trudne w odbiorze, przedstawiające ogrom zła i okrucieństwa, jakiemu poddawani byli ludzie. Każda z nich to forma walki, próba rozliczenia się z przeszłością…

Dziewczynka w czerwonym płaszczyku jest tym bardziej przerażająca, bo opisuje traumatyczne wydarzenia, widziane oczami dziewczynki. Patrzymy na wszystko z perspektywy dziecka, które nie wie co to jest lalka, czekolada, choinka czy wanna ale wie, że trzeba stać nieruchomo przy Niemcach, wie, że trzeba milczeć, bo za każde słowo czy dźwięk strzelają. Wie, że Żyd może zginąć za wszystko, bo tutaj, w jej świecie, rządzą panowie w oficerkach, którzy mogą wszystko. Choć niewiele rozumie, wie, że musi dorosnąć w błyskawicznym tempie. Jej życie, jako małej dziewczynki, jest określone przez to, co jest zabronione, czyli właściwie wszystko. Dominuje strach, lęk o każdy następny dzień a nawet chwilę.

Wraz z kolejnymi stronami, czytelnik dorasta wraz z bohaterką. Dorasta ale nie dojrzewa, bo ona dojrzeć nie może. Po wojnie wchodzimy w jej dorosłe życie, które próbuje sobie stworzyć. Świat cyganerii artystycznej, zabawy, studia, nowy porządek, do którego trudno się dostosować, potem wyjazd emigracyjny, praca, kariera. Mam wrażenie, że bohaterka nie potrafi zidentyfikować siebie, chce przynależeć gdzieś, być częścią czegoś. Ma problem z własną tożsamością, wszędzie czuje się obco, w każdym środowisku. Nie czuje się nigdzie pewnie, przewidując w każdej chwili jakieś złe wydarzenia.

Wszystko to dowodzi, jak bardzo przeszłość piętnuje dalsze losy, jak wydarzenia przeżyte w dzieciństwie determinują całą przyszłość, nie pozwalają osiągnąć spokoju, zostawiają w psychice, pamięci i świadomości niezatarty ślad. Zniszczona psychika, słabość i kruchość psychiczna, problemy emocjonalne, niemożność podejmowania właściwych decyzji, ciągły strach – to właśnie stanowi istotę tej dorosłej kobiety, kobiety ukształtowanej przez wojnę. Stąd depresja, bo nie można po prostu zepchnąć wspomnień w najdalsze szczeliny pamięci, bo one ciągle wracają, żyją swoim życiem i wypełniają życie wciąż od nowa, niezależnie od tego jak mocno i bardzo pragnie rozpocząć coś nowego. Jak z tym żyć? Bohaterka nie potrafi na to pytanie odpowiedzieć, dlatego i w życiu jej się nie układa. Odwieczne pytania jak walczyć ze wspomnieniami, czy można się uporać z taką przeszłością nie znajdują tu odpowiedzi…

W powieści nie ma dramatyzmu, wszystko opisywane jest z wielkim wyczuciem i subtelnością, tak „po prostu”. Jest to osobista relacja, wyznanie, dość intymne i bardzo prawdziwe, a przy tym, co zadziwiające, pełne spokoju. Dość surowy, ascetyczny język potęguje wrażenie, daje silniej odczuć ból i traumę tego, co przeżywali ludzie w tamtych czasach. Choć opowieść o losach dorosłej Romy opisana jest  bardziej dojrzałym językiem to jednak przez całą powieść widzimy tę małą dziewczynkę w czerwonym płaszczyku, bezbronną, kruchą i niepewną przyszłości.

Nie jestem do końca pewna czy trzy czy pięcioletnia dziewczynka mogła zapamiętać wszystkie te straszne wydarzenia, ale może mi się tylko wydaje, może trauma sprawia, że w naszej pamięci wszystko jest ostrzejsze i bardziej wyraźne. Choć ta relacja nie zawsze mnie przekonywała, a do bohaterki mam stosunek dość obojętny, przyznaję: z tych stron wyziera przeraźliwy smutek, prawdziwy dramatyzm ale i autentyczność. A mimo trudnego tematu książkę się „pochłania”. Po raz kolejny możemy się przekonać, że w człowieku tkwi wielka siła, że człowiek może wiele znieść i wiele przeciwności pokonać.


Dziewczynka w czerwonym płaszczyku / Das Mädchen im roten Mantel, przeł. Katarzyna Zimmer, s. 350, Wydawnictwo Znak, 2003

piątek, 28 stycznia 2011
Rosyjski kochanek - Maria Nurowska

Tytuł powieści nasuwa skojarzenia taniego i tandetnego romansu. A jednak to coś znacznie więcej. Owszem, mamy tu romans, ale w tej powieści przede wszystkim króluje bohaterka – kobieta i jej portret psychologiczny, co zdaje się jednym z ulubionych motywów-tematów autorki.

Ona – Julia, Polka, pięćdziesięcioletnia pani profesor literatury, otrzymuje roczny kontrakt na Sorbonie, gdzie ma poprowadzić cykl wykładów, dotyczących literatury polskiej. On – Aleksander, Rosjanin, trzydziestoletni naukowiec historyk, piszący we Francji książkę, dotyczącą rodziny Romanowów i ostatniego cara. Co ich połączy? Na początek sąsiedztwo w hotelu a potem coś znacznie więcej i nawet słowa wielkie uczucie to za mało.

Ona - kobieta z pewnym bagażem doświadczeń, kobieta specyficzna. Dlaczego? Bo całe życie poświęciła karierze. Wczesne – przypadkowe macierzyństwo nie pozwoliło jej stać się w pełni matką, a potem babką. Uciekała od tego w naukę, w swoją pracę zawodową. Jest sama. Tłumaczy to swoim wyborem ale prawda jest inna. Nie potrafi być z kimś innym, bo jak można dać się komuś pokochać jeśli samemu się siebie nie kocha, nie toleruje siebie, zarówno swojej fizyczności jak i sfery psychicznej. Ale to wygląd i wiek są dla niej największym problemem. On - prawdziwa dusza rosyjska - przypadł mi do gustu od samego początku, mimo iż gdy go poznajemy zdaje się prostakiem i gburem. Nieprzewidywalny, nieokrzesany, decyduje za innych, jest stanowczy i nieznośny. Ale potrafi być opiekuńczy, szlachetny i szczery. Ma w sobie to „coś”.

Przy Aleksandrze Julia poznaje świat na nowo. Na nowo wyzwalają się w niej tęsknoty, przypomina sobie o istnieniu swojego ciała. Wydaje się i brzmi banalnie, fakt. Ale żeby to zrozumieć, trzeba wczuć się choć trochę w rolę pięćdziesięciolatki, która stwierdziła, że w jej życiu wszystko już skończone, że ona już tylko czeka na starość, która właściwie już ją dopadła.

Julia nie potrafi uwierzyć w szczerość uczuć, ba, w jakiekolwiek uczucia Aleksandra. Bo jak można kochać kogoś takiego jak ona? No właśnie, tu dochodzimy do momentu, w którym według mnie, bohaterka przesadzała. Rozumiem, że trzeba przyzwyczaić się do zmian, do obecności w naszym życiu kogoś, kto chce z nami być, kochać i robi to dla nas samych, takich jakimi jesteśmy, a nie jakimi nas widzi w swojej wyobraźni. Julia tego nie potrafiła. Co drugi akapit wzmianka o jej wieku, o jej „starości”, o tej przepaści między nimi, która przecież nie wydaje się już nam tak dziwna.Nie potrafiła być szczęśliwa, aż mi żal jej było, a jednocześnie czułam złość. Zawsze wymyśliła jakąś przeszkodę, kostiumu na plaży nie założy, bo ma 50 lat, sukienki balowej nie założy, bo trzeba umieć ją nosić a ona nie umie, gotować nie potrafi więc nie jest prawdziwą kobietą i niemożliwe, że Aleksander ją jednak kocha. W pewnym momencie już tylko pytałam, ile można? Ile można unieszczęśliwiać samą siebie, zamykać się, przekonywać bezpodstawnie, że nie ma się żadnej wartości? Czy bohaterka w porę się opamiętała? Czy Aleksander pomógł jej otworzyć się, zmobilizował do „życia”, wyzwolił z konwenansów, stereotypów, pozbawił oporów? Trzymałam kciuki za to bardzo mocno ale nie zdradzę co się wydarzyło.

Julia opowiada swoją historię siedząc na lotnisku. Spędza tu kilkanaście godzin, w ciągu których dokonuje swoistego rachunku sumienia i opowiada o pobycie w Paryżu, opowiada, jak odnalazła i zaakceptowała samą siebie, jak również wraca do swojego dzieciństwa, trudnych relacji z matką i dziadkiem.

Ta forma powieści jest bardzo ciekawa. Nie wiemy tak naprawdę jak wszystko się skończy, mimo, iż teoretycznie jest to jasne. Do tego wiele tu wzmianek o historii i kulturze Rosji, wiele możemy się dowiedzieć o prawdziwej mentalności Rosjan. Bohaterowie wiele rozmawiają o polityce, literaturze. Poza tym ja uwielbiam zestawienie Polska – Rosja, a tego tutaj w bród.

To, co się narzuca po przeczytaniu Rosyjskiego kochanka to myśl, że do wszystkiego trzeba dojrzeć, na wszystko w życiu przychodzi i miejsce i czas i choćbyśmy się bardzo bronili i upierali, czasem napotykamy emocje i uczucia silniejsze od nas samych.

Zdecydowanie polecam :)


Rosyjski kochanek, s. 264, Wydawnictwo WAB, 2008

 

Maria Nurowska na moim blogu:

http://miedzystronami.blox.pl/2011/01/Listy-milosci-Maria-Nurowska.html

czwartek, 27 stycznia 2011
20 odsłon zachłannej młodości - Xiaolu Guo

20 odsłon zachłannej młodości to 20 epizodów z życia młodej Chinki – Fenfang, która w poszukiwaniu nowego życia i własnego miejsca wyrusza ze swojej małej wioski do Pekinu. To właśnie Pekin wydaje się symbolem sukcesu, kariery, bogatego życia i wielkich szans.

Fenfang jest siedemnastolatką jakich wiele, zarówno w Chinach jak i w każdym kraju. Chcąc wyrwać się z zapadłej wioski, gdzie nie czeka jej życie, jakiego pragnie, udaje się do wielkiej metropolii. Ma ambicje ma marzenia ale miasto, takie jak Pekin, to konieczność ciągłej pogoni za pracą, to konieczność bezwzględnej rywalizacji i tak naprawdę mała szansa na pozbycie się anonimowości.

Każdy chciałby tu coś osiągnąć, jak być tym wyjątkowym, szczególnym, jak dać się zauważyć? Fenfang próbuje wszystkiego, zaczynając od sprzątania, pracy w fabryce zabawek, przez pracę statystki do autorki scenariuszy. Ale czy jej się uda?

Bohaterka próbuje z całych sił przedrzeć się przez niechęć wobec przybyszów, komunistyczny ustrój, skostniałe tradycje i stereotypy, głęboko zakorzeniony szowinizm i najzwyklejszą konkurencję na rynku. A do tego stara się wieść normalne życie młodej dziewczyny, spragnionej miłości i przyjaźni.

Powieść podzielona jest na tytułowe 20 części. Każda z nich opatrzona jest oddzielnym tytułem, który już zapowiada treść danej odsłony i obrazkiem. Poprzez swoją prostotę charakteru i wypowiedzi Fenfang jest może trochę bliższa czytelnikowi choć nie ukrywam, momentami może drażnić.

Zarówno tytuły odsłon jak i język całej powieści są banalnie proste, surowe, potoczne, typowe dla młodej, trochę może nieokrzesanej i chaotycznej dziewczyny. Tak też to tłumaczy autorka w podziękowaniu. Dlatego odbiór dla europejskiego czytelnika może być trudniejszy, ale tym bardziej potęgujący „inność” tego świata, kultury i rzeczywistości.

To dziwna powieść, nie do końca lubię formę, jaką sobą prezentuje. Ale trzeba jej oddać, jest oryginalna zarówno poprzez formę jak również treść – odkrywa świat zupełnie inny, nam nieznany. Ta zupełnie inna kultura, mentalność w pewnych chwilach może się wydawać niezrozumiała, dziwna ale tym mocniej zaznaczają się różnice między naszymi rzeczywistościami: europejską i chińską. Jest egzotycznie, choć przeważa obraz wielkiej, nieprzyjaznej człowiekowi metropolii, szarej, zadymionej i zaludnionej, gdzie tak trudno o jakąkolwiek indywidualność. Ale zawsze warto podjąć próbę o znalezienie w niej swojego miejsca.


20 odsłon zachłannej młodości / 20 fragments of a ravenous youth, przeł. Jacek Manicki, Witold Nowakowski, s. 240, Wydawnictwo Albatros, 2010

 

środa, 26 stycznia 2011
Ostatnia kwadra księżyca - Krystyna Januszewska

Ostatnia kwadra księżyca – coś pięknego. Powieść magiczna, baśniowa a jednocześnie tak niezwykle życiowa, że czuje się ją każdym zmysłem, wchodzi głęboko pod skórę, penetruje umysł, zasiewa niepokój i budzi wiele emocji.

Krystyna Januszewska otworzyła przed nami świat zwykłych ludzi, zwyczajnych ludzkich dramatów, prawdziwych i nieprzerysowanych. Pokazała jak znaleźć drogę albo przynajmniej jak zabrać się do jej szukania. Pokazała trudny świat przyjaźni i miłości, ich ciemne strony.

Bohaterów tej powieści jest wielu: Mela, Jakub, Janusz, Anna, Dorota, Marek, Magda, Tadeusz, Zofia, Jerzy, Norka i Inka.  To grupa przyjaciół z lat młodości. Kiedyś łączyło ich naprawdę wiele, a szczególnie młodzieńcze marzenia, plany i aspiracje. Niestety losy nie potoczyły się tak, jak by tego chcieli. Jedna z nich – Mela trafia do więzienia na 25 lat. Poznajemy ją w chwili sprzed samego zwolnienia, kiedy sama i bezbronna musi rozpocząć nowe życie w świecie, którego w ogóle nie zna. Czy może liczyć na swoich przyjaciół? Wszak oni przez te lata również, choć na wolności, zmagali się z wieloma trudnościami, z bólem, walczyli z przeszłością i z wyrzutami sumienia, nie dającymi spokoju. Ich też los dość boleśnie doświadczył, a świat pokazał im ich miejsce w szeregu. Dla każdego czas płynął inaczej, dla jedynych może nawet się zatrzymał w pewnym momencie. Tak naprawdę nie tylko Mela musi rozpocząć swoje życie na nowo… To, co nowe dotyczy każdego z nich. Czy są na to gotowi?

Niesamowitą ilość tematów porusza autorka, niezwykle wiele prawd przekazuje poprzez losy wykreowanych postaci.

Na przykładzie tych bohaterów widzimy jak życie weryfikuje młodzieńcze marzenia, jak układa własne scenariusze i po prostu przydziela role, nie pytając czy nam odpowiadają czy też nie. To, co można zrobić, to po wielu latach spojrzeć na życie, na swoje dawne decyzje, na siebie z zupełnie nowej perspektywy. Nie zawsze, jak się okazuje, człowiek uczy się na własnych błędach. Czasem popełnia dokładnie te same, bo jeszcze za mało się sparzył, nie przekonał się do końca.

A co z pamięcią i wspomnieniami? Przeszłość – ta niezapomniana, niewybaczona sobie i innym w żaden sposób „nie przepuści” do dalszego życia. Nie pozwoli osiągnąć szczęścia, nie da się zapomnieć. Przeszłość niszczy, co widoczne jest na przykładzie Jakuba czy Norki, nie pozwala dostrzec tego, co jest obok, co pozwoliłoby osiągnąć pełnię. Ale żyjąc w zaślepieniu tym, co było, nie jest się w stanie tego dostrzec. Równie mało sensowne jest życie złudzeniami, do niczego nie prowadzi, oprócz kolejnych rozczarowań i bólu.

Co ważne! Zawsze można zacząć od nowa. Ważne, by się oczyścić i to na różne sposoby: poprzez stawienie czoła demonom przeszłości,  czy też zaprzestanie spoglądania bez przerwy w krzywe zwierciadło, czy wmawianie sobie pewnych rzeczy. Trzeba być uważnym, bo życie można niezwykle łatwo przespać, przegapić w nim to, co najważniejsze. Ze strachu, zaniedbania czy zwyczajnej nieuwagi.

Odwieczny problem? Komu jest łatwiej żyć na świecie, realiście twardo stąpającemu po ziemi czy marzycielowi, bujającemu w obłokach? Każdy musi na to pytanie odpowiedzieć sam ale autorka udowadnia, że warto mieć marzenia. Czasem na ich realizację trzeba naprawdę długo czekać ale jakże te chwile warte są tego poświęconego czasu.

"Jakie to dziwne, że  marzenie w człowieku zostaje na zawsze, tkwi i nie chce odejść w zapomnienie. Jakby się to sobie było winnym, jakby się za to było rozliczanym. Może, myślę o tym czasami, spełnianie marzeń jest warunkiem stawianym przez Boga? Inaczej nie dostaniesz się do nieba, bo tam do grona świętych nie wpuszczają ludzi niespełnionych."

Jak wielka jest siła, potęga miłości? Siła jej rażenia potrafi być większa niż jakiekolwiek inne uczucie. Widzimy to na przykładzie Meli i Kostka, Norki i Lamusa czy Inki i Drawicza. Czasem może to być uczucie destrukcyjne a czasem wręcz przeciwnie.

Wreszcie zgubna siła przyjaźni. Nie zawsze dobrze jest ingerować w czyjeś życie, nawet jeśli to nasz dobry przyjaciel. Nie zawsze warto zmieniać kogoś i pomagać komuś na siłę. Może się to obrócić przeciwko nam. Ale też nie można popaść w całkowitą obojętność. Trzeba znaleźć środek.

Każdy rozdział pisany jest z punktu widzenia innego bohatera. Przedstawia nam on swoje życie aktualne, bądź też wraca do przeszłości, bo to ona ukształtowała życie każdego z nich. Januszewska nigdy nie mówi do końca, co się wydarzyło, ze wszystkimi wyjaśnieniami czeka prawie do końca. Dopiero wtedy możemy poznać szczegóły. Jest w tym dużo wyczucia, nie na przesadnego tragizmu i egzaltacji. Dzięki temu lepiej możemy wczuć się w każdego z bohaterów, poczuć, co on czuł, wyobrazić sobie, przez co przechodził, kiedy nie wiemy jeszcze wszystkiego do końca. Sami zostajemy jakby z jego wyborami i decyzjami. Doskonały pomysł.

"(…) cała koncepcja czasu wpisana jest w ludzkie życie, i to co było, to co jest, i co będzie w przyszłości stanowi nieodwracalną całość, całkowicie niezależną od tego, jaką zostanie wypełniona treścią."

Ale ważne, by właśnie za tę treść czuć się odpowiedzialnym. To nasze życie. Przyszłość zawsze jest przed nami i bohaterowie tej powieści, tak jak my sami wciąż mamy szansę, by brać udział w jej tworzeniu. Polecam, aż brak słów choć nie widać tego po mojej długiej recenzji ale wierzcie mi, można więcej!

 


Ostatnia kwadra księżyca, s. 560, Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2010

 

poniedziałek, 24 stycznia 2011
Co się mieści w dwóch walizkach - Veronika Peters

Co się mieści w dwóch walizkach? Ile rzeczy można spakować gdy wstępuje się do klasztoru i całkowicie porzuca dotychczasowe życie i to w wieku 21 lat? Sprawdziła to autorka powieści Veronika Peters. Jej powieść to jakby dziennik – reportaż opisujący życie młodej kobiety w klasztorze. (autorka naprawdę spędziła 11 lat w klasztorze benedyktynek) Wraz z bohaterką przechodzimy przez stopnie wtajemniczenia, poznajemy trudności i problemy, występujące w procesie przystosowywania się do nowej, zupełnie odmiennej rzeczywistości.

Czemu Veronika wstępuje do klasztoru? Mając dom, dobrą pracę, przyjaciół i osobę, która chcą z nią spędzić całe życie?  To miała być po trochu ucieczka, chęć nabycia doświadczenia, chęć realizacji marzenia o znalezieniu nowego punktu wyjścia, jak również punktu odniesienia, do tego, co już do tej pory w życiu poznała i się nauczyła.

Klasztor to zamknięty mały świat, rządzący się swoimi prawami, którym trzeba się podporządkować. To decyzja o życiu we wspólnocie, która ma się stać ważniejsza niż Twoje własne potrzeby. Trzeba się tego nauczyć, trzeba się otworzyć na tę „społeczność” dać coś z siebie. Odnalezienie się w tym świecie nie jest łatwe dla osoby, którą cechuje negatywny stosunek do autorytetów, niemożność podporządkowania się regułom i poddania kontroli. A w klasztorze trzeba stać się wewnętrznie wolnym, otworzyć się na to, co nowe, co dobre, co płynie z nauki i obcowania z innymi siostrami. Bohaterka próbuje ale wciąż buduje wokół siebie ścianę, blokuje się na innych, nie potrafi, właściwie nie posiada życia duchowego.

Przyczyn, w dużym stopniu, należy upatrywać w jej podejściu. Od samego początku traktuje to jak zabawę, przygodę, w której zakłada, że na pewno stąd odejdzie. A oddalanie tej decyzji traktuje jako nowe wyzwanie. Drażniło mnie to, bo nie taki powinien być cel kobiet oddających życie Bogu. To trochę jakby kpiła z powołania innych, nie traktowała poważnie całej tej instytucji i swoim zachowaniem lekceważyła inne siostry. Owszem starała się ale tylko po to, by udowodnić sobie, że potrafi, że jeszcze wytrzyma. Ta chwila, gdy ona ten klasztor opuści miała nadejść prędzej czy później, bo to z góry zostało przez nią założone. I nie jest tu wytłumaczeniem fakt, że musi tu wciąż zaczynać coś od nowa, że wpada stopniowo w rutynę, której jej nie brakowało przecież w życiu poza murami. To wszystko tylko preteksty.

W tym rzetelnym opisie życia klasztornego intrygujące są realia życia w tym środowisku. Autorka ze szczegółami oddaje atmosferę, panującą w klasztorze, opisuje wszystkie zwyczaje, zasady i nakazy obowiązujące tam, a to wszystko w większości przez pryzmat relacji między siostrami. Wnikamy za te mury i mamy szansę wcielić się choć na chwilę w jedną z sióstr. A siostrzyczki te to, wbrew pozorom, normalni ludzie, popełniają błędy, chcą się i bawić i pościć, bo życie tu trzeba umieć podzielić. Tworzą wspólnotę, która potrafi sobie pomagać w sytuacjach kryzysowych i trudnych, ale i powiedzieć co myśli, gdy nie podoba im się zachowanie innych.

Wiele z tych kobiet naprawdę pokochało Weronikę i się jej oddało, poświęciło czas i serce. Wiele to bohaterce dało, choć brzmi to może paradoksalnie, nauczyło ją życia. Dlatego tym bardziej nie podoba mi się, jak zniknęła, mogła okazać szacunek tym kobietom, z którymi jednak wiele ją łączyło, nadużyła ich zaufania. Odeszła bez słowa, bojąc się dyskusji, przekonywania – okazała się najzwyczajniej w świecie tchórzem.  Potraktowała to jak pobyt w klasztorze wg religii buddyjskiej – gdy można spędzić w klasztorze tyle czasu ile potrzeba, by osiągnąć cel. Ale nie w europejskich realiach. Bohaterka najwyraźniej potrzebowała tego, to był dla niej krok do przodu, który musiała zrobić, by móc normalnie żyć. Ale zdecydowanie nie podobała mi się jej postawa, zepsuła mi odbiór i rozczarowała.

Mimo tego, ta powieść to dość ciekawa lektura, nie zetknęłam się do tej pory z taką tematyką.


Co się mieści w dwóch walizkach / Was in zwei koffer paßt. Klosterjahre, przeł. Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska, s. 288, Wydawnictwo Świat książki, 2009

niedziela, 23 stycznia 2011
Wampir z M-3 - Andrzej Pilipiuk

Po fantastykę sięgam rzadko. Jestem wielbicielką sagi Sapkowskiego czy trylogii Tolkiena a jednak współczesne powieści rzadko trafiają w moje ręce. W naszym domu to mój mąż wiernie sięga po wydawnictwa z dziedziny fantastyki. A patrząc jak się zaśmiewał przy najnowszej powieści Andrzeja Filipiuka i chcąc odpocząć po trudach poprzedniej lektury sięgnęłam po Wampira z M-3.

Wspomnieć muszę o jeszcze jednym ważnym argumencie który przemówił za tą lekturą: „Powieść obnażająca ZMIERZCH zgniłego kapitalizmu.” Te słowa, umieszczone na samej górze, na okładce były dla mnie sygnałem, że autor zamierza rozprawić się w tej powieści z niezrozumiałą (dla mnie) modą na wszelkiego rodzaju wydawnictwa poświęcone wampirom. I rzeczywiście.

Ale do rzeczy. Przenosimy się do lat 80-tych, króluje PRL, kartki, brak wszystkiego w sklepach ale jednego jest pod dostatkiem – wampirów. Kto by pomyślał. Główną bohaterką jest Gosia, która w przypływie złości popełnia samobójstwo. Budzi się w trumnie i nieświadoma tego, co się dzieje, udaje się do domu. Przekonana, że przez przypadek pochowano ją żywcem potraktowana zostaje przez rodzinę dubeltówką. Dopiero spotkany na ulicy Marek – ślusarz, jej opiekun, uświadamia jej, że oto umarła naprawdę, a do tego jeszcze zasiliła grono wampirów.

Poznajemy powoli całą plejadę wampirów – znanych nam z opowieści i zabobonów, nie rzucających cienia, nie oddychających i nie odbijających się w lustrze ale oprócz tego jak najbardziej ucywilizowanych, pracujących. Jest wspomniany już Marek, Igor, wampiry-wegetarianie wysysający krew tylko ze zwierząt, jest wilkołak Grzegorz, Pan Samochodzik, bohater innego cyklu Pilipiuka – Jakub Wędrowycz, a wszyscy wkomponowani w klimat warszawskiej Pragi, bazaru Różyckiego więc i posługujący się odpowiednim dla tej lokalizacji językiem. Dorzucić jeszcze babcię Gosi, która wraz z kompanami z AK poluje na wnuczkę, by oczyścić honor rodziny, czy ożywioną mumię, która staje się niewygodna dla ubecji i co mamy? Mieszankę wybuchową :)

Pilipiuk bawi się słowem i formą. Bawi się również swoimi bohaterami czyniąc ich wyrazistymi i konkretnymi, wplątując ich w przezabawne sytuacje i łącząc to wszystko z ubecją, partią, szpiegami, cinkciarzami, produktami deficytowymi z peweksu i typowymi dla PRL-u mitami o czarnej wołdze, czosnku i kołkach na wampiry. Ośmiesza doskonale PRL-owską rzeczywistość dostarczając czytelnikowi rozrywkę. Polecam!


Wampir z M-3, s. 336, Wydawnictwo Fabryka Słów, 2011

sobota, 22 stycznia 2011
Przypomnij sobie - Elina Hirvonen

Po powieści z Serii z miotłą zawsze chętnie sięgałam. Tym razem wybrałam dość poważną pozycję, a jednocześnie debiut fińskiej pisarki Eliny Hirvonen: Przypomnij sobie i szczerze mówiąc nie spodziewałam się aż tak poważnej i trudnej tematyki i zarazem trudnej formy.

Anna i Jonasz to rodzeństwo naznaczone trudnym dzieciństwem. Bezradni wobec despotycznego ojca, nie mogą rozpocząć świadomie prawdziwego szczęśliwego dorosłego życia. Jonasz, często bity i gnębiony przez ojca spędza swe dorosłe życie w szpitalu psychiatrycznym, a Anna choć bardzo chce nie potrafi odciąć się od przeszłości. Jej życie to ciągłe wspomnienia, to niemożność oddzielenia tego, co minęło od teraźniejszości. Jonasz skutecznie nie pozwala jej zapomnieć o tym, co przeszli razem.

Anną targają mieszane uczucia. Z jednej strony kocha brata i chciałaby mu pomóc, z drugiej czuje wyrzuty sumienia, lęk przed nim, jako tym, który ją blokuje, ogranicza.

Jest to powieść o pamięci, o jej wielkiej sile i mocy zniszczenia. O pamięci, która w niezwykły sposób determinuje późniejsze losy bohaterów, warunkuje w ten a nie inny sposób ich życie. To przeszłość i pamięć o niej nie daje stanąć na nogi nie daje odetchnąć pełną piersią. Mamy tu dowód na to, że aby iść naprzód, aby odżyć, zawsze trzeba w pierwszej kolejności stawić czoła przeszłości, pogodzić się z nią, nie wypierać złych i traumatycznych wydarzeń z pamięci, ze świadomości. Bohaterowie, im więcej zaglądają w przeszłość, tym bardziej cierpią, tym bardziej rozdrapują swoje rany co stanowi paradoks, jako że chcieli by żyć normalnie. Ale walczą widząc w tym rozpamiętywaniu jedyną drogę.

Jeśli uda się człowiekowi przypomnieć sobie kim był, będzie wiedział, kim jest teraz. To wskazuje na nierozerwalny związek przeszłości i teraźniejszości, w jakim trwają one w każdym z nas.

To powieść trudna, napisana ciężkim językiem prezentuje również dość skomplikowaną formę. Wielokrotnie przeplata się tu teraźniejszość z przeszłymi wydarzeniami, jedno jest jakby zakończeniem – wyjaśnieniem drugiego. Tym bardziej jednak ogromny plus dla debiutującej autorki mimo, iż nie ułatwia to odbioru. Do tego powieści towarzyszy charakterystyczny dla prozy skandynawskiej chłód, nie zasłaniający jednak ogromnej ilości emocji.

Może czytałam tę powieść w złym momencie, nie wiem… ale jest zbyt bolesna, jak ciągle jątrząca się rana. Nie należy sięgać po nią będąc w złej formie. To mroczna, przygnębiająca i bardzo gęsta proza, czytać należy powoli, może zmęczyć.


Przypomnij sobie / Että hän muistaisi saman, przeł. Iwona Kosmowska, s. 178, Wydawnictwo WAB, 2008

piątek, 21 stycznia 2011
Piaskownica - Danuta Marcinkowska

Ta niepozorna mała powieść Danuty Marcinkowskiej może być również poradnikiem życia w rodzinie. Bo mimo, iż fabuła dość banalna, ogólny wydźwięk jakże uniwersalny i obecny na pewno w życiu wielu z nas, bo podział obowiązków w rodzinie to temat wciąż gorący i budzący wiele kontrowersji.

Oto Natasza i Olaf – małżeństwo jakich wiele, z małym synkiem. Ona poświęciła się całkowicie opiece nad synem i domowi, a on zarabia na ich utrzymanie i to zarabia bardzo dobrze. Każde z nich ma swoje racje, co do podziału obowiązków, jaki zastosowali. Ona wiecznie zmęczona, narzeka, że nie ma na nic czasu, bo tak to jest przy dziecku. A on nie potrafi tego zrozumieć, bo przecież siedząc w domu cały dzień i jeszcze mając do pomocy nianię, na pewno ma się masę czasu na to, by posprzątać i do tego jeszcze zadbać o siebie. On, wracając codziennie po pracy, nie ma już na nic siły, ewentualnie na wyjście na siłownię, by odreagować stresy całego dnia. I co w tym dziwnego? Dlaczego więc ona wiecznie oskarża go o brak zainteresowania nią, jej potrzebami i ich dzieckiem? Przecież zarabia duże pieniądze, czy to nie wystarczy?

Klasyczny model rodziny, nieporozumień i błędów organizacyjnych w podziale obowiązków. Nic wymyślnego. I do tego wątek zamiany ról. Pewnego wieczoru, widząc spadająca gwiazdę Natasza wypowiada życzenie. Chce choć przez chwilę znaleźć się na miejscu Olafa. I tak się właśnie dzieje. Każde z nich musi teraz stawić czoła nowym wyzwaniom. Ona nagle wraca do pracy, jako jej mąż, a on musi wcielić się w idealną gospodynię i mamę. No właśnie i to wcale nie jest takie proste, jak się pozornie wydaje.

Każdy z nas skupiając się na swoim trybie życia i na swoich obowiązkach nie zastanawia się z czym na co dzień boryka się partner. Bo i po co, ja mam na pewno ciężej. A jednak coś może nas zaskoczyć w stylu życia, w obowiązkach, jakie należą do płci przeciwnej.

Z humorem i ciepłem autorka opisuje perypetie bohaterów, którzy wprowadzają nie mały zamęt w pozornie uporządkowanie życie zawodowe i domowe swojego partnera.

Jeden minus – wszystko jest zbyt piękne, by było prawdziwe. Zamiana ról musiałaby spowodować jakieś problemy, coś w pewnym momencie musiało by pójść nie tak, a tutaj gładko i bez żadnych oporów. Trochę to mało realne, jeśli już rozpatrywać samą zamianę ciał jako coś, co może mieć miejsce. J

Ale przypuszczam, że cel autorki był inny. Wszystko to po to, by uświadomić rodzicom – partnerom ich własne błędy, których naprawdę jest niemało. By pokazać, że życie nie kręci się tylko wokół nich, że każda z czynności, każdy obowiązek im przydzielony ma swoje miejsce w ich wspólnym życiu i odgrywa dużą rolę w budowaniu wspólnej przyszłości całej rodziny.

Czyta się bardzo przyjemnie i z uśmiechem na twarzy


Piaskownica, s. 160, Wydawnictwo Replika, 2010

 
1 , 2 , 3 , 4
Teraz czytam
A zaraz potem KONKURS ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~~~~~~~~~~~~~~~~ ~ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Spis moli
~~~~~~~~~~~~~~~~~