|
wtorek, 10 stycznia 2012
Język sekretów - Dianne Dixon
Problem oderwania od przeszłości i poszukiwania własnej tożsamości jest dość popularny obecnie w literaturze. Porusza go także Dianie Dixon w swojej debiutanckiej powieści Język sekretów. Język sekretów / The Language of Secrets, przeł. Jacek Illg, s. 304, Wydawnictwo Videograf, 2011
sobota, 07 stycznia 2012
Kołysanka dla wisielca - Hubert Klimko - Dobrzaniecki
Hubert Klimko-Dobrzaniecki potrafi w charakterystyczny sposób przenieść czytelnika do odrealnionej rzeczywistości, wciągnąć go w bieg wydarzeń oraz zadziwić bohaterami, tak szczerymi i oryginalnymi, że nie da się ich nie lubić. Styl pisarski tego autora mnie zachwyca. Prostota w połączeniu z melodyjnością i pięknem słowa porusza. O zwykłych wydarzeniach mówi oryginalnie i pięknie, o tych zaś ważniejszych bez napuszenia, bez zbędnego patosu a zarazem oddając doskonale istotę. Tym razem wraz z autorem przenosimy się do różnorodnej, kolorowej ale zarazem przygnębiającej Islandii, gdzie bohaterowie jako emocjonalni rozbitkowie, poszukujący swego miejsca i sensu egzystencji próbują ułożyć sobie życie. Wyspa jawi się jako szansa na ucieczkę, z której to skorzystało wielu obcokrajowców. I tak bohaterowie, tak różni od siebie, a zarazem posiadający wiele cech wspólnych, fascynowali mnie od samego początku. Każdy z nich to indywidualność, którą jednak nie łatwo zrozumieć. Zamknięci w świecie swoich problemów, depresji, lęków i dziwactw zaskakują coraz to nowymi pomysłami, poglądami, decyzjami. Pochodzący z Chorwacji Boro (Boriwoj Kapor) to stały pacjent szpitala psychiatrycznego. Szalony, wesoły, nie potrafiący odnaleźć siebie malarz, który pogrywa na organkach, posiada własną orkę. Tajemniczy Szymon Kuran – podobnie jak narrator pochodzi z Polski i jest skrzypkiem. Posiada niesamowitą wrażliwość, zarówno na muzykę jak i przyrodę. Niestety, cierpi na depresję i również nie rzadko przebywa w szpitalu. Narrator zaś, dopełnia pozostałą dwójkę swoim niezdecydowaniem, poszukiwaniem właściwej drogi, nieprzewidywalnymi pomysłami To trzy bratnie dusze, które połączyła dość specyficzna przyjaźń. Łączy ich też swoista umiejętność patrzenia poza to, co widoczne gołym okiem, odnajdywanie w rzeczywistości tego, co nie jest oczywiste i proste. Stworzyli ekscentryczny, ale własny świat, w którym współistnieli tworząc naprawdę zgrane trio. Ich przyjaźń wymyka się normom i zdrowemu rozsądkowi, tym bardziej jednak jest szczególna. Autor powoli, niespiesznie opowiada nam historię bohaterów. Nie napędza akcji, nie przyspiesza, nie wzbogaca jej sensacją. Tu o wartości tej mikropowieści stanowią ludzie, styl, liryczność i poetyckość. Jest wiele emocji. Bo zarówno humor pozwala się śmiać, cieszyć ale smutek, żal, nostalgia i melancholia jednak dominują. Klimko-Dobrzaniecki zawarł w tej powieści wiele elementów własnego życia, pewnie też dlatego nie chciał zdradzać wszystkiego – takie odniosłam wrażenie- choć na pewno mógłby przedłużyć opowieść na wiele stron… Polecam! Warto poznać męski punkt widzenia na przyjaźń, miłość, samotność, chorobę, czy sztukę Kołysanka dla wisielca, s. 96, Wydawnictwo Czarne, 2007 Hubert Klimko-Dobrzaniecki na moim blogu: http://miedzystronami.blox.pl/2011/05/Bornholm-Bornholm-Hubert-Klimko-Dobrzaniecki.html
piątek, 06 stycznia 2012
Smakowanie raju - Icek Erlichson
Temat GUŁAG-ów – sowieckich systemów obozów pracy przymusowej zajmuje mnie od dawna. Szeroko opisywany przez Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Aleksandra Sołżenicyna, Warłama Szałamowa, współcześnie Annę Applebaum, był też przedmiotem mojej pracy magisterskiej. Tym chętniej sięgnęłam po Smakowanie raju. Widzimy tutaj, iż system nastawiony na zniszczenie jednostki ludzkiej, upadlający, upokarzający, zmuszający do nieludzkiej pracy, niestety, działał doskonale, choć pełen był absurdów, nieścisłości i zaprzeczeń. Zwraca na nie uwagę Icek Erlichson, którego historia, choć zupełnie odmienna, ukazująca inne ważne elementy systemu, dobrze wpisuje się w nurt zapoczątkowany przez poprzedników. Icek pochodził z Wierzbnika, (aktualnie będącego przemysłową częścią Starachowic) a w momencie wybuchu wojny miał 17 lat. Marzył o normalnym życiu, bez upokorzeń związanych z żydowskim pochodzeniem, o wykształceniu, błyskotliwej karierze i dobrobycie, a które to zdawał się oferować Związek Radziecki. Wszyscy upatrywali w nim raj, więc i Icek uległ jego urokowi, popełniając największy swój błąd. Po przekroczeniu granicy sowieckiej wstąpił na przeklętą ziemię, dobrowolnie stał się częścią okrutnej niszczycielskiej machiny. Bardzo szybko trafił w ręce NKWD, jako Żyd nie miał możliwości uniknięcia kary. Kary, ktoś zapyta "kary za co"? Tu przecież nie jest potrzebna wina. Icek rozpoczyna swoją tułaczkę przez więzienia we Lwowie, Smoleńsku, Chersoniu i łagry: Starobielsk, Kołyma, Katyń, Magadan. Jako więzień, jeniec wojenny, człowiek skazany na pracę przymusową, wolny osiedleniec reprezentuje różne grupy obywateli. Z Katynia udało mu się uciec i stał się mimowolnym świadkiem nieznanej dotąd zbrodni w lasach katyńskich. Jej opis nie jest obszerny ale dla takich wydarzeń nie potrzeba wielu słów… ogrom okrucieństwa oraz emocji naocznego świadka wystarczą… Ta książka różni się od wnikliwej relacji Sołżenicyna, czy rzetelnych opisów faktów Applebaum. Icek, owszem, opowiada o okrucieństwie, terrorze, przemocy, zbrodniach, nieludzkich warunkach więzień i obozów ale przede wszystkim skupia się na ukazaniu ogromu i ilości jednostek systemowych w Sowieckiej Rosji oraz o rządzącej nimi absurdalnej rzeczywistości. Począwszy od bezpodstawnego aresztowania, wymyślenia najdziwniejszego zarzutu, przez wszechobecne łapówkarstwo, znajomości, obłęd zaprzeczających sobie przedstawicieli NKWD. Muszę tu przytoczyć pewien cytatu, który, choć opisuje życie bohatera poza obozem, to jednak doskonale oddaje istotę: "Oto wysyła się troje ludzi z 54 beczkami wódki na ogromną odległość. Taszczy się ten ładunek przez góry i niziny, wodą i lądem, pociągami, statkiem, samochodami. Przez cały czas z kadzi tych ubywa alkoholu, a przybywa wody. Ciągną z nich nieuczciwy konwojent, naczelnicy stacji, oficerowie Armii Czerwonej i NKWD, milicja kolejowa, dyrektorzy fabryk, urzędnicy państwowi, robotnicy i chłopi, na koniec zaś odbierający ładunek magazynier. Jedni te alkohol kupują, inni wymuszają wódczany haracz. Ta podróż z wódką była w gruncie rzeczy wyprawą przez sowiecką rzeczywistość. Gdyby ktoś chciał o tej wyprawie zrobić film, powstałby najwierniejszy i najprawdziwszy obraz Związku Sowieckiego. Nie byłoby w nim okropności łagrów, więzień terroru, Ale znalazłby się cały obłęd systemu sowieckiego. Bo Związek Sowiecki to państwo nie tylko okrutne, ale i śmieszne. Aż do obłędu." Icek był kolejnym, zadającym pytanie o sens i istotę kary, jaką ponosiły miliony ludzi w więzieniach i obozach Związku Radzieckiego. Nie ma tu odpowiedzi bo ten system nie potrzebuje argumentów, procesów, dowodów. Potrzeba jest odpowiednia ilość aresztowanych, ludzi, pracujących w obozach. Trzeba przelewać krew i na niej oraz na ludzkich kościach wznosić kolejne miasta, budować linie kolejowe i miasta. Nie mogę się wyzbyć uczucia pewnej "inności" tego dzieła. Nie ulega wątpliwości, że choć już nie skupia się na szczegółach, detalach życia w łagrach, to porusza, wzburza, burzy spokój i nie unika ukazywania przeżyć i przemyśleń bohatera – narratora. Symboliczny i ironiczny tytuł od samego początku uderza. Icek nie posmakował raju czy to brnąc przez śniegi Syberii, przekraczając bramy kolejnych więzień, czy obozów i nawet końcu spacerując po samej Moskwie. Poznał za to smak prawdziwego piekła. Smakowanie raju / Maine fir jorn in Sowietn Forband, przeł. Adam Rok, s. 240, Wydawnictwo Rebis, 2010
wtorek, 03 stycznia 2012
Pokochaj mnie mamo - Cassie Harte
Wielokrotnie podczas czytania historii Cassie miałam ochotę krzyczeć ze złości, wściekłości i bezsilności. Nie potrafię przejść obojętnie nad cierpieniem małych dzieci. Dlaczego takie niewinne istoty są krzywdzone przez osoby, które powinny je kochać, przytulać, wspierać, być przy nich, stawać w ich obronie? Matka Cassie teoretycznie powinna wiedzieć czym jest macierzyństwo i do czego zobowiązuje bo ma już troje dzieci, starszych od Cassie i jedną córkę młodszą. Ale to właśnie Cassie jest tym „niefortunnym” dzieckiem, znienawidzonym, niepotrzebnym, które, jak twierdzi jej mama zniszczyło jej całe życie. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić jak spośród kilkorga dzieci można wybrać jedno i go szczerze nienawidzić, szykanować, poniżać, upokarzać i pozbawiać na każdym kroku złudzeń co do możliwości otrzymania jakiejkolwiek matczynej opieki i troski. Skąd w matce tyle zła, bezduszności i radości z zadawania bólu i cierpienia? Cassie opowiada nam swoją historię od wczesnego dzieciństwa, przez okres dojrzewania po dorosłość. Ta wrażliwa dziewczynka, którą pozostała chyba na całe życie, dzieli się z czytelnikiem swoim traumatycznym losem, nie do końca rozumiejąc to, co ją spotyka. Pomijana w życiu swojej rodziny, odrzucona, wiecznie słyszy, że jest zbędna, że przeszkadza, że do niczego w życiu nie dojdzie i nic nie umie. Jest jednak ktoś, kto okazuje jej uwagę, uczucie i przywiązanie. To jej ojciec chrzestny Bill. Jednak szybko jego miłość okazuje się molestowaniem seksualnym, które trwało kilkanaście lat. Oprawca Cassie doskonale wiedział jak wywołać w niej poczucie winy, jak sprawić, by milczała bojąc się jeszcze większego odrzucenia i upokorzenia. Wykorzystywał to przez wiele lat, a ja po każdym kolejnym fragmencie, gdy to Bill odbierał Cassie z zajęć pozalekcyjnych i proponował jej „zabawę” nie mogłam wytrzymać. Ta lektura boli i drażni, bo takie rzeczy dzieją się pewnie w wielu rodzinach, a małe dzieci cierpią w imię chorej psychiki dorosłego. Najbardziej poruszające w tej historii było to, że Cassie przez wszystkie lata wciąż wierzyła, że matka jednak ją pokocha. Kierowała się jakąś ślepą nadzieją, że pewnego dnia matka zrozumie. Dlatego nawet w dorosłym życiu często chcąc uzyskać pomoc czy radę w trudnej sytuacji dzwoniła do mamy, by usłyszeć tylko, że ma to, na co zasługuje lub że jej rodzina się jej wyparła. Cassie robiła wiele chcąc uzyskać choć odrobinę ciepła akceptacji, chcąc usłyszeć słowa pochwały czy zobaczyć uśmiech na twarzy mamy. Czy jej się to udało? Pewnie wielu zadaje sobie pytanie: jak po takim traumatycznym dzieciństwie wstąpić w dorosłość i normalnie funkcjonować, kiedy nie wyniosło się z dzieciństwa żadnych wzorców, kiedy życie było jednym wielkim pasmem nieszczęść. A jednak Cassie się to udało. Długą drogę musiała pokonać, połknąć setki antydepresantów, poślubić kilku mężczyzn, by na koniec odnaleźć spokojną przystań. Nie łatwo jest uwolnić się od przeszłości. Czy to w ogóle możliwe? To trudna powieść. To rozpaczliwe błaganie małej dziewczynki o miłość, o to, co należy się każdemu dziecku: szczęśliwe dzieciństwo. Ta powieść to, obok wstrząsającego dramatu dziecka, również opowieść o nadziei… Pokochaj mnie mamo / I did tell, I did, przeł. Aleksandra Kamińska, s. 312, Wydawnictwo Hachette, 2011
niedziela, 01 stycznia 2012
Coś do ukrycia - Dominique Barbéris
To nie jest kryminał, jak sugeruje recenzja na okładce. Bardzo ma niewiele w sobie z kryminału ta powieść, którą określiłabym jako psychologiczną, nostalgiczną i melancholijną powieścią o przemijaniu, o smutku i samotności o świetności minionego świata i nijakości obecnego. Marie - Hélene jest potomkinią rodziny, której losy przez dziesiątki lat nie schodziły z ust mieszkańców miasteczka N. Również o niej, gdy przyjeżdżała do rodziny na wakacje, mówiło się naprawdę wiele i niekoniecznie pozytywnie. Pewnego dnia pojawia się na nowo w małym miasteczku jako kobieta wytworna, z klasą, elegancka, chce uporządkować sprawy spadkowe. Odwiedza miejscowe muzeum, gdzie zauważa ją bohater-narrator, dla którego spotkanie jej po latach staje się pretekstem do swoistej podróży w przeszłość, do świata lat młodzieńczych, gdzie wszystko było inne, piękniejsze, łatwiejsze, pełne blasku i sensu. Teraz świat tego znudzonego człowieka ogranicza się do stania na danej sali w muzeum po tym jak nie udała mu się kariera malarza. Melancholijnie i smutno wracamy do lat młodości, gdy to Marie – Hélene łamała męskie serca, jednocześnie trzymała adoratorów na dystans. Prowokowała, wzbudzała rozmaite emocje ale pozostawała chłodna i przede wszystkim tajemnicza. Również naszego narratora ta kobieta urzekła swoim wdziękiem i fascynuje go do dziś. Marie – Hélene zostaje zamordowana i ten właśnie wątek stanowi o nikłej podstawie do nazwania tej powieści kryminalną. To jakby maleńki kamyk, który wywołuje lawinę wspomnień i stawia pytanie o to, co każdy ma do ukrycia. Przy czym nie możemy liczyć, że autorka udzieli nam jakichkolwiek odpowiedzi. Dominique Barbéris wyraźnie kontrastuje ze sobą dwa światy, w których żył narrator. Ten dawny jest wciąż opłakiwany jako bezpowrotnie utracony, a tak wspaniały, pełen możliwości rysujących się na horyzoncie, marzeń. Ten dzisiejszy nie ma już nic do zaoferowania, jest szary, przegrany. Nastrój przeszłości i teraźniejszości odzwierciedlony jest doskonale w pogodzie. Jasne barwy dominują w młodości, zaś bieżąca akcja wypełniona jest szarościami, poprzez kłębiące się na niebie deszczowe chmury. Wiele miejsca poświęca się opisom krajobrazów, miejsc, przedmiotów. Język malarski i plastyczny sprawia, że widzimy to własnymi oczami. Nic tu nie jest jednoznaczne, nie ma żadnych gotowych odpowiedzi czy rozwiązań. Autorka pozostawia dużo miejsca na domysły, spekulacje, na przemyślenia, pobudza wyobraźnię. To lektura dość dziwna, musze przyznać, spodziewałam się czego innego, a tu zaskoczenie. Ale nie negatywne, o nie. Po prostu trzeba naprawdę wczuć się, zatracić w opisach, oddać się atmosferze małego prowincjonalnego miasteczka N. i historii jego mieszkańców. Coś do ukrycia / Quelque chore à cacher, przeł. Joanna Polachowska, s. 144, Wydawnictwo Muza 2010
sobota, 31 grudnia 2011
Danuta Wałęsa - Marzenia i tajemnice
Danuta Wałęsa jako Pierwsza Dama nie zwracała na siebie uwagi, zawsze stojąc z tyłu, skromna ale ułożona, potrafiąca odnaleźć się w każdej sytuacji, dbająca o zwyczaje i etykietę. Sięgnęłam po tę książkę, chcąc dowiedzieć się o tej kobiecie tego, czego nikt nie wie, bo nikomu nie pokazywała swojego prawdziwego oblicza, dbając bardzo mocno o swoją prywatność. I spełniłam swoje oczekiwania. Poznałam kobietę silną i zarazem pełną pokory, dla której najwyższą wartością, do dnia dzisiejszego, jest rodzina i dobro dzieci. Poznałam też relację bardzo wiarygodnego świadka dotyczącą początków Solidarności, działalności w podziemiu, strajków, oraz działalności SB. Ale nie Lech Wałęsa i jego wkład w historię jest przedmiotem zarówno książki jak i mojej recenzji ale Pani Danuta i jej wkład w scalanie rodziny i dbanie o jej dobro. Od zawsze była dla innych, nigdy nie myślała o sobie, nigdy nie płakała. Potrafiła sprostać wszystkim wyzwaniom i to ze stoickim spokojem. Czy to chodziło o odbiór Nagrody Nobla w Oslo, czy, będąc ciężarną, odwiedzanie męża w strajkującej stoczni czy wyjazd, zaraz po jego aresztowaniu, po świniaka zamówionego na święta. Wychodziła z założenia, że za wszystko się w życiu płaci, ale wszystkiego człowiek musi się nauczyć sam i przygotować podłoże do zdobywania doświadczeń. Pełna wiary w dobro i dobrych ludzi, często doznawała rozczarowań w obliczu zdrad przyjaciół. W ludziach przede wszystkim widziała ich osobowość, duszę i serce, a nie stanowisko czy funkcję. Całe swoje życie, tak burzliwe i dynamiczne, potrafiła ze spokojem i opanowaniem, z podniesioną głową, bez paniki iść naprzód, walczyć o to, co uważała za najcenniejsze. Ten spokój pozostał jej na całe życie. Nie miała łatwo. Można by powiedzieć, typowa Matka Polka, typowa przedstawicielka Polskiej rzeczywistości tamtych lat. Ale nie do końca. Bo ona musiała znieść znacznie więcej. Ciągłą nieobecność męża; w zależności od sytuacji politycznej: przychylne lub negatywne komentarze, wytykanie palcami, wyszydzanie lub nadmierną sympatię, tłumy pod oknami i w domu. To ona musiała prowadzić "dom otwarty" dla dziesiątek ludzi odwiedzających jej rodzinę każdego dnia. To na nią spadała "odpowiedzialność" za los wielu ludzi, proszących ją o pomoc, czy to jako żonę przewodniczącego Solidarności, czy potem Panią Prezydentową. A pomijając wszak stronę polityczną jej życia, musiała być matką dla ośmiorga dzieci. Nie zaznała stagnacji, nie zaznała spokoju, nie poznała smaku miłości w rozumieniu wzajemnej pomocy, wsparcia i uzupełniania się. Bo w związku Państwa Wałęsów występował ścisły, choć niepisany, podział ról. On zarabia pieniądze, a ona ma dbać o rodzinę i dzieci. Nic nowego, można powiedzieć, zwłaszcza w tamtych czasach. Ale w tym przypadku na barki Pani Danuty spadło zbyt wiele. Będąc w jej centrum, odcinała się, jak mogła od polityki. Zresztą, mąż nigdy jej nie wtajemniczał w swoje działania, nie pytał o zdanie, nie prosił o radę. Dość chłodny, zaangażowany w sprawę, która przesłaniała mu cały świat, nie potrafił okazywać uczuć. Ta książka to dobre źródło wiedzy o latach rozkwitu Solidarności, o tym, co dla mnie, urodzonej zaraz po ogłoszeniu stanu wojennego, stanowiło dość długo niewiadomą. Co mi się nie podobało? Wypowiadanie się i wydawanie wyroków o różnych ludziach polityki. Czasem, owszem, Pani Danuta uzasadniała swoje ostre słowa ale często opierała się na tym, iż każdy powinien już daną wiedzę posiadać i wiedzieć co oceniana osoba złego zrobiła (oczywiście w odniesieniu do Lecha Wałęsy) a przecież każdy dane wydarzenie może interpretować w inny sposób, a młody czytelnik może w ogóle nie mieć o tym pojęcia. Poza tym podkreślając swoją niechęć do polityki, oraz brak zainteresowania nią, nie powinna również pod jej kątem oceniać poszczególnych działaczy. Narracja pierwszoosobowa, język prosty, zwięzły i tym bardziej prawdziwy bo zupełnie nieoszlifowany, niepoprawiany. O rzeczach w życiu najważniejszych Danuta Wałęsa mówi zwyczajnie ale zarazem wzruszająco. Wielokrotnie się powtarza, zarówno kilka słów jak i całe zdania ale umówmy się, nie jest pisarką i można jej to wybaczyć. Tym bardziej, że wspomnieć i przelać na papier całe swoje życie nie jest łatwo. To opowieść życiowa, pełna mądrych i przemyślanych wypowiedzi, podpartych głębokim, zdobytym ciężką pracą doświadczeniem. Danuta Wałęsa miała wiele marzeń, na pewno nie spełniło się do dziś to najważniejsze, o posiadaniu, w pełnym tego słowa znaczeniu, męża. Tym bardziej Danka budzi we mnie ogromny szacunek i podziw. Przyznam, że znacznie większy niż jej mąż, do którego nigdy nie byłam przekonana, a jego obraz nakreślony na stronach tej książki, wcale nie sprawił, że zmieniłam zdanie. Kiedy on stawał się bohaterem podnoszącego się z zastoju społeczeństwa, ona była bohaterką dnia codziennego dla swojej rodziny. To prawda, jak mówi włoskie przysłowie, że za każdym silnym mężczyzną stoi jeszcze silniejsza kobieta i bez Danuty nie byłoby takiego Lecha. * Książka pięknie wydana, z licznymi fotografiami, z relacjami bliskich o Pani Danucie. Marzenia i tajemnice, s. 552, Wydawnictwo Literackie, 2011
środa, 28 grudnia 2011
Jeden dzień - David Nicholls
Jedna z lepszych powieści przeczytanych w tym roku. Porywająca, psychologicznie zgłębiająca charaktery bohaterów, mówiąca wiele o życiu, jego prawdziwym obliczu, upływie czasu i nieprzewidywalności losu. I o przyjaźni w różnych jej obliczach. Jest też miłość… Dex i Em. Em i Dex. Główni bohaterowie to typowe przeciwieństwa, które potwierdzają regułę o ich przyciąganiu. Emma, dość nieśmiała, konserwatywna, zdystansowana, pozbawiona pewności siebie ale pełna ideałów. Dexter jest bogaty, pewny siebie, chce zawojować świat. Każde z nich widzi w drugim to, czego sami nie dostrzegają. Łączy ich specyficzna więź. Spotykają się w 15 lipca 1988 po uroczystości rozdania dyplomów i spędzają razem noc. Od tego momentu ich ścieżki życiowe wciąż będą się przeplatały. Ich spotkania, kontakty etc będziemy mogli obserwować każdego roku tylko przez jeden dzień, właśnie dzień św. Swithina, 15 lipca. W tradycji angielskiej pogoda 15 lipca jest wróżbą na kolejne 40 dni. Tak i dla bohaterów ten dzień jest wróżbą na kolejne długie lata. Akcja ukazana jednego dnia każdego roku to niezwykle ciekawy zabieg, z którym spotykam się pierwszy raz. Co roku obserwujemy bohaterów, widzimy kim się stali, często bez podania wprost przyczyn, po prostu musimy sami wywnioskować jak spędzili poprzedni rok, co ich doprowadziło do miejsca, w jakim się znajdują. Za każdym razem przyjaźń Emmy i Dextera jest w innym stadium. Z każdym rokiem, kiedy zmienia się ich życie, zmieniają się oni sami, zmienia się ich podejście do siebie wzajemnie. A wszystko zależy od tego, czego nowego się w życiu nauczyli, jakich problemów zaznali, jakie porażki i sukcesy mogą zapisać na swoim koncie. A dzieje się naprawdę wiele. I kiedy Emma stara się odnaleźć własne miejsce i pracę o jakiej marzy, Dex poszukuje sławy w telewizji, topi porażki w alkoholu i zanurza się w objęciach kolejnych kobiet. Ale potrafią być dla siebie, poszukują się, tęsknią, wspierają i w tym wszystkim nie są słodcy. I to tyle jeśli chodzi o treść, żeby nie zdradzić za dużo… W tej powieści bohaterami – nie tylko głównymi – są ludzie tacy, jak my. Prawdziwi, borykający się z problemami, przytłaczającą rzeczywistością, która pozbawia złudzeń, staje na drodze do spełniania marzeń, nie daje tego, czego pragniemy. Bohaterowie są pełni emocji, skomplikowani wewnętrznie, nie dający się jednoznacznie określić. Ich życie udowadnia nam, iż są momenty i ludzie, o których nigdy nie zapomnimy, a które na zawsze mogą nas zmienić. Warto pomyśleć, czy są wokół nas ludzie, dzięki którym jesteśmy tacy, jacy jesteśmy… Jest też upływający czas, który może nas zmieniać ale pewne rzeczy pozostają niezmienne, a Em i Dex doskonale nam to udowadniają. Narracja jest uporządkowana, prowadzona z dwóch perspektyw daje nam szczegółowy pogląd o sytuacji. Autor doskonałe połączył wątki, akcja jest niezwykle dynamiczna (co zaskakuje jako, że jest to powieść obyczajowa) ale zarazem pozwala się zastanowić, zatrzymać. Ciekawe dialogi, humor, czasem ironia, przyciągający uwagę język to tylko niektóre z zalet sprawiające, że tę powieść się połyka. Co więcej, nie kończy się tak jak, każdy pewnie by przypuszczał. Zaskoczenie i prawdziwe życie. To opowieść inteligenta, błyskotliwa i przewrotna. A do tego wzruszająca ale daleko jej do ckliwości. Wywołuje przeróżne emocje, mi nie pozwalała się oderwać i sprawiła, że bardzo związałam się z bohaterami. Każdy poszukuje swojej drogi w życiu, każdy ma marzenia, każdy popełnia błędy. Ważne jest co potem zrobimy, czy będziemy umieli błędy przekuć w ważne doświadczenie życiowe, będące wskazówką. Czy będziemy umieli podążać odnalezioną drogą. Drogą do swojej duszy, do serca kogoś szczególnego, drogą do celu, jakim jest szczęście i bycie dobrym. Jeden dzień / One Day, przeł. Małgorzata Miłosz, s. 447, Wydawnictwo Świat Ksiązki, 2011
niedziela, 25 grudnia 2011
Opowieści przy kawie - alexander McCall Smith
Opowieści przy kawie to dobra rozrywka i do tego w sam raz do czytania w leniwe popołudnie przy kawce, nie jest to już jednak to samo… To bezpośrednia kontynuacja 44 Scotland Street i jej lektura musi być poprzedzona lekturą tej pierwszej. Wiele wątków ma tu swój ciąg dalszy, poza tym nie da się wczuć w opowiadane historie bez dokładnej znajomości charakteru bohaterów, tak dobrze zarysowanych w części pierwszej. Jak już przy bohaterach jestem, to cieszy mnie, iż tym razem McCall Smith pozwolił im naprawdę rozwinąć skrzydła, pokazać jeszcze więcej ze swojej osobowości. Potrafią zaskoczyć i wywoływać przeróżne emocje. Z każdym możemy obcować trochę dłużej choć nie każdy wzbudzał we mnie entuzjazm, nie wszystkie opowieści śmieszyły. Bruce po utracie pracy postanawia rozkręcić własny biznes. Nie zmienił się nic a nic i wciąż jest tym zakochanym w sobie lalusiem. Jego postać nie zaskakuje, a bawi całą niedorzeczności przekonań, podejmowanymi decyzjami i ich motywacją. Obok Bertiego jest zdecydowanie najbardziej udaną postacią w tej części, wyrazistą, konkretną i rzeczową. Zadufany w sobie aczkolwiek nie pozbawiony uroku. Na największą uwagę zasługuje Bertie i losy jego rodziny. Bo teraz nie tylko mowa o jego zaborczej matce Irene, ale również ojcu. Stuart wszak pragnie brać czynny udział w życiu swojego syna, co możliwe jest tylko przy przeciwstawieniu się woli Irene - to daje ciekawy i komiczny efekt. Bertie jest uroczy. Zdominowany przez mamę pragnie wreszcie uwolnić się z pęt jogi, lekcji włoskiego, lekcji gry na saksofonie i być normalnym chłopcem: łowić ryby, oglądać pociągi i nade wszystko nie ubierać ogrodniczek w kolorze różowym (poprawka, jak mówi Irene, w kolorze zgniecionej truskawki). Chcąc się usamodzielnić chłopiec buntuje się (bardziej po cichu i niewidocznie niż wprost) i podejmuje liczne próby bycia zwyczajnym i normalnym. Jest Pat, która jednak nie wprowadza zbyt wiele swoją historią. Domenica bije rekordy w filozoficznych wywodach, a Matthew poszukuje spisku w związku ojca z młodszą kobietą. Wszyscy są tak do bólu zwyczajni, ze swoimi przywarami, pragnieniami, ambicjami i lękami. Wywołują uśmiech lub irytację, jak w życiu. Możemy im towarzyszyć i możemy dostrzec w nich samych siebie, lub kogoś z sąsiedztwa, w końcu Smith prezentuje nam dużą różnorodność osobowości. To ogromny plus. Niestety wg mnie McCall Smith nie powtórzył sukcesu pierwszej części. Trochę za dużo tu wątków, niektóre historie bym wyrzuciła jak na przykład wątek Ramseya Dunbartona. Domenica przesadzała z mądrościami, podobnie jak Angus, który mnie drażnił. Pat była nijaka, sama nie wiedziała czego chce. Miłośnicy tej serii wiedzą już, że nie mogą oczekiwać akcji czy sensacji. Tu chodzi o odpoczynek, o luz i relaks przy kawie. Na to można liczyć. Nie można odmówić autorowi doskonale poprowadzonej narracji, świetnej kształtnej formy i bogatego aczkolwiek potocznego języka, który idealnie oddaje właśnie rozmowy, plotki. Forma jak poprzednio – powieść w odcinkach, z których każdemu nadano tytuł i opatrzono rysunkami. Taka zbieranina różnych tematycznie fragmentów została doskonale połączona w zgrabną powieść. Niezobowiązująco, dla wyłączenia się, dla posmakowania szkockich klimatów zapraszam do zapukania w drzwi kamienicy przy 44 Scotland Street i poplotkowania przy kawie o tym, co nas w życiu spotyka… Opowieści przy kawie / Espresso Tales, przeł. Elżbieta McIver, s. 336, Wydawnictwo Muza, 2011 McCall Smith na moim blogu: http://miedzystronami.blox.pl/2010/12/44-Scotland-Street-Alexander-McCall-Smith.html
piątek, 23 grudnia 2011
Wszystkiego najlepszego!
Spędźcie to Boże Narodzenie w gronie najbliższychw spokoju, radości, z uśmiechem na twarzy.Poczujcie zapach igliwia, zapalcie świeczki – symbol ciepła płynącego z naszych serc . Niech te święta będą magiczne, jedyne w swoim rodzaju.I niech nie zabraknie książkowych prezentów wysypujących się z wypchanego Mikołajowego worka. Wesołych Świąt!
czwartek, 22 grudnia 2011
Rozinnych cipłych świąt - Magda Parus
U podstawy świąt Bożego Narodzenia w naszej kulturze leży głęboka ich celebracja, w spokoju, radości, zgodzie i rodzinnej atmosferze. Niestety, rzeczywistość coraz częściej bywa inna a udowadnia nam to w swojej powieści Magda Parus. Powinien sięgnąć po tę książkę każdy, kto zachwyca się świętami już w listopadzie, myśląc tylko o oprawie a nie o tym, co ważne i prawdziwe w tym czasie. Bohaterkami są dwie siostry: Kamila i Lena. Kamilę poznajemy jako pierwszą. Jest w trakcie przygotowywania Świąt Wielkanocnych. Apodyktyczna, wiecznie niezadowolona, prowadzi swoje "nieciekawe" życie u boku męża Henia i synka Adusia (który jest już studentem). Kamila całkowicie dominuje swoich mężczyzn, narzeka na małą zaradność męża a co za tym idzie brak odpowiednich finansów, jednakże co tu ukrywać, podoba jej się możliwość dyrygowania wszystkim i wszystkimi. Nieczuła, obojętna, pod pozorem dbania o atmosferę świąteczną robi po prostu tak, by jej było wygodnie. Drażniła mnie od pierwszej strony. Wiecznie też zazdrości męża swojej siostrze Lenie. U tej drugiej spędzamy Boże Narodzenie i to kilka lat pod rząd. Lena mieszka z Grzegorzem i dwiema córkami, Kasią i Anią. Właśnie przeprowadzili się do nowego dużego domu, który miał być spełnieniem ich marzeń. Snobistyczny Grzegorz zarabia dużą kasę i wraz z Leną do bólu rozpieszczają swoje córki prezentami. Przynajmniej na początku. Z każdym kolejnym rokiem, są dla siebie coraz bardziej obcy, a to w dużej mierze za sprawą mamusi Grzegorza, która z nimi zamieszkała. Grzegorz coraz częściej staje po stronie rodzicielki, podważając autorytet i pozycję żony w domu. Co roku mniej ze sobą rozmawiają, więcej się kłócą, aż dochodzi do całkowitego rozpadu ich związku gdy święta muszą spędzać oddzielnie, licytując się na prezenty podarowane córkom. Obie siostry trwają w nieszczęśliwych związkach, obie na siłę próbują dbać o świąteczną atmosferę, która już dawno nie istnieje. Choć nie mają ochoty, mechanicznie co roku powtarzają te same czynności, choć drażnią je mężowie i dzieci nie pisną ani słówka, bo to Wigilia, bo to atmosfery w tym okresie popsuć nie można. Samotne i zagubione nie potrafią odnaleźć sposobu na szczęście swojej rodziny, bo o ich własnym nie ma co nawet wspominać. Święta u Parus są trudne i nieprzyjemne, są tylko okazją do udawania, do podtrzymywania jako takich relacji ze względu na dzieci, ze względu na to, iż "tak trzeba". To czas kiedy relacje bliskich zamiast zacieśniać się i polepszać całkowicie się rozpadają, zanikają, albo przekształcają się we wrogość. I dlatego nie zawsze ten okres świąt jest radosny, gdy spędzić go trzeba "na siłę". Te święta to całkowite zaprzeczenie tego, jak święta powinny wyglądać. Bo wszak czy najważniejsze są prezenty, ich jakość ilość i cena? Te rodziny są doskonałym odzwierciedleniem kierunku, w jakich coraz większa część naszego społeczeństwa podąża. Ich problemy są tymi, z którymi na co dzień my się zmagamy. Faworyzowanie jednego dziecka, alkoholizm, uleganie presji matki, konflikt matka-synowa. Magda Parus bardzo brutalnie aczkolwiek realistycznie i plastycznie odtwarza nam życie bohaterów znudzonych swoją codziennością, bohaterów, których męczy ten sam schemat co roku, ta sama monotonia. Święta to nie kolorowy, ciepły czas, to katastrofa, do której bardzo łatwo można doprowadzić, przekraczając tę niewidoczną i delikatną granicę, zapominając o istocie tego okresu. Przeczytajcie, pomyślcie! Rodzinnych ciepłych świąt, s.184, Wydawnictwo Muza, 2011 |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blog literacki
Blog z pasją
Blog życiowy
Teraz czytam
A zaraz potem
KONKURS
~~~~~~~~~~~~~~~~~
~~~~~~~~~~~~~~~~
~
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
~~~~~~~~~~~~~~~~~
|